25-letni Craig Hendleman jest wysokim, osiłkowatym, wygolonym na łyso mężczyzną z dwoma złotymi kolczykami w lewym uchu. Dziewictwo stracił w wieku 11 lat, a dwa lata później zaczął krążyć po nocnych klubach w poszukiwaniu seksu. "Miałem zarówno kaszaloty, jak i modelki. Wszystkie są takie same. Teraz żadna dziewczyna nie zrobi na mnie wrażenia tylko swoją urodą" - opowiada.

Jeszcze nie tak dawno opowieści Hendlemana o jego wyczynach z ponad 300 kobietami byłyby zarezerwowane tylko dla kolegów z pubu, ale w ciągu ostatnich dwóch lat z zachodniego wybrzeża Ameryki przybyła do Wielkiej Brytanii obfitująca w strategie i misje pseudo-nauka o uwodzeniu. I błyskawicznie przeniknęła brytyjską kulturę społeczną. A książka "Gra", czyli relacja amerykańskiego pisarza i dziennikarza Neila Straussa, jak "techniki" zrobiły z niego arcyskutecznego machera seksualnego, przekształciła tę subkulturę w kwitnącą dziedzinę gospodarki. W całej Wielkiej Brytanii powstają stowarzyszenia uwodzicieli albo tzw. "klany" - największy, z siedzibą w Londynie, liczy aż 3 tys. członków. Na YouTube można obejrzeć filmiki, w których mężczyźni mówiący z prowincjonalnym akcentem demonstrują reguły "gry" na swoich niczego niepodejrzewających ofiarach, a w każdy weekend od Bournemouth po Glasgow ekipy adeptów wyruszają na podryw.

Wykład z podrywania

Seksualne obyczaje Hendlemana nagle stały się atrakcyjnym towarem: zdesperowani mężczyźni są gotowi zapłacić spore sumy za wysłuchanie jego wykładu. Jestem w grupie "kursantów", z których każdy zapłacił 300 funtów za weekendowe "szkolenie" zorganizowane przez Alpha Interactions w Glasgow. (Bardzo konkurencyjna cena: kursy uwodzenia potrafią kosztować 1000 funtów i więcej). Hendleman zasiada we władzach firmy i jest jednym z sześciu instruktorów, którzy wtajemniczą nas w arkana podrywania. Teraz stoi niby Superman koło białej tablicy w sali seminaryjnej hotelu w centrum Glasgow. "Kiedy podchodzisz, wyobrażaj sobie, że najpiękniejsza kobieta w klubie właśnie zrobiła ci dobrze" - mówi, a my skrzętnie notujemy.

Jednym z kursantów jest 28-letni Stewart, pracownik fabryki telewizorów w Cumbernauld. "Nie mam zbyt dużych sukcesów z dziewczynami. Jestem po prostu zbyt bardzo nieśmiały" - mówi mi później. Długa walka Stewarta z nieśmiałością objawia się m.in. permanentnym marszczeniem brwi. To już jego trzeci kurs i Stewart zauważa u siebie postępy. Przestał nosić ciemne ubrania i wypracował niebanalną fryzurę. Chodzi w fosforyzujących t-shirtach. "Dzięki temu dziewczyny bardziej mnie zauważają" - tłumaczy.

Na kursie jest też "Junior", 23-letni student inżynierii z Glasgow. Siedzi przy końcu stołu w bluzie z kapturem i dżinsach. Junior to nick, pod którym chłopak występuje na forach stowarzyszeń uwodzicieli.

Junior jest sympatyczny i wcale nie taki szpetny, lecz niestety niewiele dziewczyn to dostrzegło. Chłopak myślał, że uniwersytet to jest miejsce, gdzie szaleją rozkiełznane namiętności. "Na moim roku są dwie dziewczyny na 50 osób" - mówi z goryczą.

Najstarszy kursant ma na imię Gareth, pracuje w sektorze finansowym, przyjechał samochodem z Dunfermline, skończył 30 lat i przypomina pluszowego misia. "Przez dwa lata nie miałem dziewczyny" - mówi. A potem kolega pożyczył mi "Grę". "Nie jestem zainteresowany założeniem haremu. Chcę po prostu spotykać się z ludźmi i mieć dziewczynę" - opowiada.

Zajęcia praktyczne

Szkolenie zaczyna się wieczorem od "zajęć praktycznych": instruktorzy demonstrują swoje umiejętności w barach i restauracjach. W sobotę spotykamy się w hotelowej sali seminaryjnej na pięć godzin wykładów. Instruktorzy opowiadają, w jak ogromnym stopniu wiedza, którą zaraz nam przekażą, odmieniła ich życie.

