Mimo że od tragicznego wypadku ferrari na warszawskim Służewcu, w którym zginął dziennikarz motoryzacyjny Jarosław Zabiega, a jego kolega Maciej Zientarski został ciężko ranny, minęły już blisko dwa miesiące, dwie rodziny wciąż przeżywają ten dramat. Jedna z nich opłakuje zmarłego. Druga modli się o życie i zdrowie cudem ocalałego syna.

Reklama

Maciej Zientarski został w ostatni wtorek przewieziony na oddział wybudzeń szpitala w Bydgoszczy. Jego stan jest nadal ciężki. Dziennikarz wprawdzie rusza kończynami, sam przełyka, otwiera oczy, ale jest półprzytomny. Nie wiadomo, czy poznaje ludzi, jak bardzo jest świadomy tego, co się wokół niego dzieje. Czy zdaje sobie sprawę, że Jarosław Zabiega nie żyje, a jego samego czeka przesłuchanie w prokuraturze i być może najcięższy z zarzutów: spowodowanie śmiertelnego wypadku? Czy w ogóle wie, co się wydarzyło w środę 27 lutego około 21.40?

Feralny wieczór

To miało być zwykłe towarzyskie spotkanie. Dziewczyny są od lat zaprzyjaźnione, mężczyźni pracowali razem. Mieli wspólną pasję - motoryzację. Zientarscy są starsi, to małżeństwo z długim stażem i dwójką synów. Zabiega i jego przyjaciółka Agata dopiero dobijają trzydziestki. Planują ślub, mają wspólne mieszkanie kupione na kredyt. Niecałe dwa lata temu urodziła się im córeczka Nela.

Zientarscy przyjeżdżają do mieszkania Jarka i Agaty na warszawskim Mokotowie około 21.30, parkują wypożyczone ferrari przy ulicy Madalińskiego. Wchodzą na górę, witają się, ale mężczyźni zaraz wychodzą, bo chcą zrobić rundkę czerwonym cackiem. Zabiega ma przy sobie tylko komórkę. Nie bierze nawet dokumentów, a przecież ze swoim słynnym, grubym niczym podwójny hamburger portfelem rzadko się rozstawał.

Reklama

Dziennikarze wychodzą z domu, są roześmiani, żartują. Obaj to tak zwane dusze towarzystwa, którym usta nigdy się nie zamykają. Nie ma wątpliwości, że są podekscytowani czekającą ich przejażdżką. Wsiadają do ferrari i ruszają z miejsca, nie zapinając pasów. Nie wiadomo, czy zapominają o tym obowiązku, czy może wychodzą z założenia, że nie warto, bo przecież zaraz będą wracać. Później okaże się, że właśnie decyzja o niezapinaniu pasów uratuje życie Maciejowi Zientarskiemu.

Reklama

"Pierwszą rundę zrobili jeszcze pod domem, było słychać, jak jeżdżą z piskiem opon" - opowiada znajomy Zientarskich. Potem postanowili wypróbować auto na prostej. Wyjechali na Puławską.

Co było dalej, wiadomo ze wszystkimi szczegółami. Jedne światła, drugie i nagły wyskok na muldzie przy ogromnej prędkości. A potem tragiczny finał na betonowym filarze służewieckiej trasy zjazdowej. Ferrari pęka na pół, po chwili staje w ogniu. Kierowca i pasażer wylatują z foteli niczym katapultowani. Jarosław Zabiega ginie na miejscu. Później okaże się, że miał straszliwie stłuczone narządy klatki piersiowej i brzucha. Przy wraku natychmiast pojawiają się ludzie: ktoś był z psem na spacerze, ktoś przechodził w pobliżu, ktoś inny wreszcie zatrzymał się, widząc wypadek. Ratują Macieja Zientarskiego, odsuwając go od płonącego wraku. Wzywają pogotowie.

Czerwone ferrari

Właścicielem ferrari wartego 300 tys. zł jest były wiceprezes Orlenu Paweł Szymański. Kategorycznie odmawia rozmowy. Szczegóły uzgodnień między finansistą i dziennikarzem telewizyjnym zna kolega Zientarskiego. Zgadza się o nich opowiedzieć, ale stawia warunek, by nie ujawniać jego tożsamości. Spotykamy się w modnej warszawskiej restauracji. Piotr - prosi, by tak go nazywać - to trzydziestoparolatek, ubrany w dobry garnitur i modny krawat.

