To także rozliczenie z własnym zaangażowaniem i własnymi ideowymi wyborami. Zdaniem Krasowskiego pokolenie, które polityczną dorosłość osiągało w tamtej dekadzie, zwracało się w kierunku prawicy głównie za sprawą sprzeciwu wobec dominującego języka III RP. Języka, którego fundamentem była idea pojednania z postkomunistami i krytyka "zoologicznego antykomunizmu" uznawanego za najgorszy z grzechów. Na polu demaskowania głupoty takiego przeciwnika prawicowi kontestatorzy - "pampersi", frondyści czy członkowie Ligi Republikańskiej - odnieśli znaczne sukcesy. Tyle że z perspektywy czasu te zwycięstwa okazują się wedle Krasowskiego trywialne, a intelektualny dorobek całej walki - nader mizerny. Na prawicy zemściła się jej "reaktywność", to, że nigdy nie zdołała wypracować sensownego projektu, zadowalając się krytyką przeciwnika i z niej czerpiąc jedyną inspirację. Najlepiej widać to na przykładzie tych prawicowych kontestatorów, którzy do dziś żyją ideami z lat 90. Porównać można ich jedynie z dzisiejszymi lewakami z pokolenia ’68 - podstarzałymi bojownikami, którzy wciąż obnoszą swoje rewolucyjne gadżety.

p

Robert Krasowski:

Młoda prawica wniosła do polityki III RP powiew świeżości. Po latach jednak jej dorobek wydaje się mizerny, a większość idei - poroniona

Inteligencka prawica powstała w Polsce kilka lat po 1989 roku, ale nie jako odpowiedź na społeczną potrzebę, lecz jako gniewna reakcja na lewicową propagandę, na główny nurt pedagogiki III RP. Pojawienie się tej formacji było pokoleniową rebelią, kontestacją skierowaną przeciw establishmentowi. Jej prawicowość była elitarna, bo stanowiła produkt wojny pokoleń w szeregach polskiej inteligencji. To było zupełnie inne zjawisko niż ludowy tradycjonalizm, wyznawany przez prowincjonalnych działaczy kościelnych z ZChN i związkowców z "Solidarności". Ten ostatni był politycznie tępy, nie rozumiał ani tego, że nigdy nie wygra z lewicą, ani tego, że swoją siermiężnością jedynie kompromituje prawicowość. Na dobrą sprawę jego rola w systemie polegała na dostarczaniu uzasadnienia dla lewicowej dominacji.

Młodzież była inna. Weszła do polityki inteligencką ścieżką. Była dobrze wykształcona, oczytana, wydawała elitarne pisma, bez trudu pisała dobrą eseistykę. Jej krytyka lewicowych mandarynów była intelektualnie bardziej rześka niż sami krytykowani. Tamci okres błyskotliwych myśli i dobrych tekstów mieli już dawno za sobą. Byli w tej fazie życia, gdy rozumu używa się leniwie do obrony swojej pozycji. A młodzież biła się o generacyjną podmiotowość. Przygotowała więc drapieżny konserwatywny projekt, który składał się z dwóch części. Po pierwsze, był krytyką całego zlepku banałów i półprawd, którymi opisywano pierwsze lata III RP. Po drugie, był kontrpropozycją, ideologicznym projektem eksponującym to wszystko, o czym III RP chciała zapomnieć: antykomunizm, religię, naród i historię.

Poniższy tekst opowiada o obudzeniu się nowego pokolenia, które użyło prawicowych sztandarów jako swojego logo, a potem rozpadło się, uświadomiwszy sobie, że wyraziście wymodelowana prawicowość była dla niego przypadkową formą. Narzędziem kontestacji, a nie opisem własnych poglądów. Prawicowość w Polsce lat 90. była dla nich ekwiwalentem socjalizmu ze sławnego zdania Bismarcka: "Kto nie był za młodu socjalistą, ten jest świnią". Zacznijmy tę opowieść od dwóch obrazkó, wprowadzających w ducha epoki.

Zderzenie generacji

Jest rok 1992, przy Polskiej Akademii Nauk w Warszawie powstaje Szkoła Nauk Społecznych. Założona przez Stefana Amsterdamskiego, była pierwszą w Polsce instytucją wdrażającą zachodni system kształcenia doktorantów. Amsterdamski ściągnął do niej najbardziej znanych wykładowców. Historii uczyli Kula, Jedlicki, Meller i Holzer, politologii - Wnuk-Lipiński i Rychard, socjologii - Szacki i Marody, polonistyki - Janion i Głowiński, ekonomii - Balcerowicz i Belka, a filozofii - Skarga i Król.