"Brawa za to, że tutaj przyszliście" - mówi Mist. "Postawiliście pierwszy krok na drodze do powiedzenia sobie: <Z moim życiem coś jest nie w porządku>".

Wykładowca radzi, by niezależnie od tego, jak zachowuje się dziewczyna, przyjąć założenie, że ma na nas ochotę. "Rozmawia ze mną: ma na mnie ochotę, dotyka mojego naszyjnika: ma na mnie ochotę. Musimy przemóc w sobie strach przed podchodzeniem do kobiet. To atawizm z wcześniejszej fazy rozwoju ewolucyjnego. Nasze ciała są jak przestarzałe systemy operacyjne. Chodzimy na Windows 98, chociaż powinniśmy mieć zainstalowaną Vistę" - tłumaczy Mist.

Następnym wykładowcą jest 26-letni Alexander Locke, w cywilu kadrowiec z Hertfordshire, ksywa Gem. "Co byście sobie pomyśleli, gdybym wam powiedział, że mniej niż 100 lat temu nie było czegoś takiego jak biały chleb?" - pyta i urywa, żeby dać nam czas na przyswojenie sobie tego zdumiewającego faktu. "Tak szybko zmienia się świat" - wyjaśnia szybko. Kilka guzików koszuli rozpiętych, na piersi medalion w kształcie serca, bardzo oryginalna fryzura - Gem przypomina śródziemnomorskiego armatora po ciężkiej nocy.

Wykładowca powołuje się na "Samolubny gen" Richarda Dawkinsa. To jedna z trzech książek, które nauczyły go "wszystkiego, co wie o podrywaniu". Jak choćby to, że należy wykorzenić w sobie pradawny lęk i zrozumieć, że dla kobiet uroda mniej się liczy niż dla mężczyzn. "Mam kliniczną nadwagę" - ciągnie. "Ale każdego dnia, kiedy idę w miasto, obalam tezę, że wygląd jest dla kobiet ważny" - dodaje.

Potem przechodzimy do odgrywania ról. Naszym zadaniem jest przekonać kobietę, że mamy interesującą pracę i życie. "Pracuję w usługach finansowych" - mówi Gareth. "Wiem, że to brzmi nudno, ale ostatnio zmieniłem pracę i jest naprawdę interesująco".

"To nie brzmi nudno" - przerywa mu Ice Dragon, 28-letni student prawa i psychologii. "Pracujesz w finansach, a finanse to pieniądze. Spróbuj na tym budować swoją pozycję" - dodaje..

"Pomagasz ludziom w zarządzaniu finansami" - podpowiada Craze.

"Nie całkiem. Pracuję jakby na zapleczu" - prostuje Gareth.

"Pracujesz w firmie, która pomaga ludziom" - nie poddaje się Craze. "Pomagasz ludziom realizować ich marzenia" - cierpliwie tłumaczy.

Zasady gry

Przekonujemy siebie samych, że jesteśmy "wartościowymi ludźmi", a potem uczymy się społecznej dynamiki skutecznego uwodzenia, idąc z grubsza drogą zarysowaną w "Grze". Ta książka była w gruncie rzeczy reportażem o pewnym tajnym stowarzyszeniu, ale już następne dzieło Straussa, "The Rules of the Game", zasługuje na miano podręcznika uwodzenia podającego krok po kroku, jak zbudować udane życie miłosne. Autor z mieszanymi uczuciami wypowiada się o przemyśle, który powstał m.in. za jego sprawą. Kiedy brał udział w pierwszym seminarium uwodzenia, "wszystkich guru można było policzyć na palcach jednej ręki. Teraz wszystkie domeny ze słowem alpha są zajęte. To bardzo młoda branża i niektóre firmy nie dają gwarancji jakości". Autor "Gry" przewiduje, że obecny boom albo okaże się "mignięciem na radarze popkultury", albo przerodzi się w "nowy ruch samodoskonalenia, coś podobnego do branży fitness". Ross Jeffries, człowiek, którego Strauss i każdy inny "guru" uznaje za ojca ruchu uwodzenia, uważa, że istnieje ogromny rynek wtórny, który na razie nie jest eksploatowany. "W tym momencie rynek uwodzenia jest ukierunkowany głównie na <facetów, którzy w ogóle nie potrafią załapać się na kobietę>. Rynek wtórny zaś to <mężczyźni, którzy chcieliby zmienić kobietę, bo ta, z którą właśnie są, wcale ich nie pociąga>" - tłumaczy mi.