- Czy Zientarski miał zgodę właściciela na używanie tego auta?

- Tak. Samochód stał u Maćka w garażu już od poniedziałku, czyli dwa dni przed wypadkiem. Maciek ma firmę producencką, sam robi materiały filmowe do swoich programów. Ferrari miało być sfilmowane i wykorzystywane do promocji ich wspólnego przedsięwzięcia. Oznacza to, że Zientarski mógł go używać, bo przecież nie filmuje się stojącego w miejscu ferrari, to byłaby kompletna bzdura. Poza tym miał kluczyki i dokumenty.

- Kiedy auto zostało kupione?

- W poniedziałek w nocy pierwszy właściciel przyprowadził je z Poznania i od razu trafiło na podwórko Zientarskiego. We wtorek po południu dokonano transakcji. Na konto pierwszego właściciela wpłynęły pieniądze, a drugi, czyli Paweł Szymański, dostał klucze i dokumenty wozu. W środę przekazał je Maćkowi.

- Czy właściciel jeździł tym ferrari?

- Jeśli wyjazd za bramę garażu można uznać za jazdę, to rzeczywiście jeździł nim. Ten człowiek nie kupił ferrari po to, by jeździć nim po ulicach. To miał być biznes. Maciek chciał stworzyć stajnię samochodów, gdzie miało stać kilka szpanerskich marek: ferrari, porsche - był już nawet zamówiony dodge viper. Pomysł był taki, by organizować imprezy, gdzie zainteresowani mogliby sobie pojeździć tymi furami gdzieś na torach.

- Kim mieli być klienci?

- Wyższa kadra menedżerska. Paweł po prostu zainwestował w ten interes. Samochód był jego wkładem, Maciek miał go później odkupić. Brali pod uwagę, że jeśli pomysł nie wypali, to Paweł zostanie z samochodem. Rozważali różne warianty: że trzeba będzie dokładać do biznesu, że nie będzie zainteresowania. Nie pomyśleli, że Maciek spowoduje wypadek, zabije kolegę, rozwali ferrari, a sam ledwie przeżyje.

Kto był kierowcą?

Prokuratura twierdzi, że prowadził Maciej Zientarski, a jego mniej znany kolega siedział na fotelu pasażera. "Na światłach na ulicy Puławskiej stałem na prawym pasie, a ferrari na środkowym, widziałem za kierownicą Zientarskiego, znam jego twarz z programów motoryzacyjnych. Na kolejnych światłach znów się zrównaliśmy. Pasażer siedział prawie bokiem do kierowcy. Ferrari ruszyło ostro, 10-15 sekund później był tylko huk i kula ognia" - opisuje w protokole świadek zdarzenia. Drugi potwierdza tę wersję.

Wiadomo również, że stan techniczny auta nie miał związku z wypadkiem. "Czekamy na wspólną opinię biegłych z zakresu techniki samochodowej i ruchu drogowego oraz medycyny sądowej. Mają oni ustalić, czy jest możliwość rekonstrukcji przebiegu wypadku i definitywnego ustalenia, kto feralnej nocy prowadził ferrari" - mówi Katarzyna Dobrzańska, szefowa Prokuratury Rejonowej Warszawa-Mokotów.

Bo w tej sprawie najwięcej kontrowersji budzi właśnie to pytanie. W "Super Expressie", gdzie pracował Jarosław Zabiega, nikt nie ma wątpliwości, że za kierownicą sportowego auta siedział Maciek. Wątpliwości mają natomiast znajomi Zientarskiego. "Jeśli świadek mówi, że widział o 10 wieczorem Zientarskiego za kierownicą ferrari, to gada bzdury. W nocy w takim samochodzie, który jest dwa razy niższy od normalnego, nic nie widać, najwyżej czubek głowy kierowcy. Poza tym Maciek nie ma obrażeń typowych dla prowadzącego pojazd. Widziałem zdjęcia robione codziennie przez żonę telefonem komórkowym. On nie ma obrażeń, które sugerowałyby, że był kierowcą, a wręcz przeciwnie - ma jedną ranę, przy żuchwie, która sugeruje, że kiedy wyleciał z wraku samochodu, zahaczył o lusterko od strony pasażera" - mówi Piotr.

Ale takie argumenty oburzają znajomych Jarosława Zabiegi. Większość mówi bez ogródek: "Dla Zientarskich byłoby lepiej, gdyby prowadził Jarek, oni wtedy łaskawie wybaczyliby mu, że zrobił z Maćka kalekę".