Te nazwiska to nie tylko znany dorobek, ale również wyraźna linia ideowa. Należy wątpić, czy którakolwiek z tych osób głosowała inaczej niż na Unię Wolności i SLD. Zapewne Amsterdamski, kompletując wykładowców, nie kierował się kryteriami politycznymi - takie po prostu były poglądy tej generacji polskich intelektualistów. Kiedy wraz z kilkudziesięcioma osobami z całej Polski trafiłem tam jesienią 1992 roku, zorientowałem się, że w młodym pokoleniu poglądy rozdano inaczej. Różnica ujawniła się natychmiast. Opiekun roku Jerzy Jedlicki w naszym imieniu zaprosił na pierwsze klubowe spotkanie Andrzeja Szczypiorskiego. Osoba wzbudziła powszechne drwiny, przyszło zaledwie kilka osób. Jedlicki był potem zirytowany, pytał skąd ten brak zainteresowania. Usłyszał, że zainteresowanie było na miarę formatu gościa. Następnego wykładowcę zaprosili już sami doktoranci, był nim mało wtedy znany Andrzej Zybertowicz, który właśnie wydał książkę "W uścisku tajnych służb". Gest był charakterystyczną dla epoki przekorą: Jedlicki prosił o wykład czołowego publicystę, z kolei młoda generacja chciała kogoś, kto byłby jego linii najostrzejszym zaprzeczeniem. To nie był wybór polityczno-ideowy, to była pokoleniowa definicja banału. Nawet mocno lewicujące doktorantki Marii Janion uważały, że poglądy `a la Szczypiorski to lewicowość dla mas, liberalizm dla nieuków.

Polityka mało kogo interesowała, reakcje na niedawne obalenie premiera Olszewskiego były chłodne. Widziano w nim postać groteskową, patetycznego kustosza umarłego już świata. Jego otoczenie budziło protekcjonalne drwiny, to było chłopstwo nowej epoki. Śmieszyły rysy twarzy, ubiór, sposób wysławiania. To one sprawiły, że lustrację uznano za plebejski problem etyczny.

Rok później okazało się, że łatwo być szydercą w solidarnościowym kraju, znacznie trudniej w postkomunistycznym. Choć politycy SLD całkiem sugestywnie odgrywali role urodzonych demokratów, ich rządy wzbudziły jednak silny opór. Znacznie mniej antykomunistyczne, niż można dziś sądzić, pierwsze pokolenie wolności zbyt długo patrzyło na ludzi pokroju Jaruzelskiego i Kiszczaka, by teraz omdlewać na widok Kwaśniewskiego i Millera. Kłopot sprawiali raczej solidarnościowi moraliści, którzy chcieli ugrać więcej, niż było potrzebne. Postawa "przeczekać epokę SLD" była dla nich zbyt skromna, zaczęła się wielka kampania propagandowa namawiająca Polaków do tego, by nowo-starą władzę polubić. To miało być ćwiczenie z moralności i test dla demokracji.

Piszę "wielka kampania propagandowa", choć w istocie chodziło o linię polityczną jednej tylko gazety. Dominującej wtedy, nadającej ton innym mediom, ale przecież komu się nie podobała, mógł jej nie kupować. Dziś opresja z jej strony wydaje się bardziej masochizmem czytelników, niż realnie zadawanym im gwałtem. Jednak w tamtej epoce było coś takiego, że największą gazetę traktowano jako oficjalny organ III RP. To zaś sprawiło, że zamiast uznać sukces postkomunistów za wpadkę demokracji, młodzi Polacy dostrzegli w nim jej istotę. Polska wolność zyskała kiczowaty rys, który sprawił, że tak trudno było ją potem szanować.

Jeśli potraktować pierwszy rok SNS jako socjologiczną próbę, to na około 60 studentów konserwatywne poglądy deklarowało zaledwie trzech: Tomasz Merta, Marek Cichocki i ja, reszta do prawicy czuła kulturową niechęć. Mimo tego jednak istotą pokoleniowego tonu stał się dystans nie do prawicy, lecz do lewicy. Dojrzewający po 1989 roku inteligent z założenia lekceważył prawicę jako skansen, formacyjne znaczenie miało natomiast to, że również lewicę uznawał za passé. Inteligencka młodzież uważała, że lewa strona działa poniżej inteligenckiego poziomu i posługuje się uboższym kodem. Tym samym polska lewica po raz pierwszy od czasu swoich narodzin zablokowała pokoleniową sukcesję. Trzeba było 15 lat, by pojawiło się pierwsze środowisko definiujące się jako lewicowe, a i ono zrodziło się z kontestacji tego, co na lewicy zastało.

