Pierwsze alternatywne formy przedszkolne - czyli niepełnowymiarowe placówki, działające po kilka godzin dziennie, przeznaczone dla małych grup dzieci - zaczęły powstawać dwa lata temu. Miały zapełnić lukę na wsiach, gdzie w brakuje przedszkoli. I choć jest ich już 800, to jednak wzrost nie jest tak dynamiczny, jak się tego spodziewano.

Reklama

Chociaż na ich budowę można dostać pieniądze z Unii, wiele gmin nawet nie próbowało stworzyć takich placówek. Na Podlasiu powstały dwa takie punkty, zaś w lubuskim 18. Na wsiach do przedszkoli chodzi zaledwie 30 proc. dzieci. "Niektórzy wójtowie nie widzą w tym sensu, a ministerstwo też się specjalnie nie zajęło promocją takich form" - tłumaczy Monika Rościszewska- Woźniak z Fundacji A. Komeńskiego.

Uparty wójt

Choć takie placówki pomagają w wyrównywaniu szans edukacyjnych dzieci, szczególnie na wsi, to nie zawsze zaspokajają potrzeby pracujących rodziców. Najczęściej są otwarte przez kilka godzin dziennie. Dla wielu osób to problem nie do rozwiązania.

Agnieszka Witkowska z Przedwojewa w województwie mazowieckim pracuje w oddalonym o kilometr Ciechanowie. I choć przedszkole jest otwarte do godz. 17, jest zaraz obok miejsca pracy, nie mogła tam zapisać swojego syna. Dlaczego? Nie uzyskała zgody wójta ze swojej wsi. A jest ona nieodzowna, bowiem to samorząd finansuje pobyt dziecka w przedszkolu. Jednak wójt jej tłumaczył, że nie będzie oddawał pieniędzy do Ciechanowa. "Nie wiem, co robić. Co prawda funkcjonuje u nas punkt przedszkolny, ale jest otwarty pięć godzin dziennie, a ja pracuje osiem, więc nie mogę z niego korzystać" - mówi Agnieszka Witkowska

Z podobnymi problemami boryka się wielu rodziców. A miasta są coraz bardziej restrykcyjne: przy rejestracji do przedszkola żądają okazania meldunku. W Ełku prezydent miasta twardo zapowiedział, że przedszkola nie będą przyjmować dzieci z pobliskich wsi, nawet jeżeli rodzice pracują w mieście. Jak tłumaczył, w zeszłym roku zabrakło miejsc dla 400 ełczan. "A my musimy zapewnić miejsca przede wszystkim dzieciom z naszego miasta" - argumentował. Problem jest duży, bo choć w gminie Ełk są tylko dwa punkty przedszkolne, ale działają tylko do 13. Innych przedszkoli nie ma.

Reklama

czytaj dalej



Kto to jest samotny rodzic

Często jednak do przedszkola nie załapują się nawet te dzieci, które mają meldunek. Miejsc w przedszkolach w większości miast i tak jest mniej niż chętnych. Rodzice szukają więc każdego sposobu, żeby to ich dziecko się dostało. Choćby takiego, że pierwszeństwo mają te, które wychowuje samotny rodzic. "Nie jesteśmy małżeństwem, więc moja narzeczona chce wykorzystać ten fakt i wpisać, że jest samotną matką. Wtedy mamy szansę, że nasz syn się dostanie" - mówi Rafał Olszewski z Warszawy. Jednak takie rozwiązanie nie wszędzie jest uznawane. We Wrocławiu, chcąc ukrócić taką praktykę, zmieniono definicję samotnego rodzica. Od teraz jest to ktoś, kogo partner nie żyje, przebywa w więzieniu, został pozbawiony praw rodzicielskich albo jest nieznany. W niektórych miejscowościach władze proponują rodzicom wysłanie do przedszkola prywatnego. "W mieście jest szeroka oferta niepublicznych placówek" - przekonuje Iwona Gardocka z wydziału edukacji w Olsztynie. Sęk w tym, że są one dwukrotnie droższe niż publiczne. Pobyt dziecka w prywatnej placówce kosztuje od 500 zł do kilku tysięcy.

W publicznej około 300 zł. Jednak do tego dochodzą opłaty za zajęcia dodatkowe np. rytmikę czy angielski. "Zarabiam 1200 zł, na przedszkole muszę wydać jedną trzecią pensji" - pisze na jednym z forów Ola.

"Liczba przedszkolaków rośnie z roku na rok. W ostatnich dwu latach powstało 125 tysięcy nowych miejsc" - przekonuje rzecznik MEN Grzegorz Żurawski. Jednak nadal odstajemy pod tym kątem od innych państw unijnych. Dla przykładu w Belgii do przedszkoli chodzi 98 proc. dzieci.