Ból i rozpacz

Rodziny obu dziennikarzy nie chcą się wdawać w takie dyskusje. Ojciec zmarłego Jarosława Zabiegi początkowo zgodził się na spotkanie z nami, ale potem rozmyślił się, bo - jak powiedział - rozmowa o synu wciąż jest dla niego zbyt bolesna. Z tego powodu nie obejrzał nawet wszystkich informacji o wypadku, jakie są dostępne w internecie. Czy ma żal do Maćka, że zabił jego syna? Odpowiada: nie. Święcie wierzy, że syna zabiła - jak mówi - "nieszczęsna droga". Ferrari wyskoczyło z drogi na wybrzuszeniu, które jest efektem osiadania gruntu. Nie da się go sfrezować, można tylko wyrównać dodatkową warstwą asfaltu. ZDM planuje remont dopiero w ostatni weekend kwietnia.

Włodzimierz Zientarski o swoim bólu opowiada na antenie Antyradia, gdzie prowadzi autorskie programy. Jednak z dziennikarzami nie chce się spotykać. "Jeszcze nie czas, zostawmy to na potem, odmawiam wszystkim redakcjom. Proszę mnie zrozumieć, jestem na ostatnich nogach, stale odwiedzam syna, pracuję, nie... nie dam rady" - przekonywał. A co powie ludziom, którzy ostro krytykują go za to, że w telewizji komentuje wyścigi bolidów, podczas gdy syn w szpitalu desperacko walczy o życie? Włodzimierz Zientarski odpowiada, że lekarze dają Maćkowi 25 proc. szans powrotu do zdrowia, więc jeśli w tym stanie przyjdzie mu funkcjonować przez resztę życia, to ktoś przecież musi zarabiać na rodzinę.

Wspomnienia

Pierwszy szok po tragicznym wypadku już minął, przyszedł czas na refleksję. Znajomi obu dziennikarzy zastanawiają się teraz, czy ich koledzy byli piratami drogowymi. Dlaczego zdecydowali się rozwinąć tak wielką prędkość na zwykłej ulicy niemal w centrum miasta? Biegli orzekli przecież, że ferrari pędziło sporo ponad 200 km/h.

Maciej Fabiański pracował z Jarkiem Zabiegą w "Super Expressie" 9 lat. Siedzieli biurko w biurko, wspólnie redagowali dodatek motoryzacyjny. Fabiański starszy o równe 20 lat od Zabiegi bardzo się zżył z młodszym kolegą. Następnego dnia po wypadku dowiedział się, że gdy redakcyjny fotoreporter pojechał w nocy na miejsce robić zdjęcia wraku, obok w plastikowym worku leżały zwłoki ofiary. Sfotografował je. Nie wiedział, że to Zabiega.

"Lubiłem z nim jeździć, zdarzały się nam nawet długie trasy. Nie mam zamiaru dzisiaj gloryfikować zmarłego, to samo mówiłem, gdy był jeszcze wśród nas. Jarek dobrze prowadził, jeździł bezpiecznie, nie piratował jak niektórzy. Ci wymijają lewo, prawo, lewo, prawo" - wspomina Fabiański.

O Zientarskim opinie są podobne. "Lubił amerykańskie samochody, którymi nie da się jeździć szybko. To dostojne maszyny. Prowadził normalnie, bez szaleństw. Owszem, na torze potrafił przycisnąć, ale nie przypominam sobie, by robił to na ulicy" - wspomina Piotr.

Fabiański szczerze żałuje młodszego kolegi. "Bardzo mi go brakuje, może to zabrzmi jak banał, ale nigdy się nie pokłóciliśmy. Czasami jak coś piszę, to mam ochotę zapytać go o coś. Łapię się też na tym, że czekam, kiedy wreszcie wróci do redakcji. Trudno mi uwierzyć w jego śmierć, był taki pełen życia, zawsze uśmiechnięty, nie pamiętam go smutnego. Nawet gdy miał problemy, to nigdy nie rozpaczał, nie dramatyzował" - mówi łamiącym się głosem dziennikarz.

Jego zdaniem Zabiega nie planował przejażdżki ferrari. "Gdyby o tym wiedział, wygadałby się na pewno i już do końca dnia rozmawialibyśmy tylko o tej niesamowitej okazji. A on nawet nie skończył pisać jakiegoś tekstu, bo chciał wrócić do domu".