Antykomunizm prześladowany

Druga historia rozegrała się w 1995 roku w redakcji "Życia Warszawy". Wydawana przez zabiegającego o koncesję na telewizję Włocha Nicolo Grauso, gazeta miała ponad 150 tysięcy nakładu, naczelnego Tomasza Wołka i skupiała dziennikarską młodzież. Jej poglądy były centrowe, chyba tylko Piotr Zaremba i ja pisaliśmy bardziej na prawo. Igor Zalewski, Piotr Pytlakowski, Paweł Fąfara, Bronisław Wildstein, Luiza Zalewska - wszyscy byli naturalnymi obywatelami centrum. Sam Wołek po latach przynależności do Ruchu Młodej Polski mocno się zmienił, prawicowość z niego wyparowała, przebierał się w te szaty rzadko, tylko gdy zmuszała go do tego polityczna koniunktura. Wystarczy powiedzieć, że 4 czerwca 1992 roku, po upadku rządu Olszewskiego, z radości pił w redakcji szampana. Gdyby nie jego sympatia do Lecha Wałęsy, byłby klasycznym wyborcą Unii Wolności.

Wyraziste tamto środowisko nie było nawet w sprawie, z której potem stało się znane: niechęci do komunistów. Zdobycie władzy przez SLD w 1993 roku było dużym zawodem, jednak większość dziennikarzy szybko przywykła do nowej sytuacji. Problem pojawił się dopiero dwa lata później, w trakcie kampanii prezydenckiej. "Życie Warszawy" odkryło kilka plam na życiorysie Kwaśniewskiego. Wbrew temu, co zadeklarował w Centralnej Komisji Wyborczej, nie był magistrem, a w deklaracji majątkowej ukrył, że jego żona jest właścicielką akcji Polisy. Te dwie informacje stały się głównym wydarzeniem kampanii prezydenckiej. Kwaśniewski do ostatniej chwili dowodził, że "Życie Warszawy" kłamie, jednak gdy wygrał wybory, przyznał nam rację. Ale nie to jest puentą tej historii. Po wyborach włoski właściciel gazety dowiedział się, że w Polsce już żadnego interesu nie zrobi, nakłoniono go do sprzedania gazety biznesmenowi związanemu z Kwaśniewskim. Transakcję przeprowadzono błyskawicznie, w kilka tygodni po wyborach nowy właściciel poinformował redakcję, że zmienia kierownictwo, bo gazeta musi "odzyskać wiarygodność". Dziennikarze odebrali to jako zamach na ich niezależność, odbyło się referendum, niemal cała redakcja zdecydowała się odejść.

Dużo się wówczas mówiło o zoologicznym antykomunizmie, ja jednak byłem w tym zoo i takiego antykomunizmu nie znalazłem. Widziałem natomiast dziennikarzy, którzy podali prawdziwe informacje i zostali ukarani w białoruskim stylu. Choć kulisy sprawy były publicznie znane, inne redakcje "Życia" nie wsparły, politycy Unii Wolności również milczeli, podobnie warszawska elita, która z mniej ważnych powodów słała do mediów listy otwarte.

Powodem milczenia był lęk przed antykomunizmem, który gęstniał w coraz bardziej irracjonalną obsesję. Im bardziej SLD rósł w siłę, tym mocniej wierzono, że Polsce zagraża antykomunizm. To była ta sama logika podejrzliwości, która po zwycięstwie rewolucji francuskiej kazała tropić wrogów wolności, a po zwycięstwie rewolucji październikowej dostrzegała zaostrzanie się walki klasowej. Ci, którzy kilka lat wcześniej obawiali się polowań na czarownice, sami coraz częściej spoglądali na świat okiem czujnych inkwizytorów. To, że po przejęciu całej władzy przez SLD polityczne czystki przeprowadzone w redakcji jedynej opozycyjnej gazety uznano za obronę własną, pokazuje, jak dalece tracono kontakt z realnym światem.