Ross Jeffries pracował jako radca prawny, a potem jako autor "fatalnych scenariuszy filmowych" (jego własne słowa), m.in. do "They Still Call Me Bruce" z 1987 r. Rok później, po długim okresie kontemplacji w leśnej głuszy, wyszedł do ludzi niby Jan Chrzciciel, aby obiecać samotnemu mężczyźnie zbawienie za pomocą techniki "szybkiego uwodzenia". Technika ta wykorzystuje neurolingwistyczne programowanie (NLP), czyli wpływanie na czyjąś podświadomość za pomocą słów, sugestii i gestów. Metoda wzbudziła spore kontrowersje. Niektórzy uznali ją za prawie tak samo naganną jak dosypanie kobiecie do alkoholu środka odurzającego, by ją później zgwałcić. Jeffries twierdzi jednak, że ta technika wyzwala kobiety od społecznie uwarunkowanych stereotypów, które im mówią, że dany mężczyzna nie jest w ich typie. "W umyśle kobiety jest obszar, który chce puścić wodze wyobraźni" - przekonuje, gdy zadzwoniłem do niego do Kalifornii. (Odebrał telefon i odezwał się po szwedzku, bo myślał, że dzwoni jego dziewczyna. Ta 19-letnia nimfa rzuciła "2-metrowego 25-latka o wyglądzie modela" dla Jeffriesa, który ma 49 lat i absolutnie nie olśniewa urodą). "Widzi pan? To działa" - cieszył się jak dziecko, tłumacząc mi zasady swojej metody.

Ćwiczenia w terenie

W sobotni wieczór wszyscy kursanci wypuszczają się na miasto. Ja mam podejść do jednego ze stolików i zapytać, czy kobiety w Glasgow są bardziej nieprzystępne niż gdzie indziej. "Nie" - odpowiadają uprzejmie. Po tym obiecującym wstępie nic nie przychodzi mi do głowy. Dziewczyny patrzą na mnie wyczekująco. Poinstruowano nas, że zadawanie kobietom kolejnych pytań jest błędem, lepiej jest wygłaszać stwierdzenia ogólne, które zachęcają do podjęcia rozmowy. Potem należy często zmieniać temat, celem stworzenia wrażenia, że dobrze się już znamy.

Junior relacjonuje mi później, że miał podobne problemy. System Alpha Interactions nie uznaje uczenia się na pamięć gotowych formułek, preferując metodę "naturalną". "Instruktorzy mogą sobie na to pozwolić, ale my jeszcze nie doszliśmy do tego stadium" - żali się Junior.

Wszyscy instruktorzy wykazują natomiast zupełnie niebrytyjską umiejętność nawiązywania długich rozmów z zupełnie obcymi ludźmi. Ice Dragon zademonstrował swoją "grę" na dwóch paniach siedzących na sofie. Potem ja do nich podchodzę i pytam je o wrażenia. "Jestem dziennikarzem" - tłumaczę. "Piszę artykuł o rozmawianiu z dziewczynami w barach".

"Jak nie umiesz bajerować dziewczyn, to po prostu spytaj, jak się to, kurde, robi. Nie musisz udawać dziennikarza" - mówi Clara, 20-letnia agentka turystyczna.

W podziemnym nocnym klubie kursantów czeka "pół godziny piekła": muszą przez 30 min "utrzymać się w grupie". Jeśli zostaną z niej wydaleni, instruktor skieruje ich do następnej. Każdy radzi sobie na swój sposób. Stewart jest jak kamikadze: ani trochę nie boi się tego, że runie na ziemię i spłonie. Gareth przez większość czasu ucieka przed instruktorami i chowa się w ubikacji.

W niedzielę, ostatni dzień warsztatów, ćwiczymy "dzienną grę bezpośrednią". Kursanci mają podejść do kobiety na ulicy i powiedzieć jej, że jest piękna, że ma ładne oczy albo że świetnie się ubiera. Komplement należy opatrzyć następującym zastrzeżeniem: Ale chciałbym wiedzieć, czy pasujemy do siebie osobowościami. Tego popołudnia żaden z kursantów nie znajduje obiektu, który pasowałby do niego pod względem osobowości. Pod domem handlowym Junior mówi jednej pani, że bardzo mu się podoba jej wielki różowy płaszcz. Kobieta wybucha śmiechem. Pod innym sklepem zaczepia dziewczynę, która jest z chłopakiem. Po jego wstępnej nawijce zjawia się dwóch innych młodzieńców. "Ale wyglądała na ucieszoną" - przekonuje Junior.