Ten klimat polityczny odegrał formacyjną rolę i wskrzesił antykomunizm. Wcześniej był on wygasającym resentymentem mas. Teraz krzepł jako świadomy wybór elit. Istotne było w nim nie tyle pragnienie zemsty na czerwonych, co poczucie zdrady ze strony swoich. Warto zrozumieć ten moment, bo miał on kluczowe znaczenie: niechęć wobec postkomunistów nigdy nie była tak silna jak wobec ich obrońców. Dla nowej generacji niechęć wobec czerwonych była ekspresją oburzenia na ich solidarnościowych adwokatów, którzy zmuszali innych do zrobienia tego, czego sami kiedyś odmawiali: okazywania ostentacyjnego szacunku generałom, Urbanowi, PRL-owi.

Mechanikę tych emocji najlepiej analizować na przykładzie znanych wówczas prawicowych środowisk, które nadały ton młodej inteligencji - Ligi Republikańskiej, frondystów, "pampersów", środowiska "Życia".

Prawicowe konwersje

Liga Republikańska powstała w 1993 roku. Założyła ją grupa liderów NZS-u: Mariusz Kamiński, Piotr Skwieciński i Piotr Ciompa. Zaczynali od zadziornych antykomunistycznych happeningów, prowokowali, oklejali miasta plakatami, byli organizacyjnie sprawni, potrafili zrzucić ulotki na salę sejmową w trakcie posiedzenia. Jednak po sukcesie Kwaśniewskiego poglądy Ligi zastygły w patetyczny kształt, antykomunizm przestał być szyderczy, stał się teorią układu, a nieco chuligańska kontestacja okrzepła w dostojną prawicową ideologię. Zmiana była dość radykalna - Ligę tworzyli ludzie od prawicy mentalnie odlegli, to był klasyczny typ ułański, niepokorny, z balangową fantazją, raczej libertyński, nieznoszący komunizmu nie dlatego, że był lewicowy, ale za jego służalczość. Również niechęć tych ludzi do postkomunistów była raczej pańska niż etyczna. W prawicowy kostium przebrali się dlatego, że dostrzegli w nim najdalej posuniętą kontestację. Oczywiście solidarnościowej lewicy, a nie SLD. Bo gdyby chodziło o SLD, wystarczyłby antykomunizm, lewicowość postkomunistów nawet w samym Sojuszu postrzegano jako fikcję.

Podobny mechanizm kontestacji leżał u źródeł narodzin kwartalnika "Fronda". Założyło go dwóch dziennikarzy: Rafał Smoczyński i Grzegorz Górny. Ich ideowe losy dobrze pasują do tamtej epoki, obydwaj u zarania III RP zaczynali pracę w "Gazecie Wyborczej", potem pracowali w "Życiu Warszawy", a stamtąd trafili do telewizji Walendziaka. Ich religijność pojawiła się nagle, jako polemika z duchem epoki. Katolicyzm "Frondy" był wystylizowany, świadomie ułożony w formę najbardziej prowokacyjnego buntu. Z religijnej tradycji wybierano tylko kontrowersyjne elementy, które mogły obrazić obowiązującą poprawność. Szatan, inkwizycja, ortodoksja, kontrreformacja… Podobnie jak w przypadku Ligi, wybór narzędzi pokazywał, że przeciwnikiem są bardziej lewicowi ideolodzy niż postkomunistyczni oportuniści.

Frondyści zaczynali jako kontrkultura. Byliśmy punkami tamtej epoki - wspomina dziś jeden z nich - by po chwili zrozumieć, że nie są już błaznami, ale kapłanami. Część nie miała jednak ochoty na taką konwersję, odeszli areligijni kontestatorzy, wycofali się tacy autorzy jak Rafał Smoczyński i Cezary Michalski. "Fronda" jednak trwała, pogrążając się w niczym już niezmąconej pobożności.

Budowniczy kontr-Agory

Narodziny intensywnie przeżywanej prawicowości najlepiej można prześledzić na przykładzie "pampersów". Tak właśnie starzy dziennikarze z telewizji publicznej nazwali ekipę młodzieży, którą w 1994 roku wprowadził na Woronicza nowy prezes Wiesław Walendziak. Można było ich nie lubić, byli aroganccy i pewni siebie, ale warsztatowo byli o niebo lepsi od wszystkiego, co wcześniej telewizja widziała. Byli też dociekliwi, odważni, chcieli być niezależni. Nie zawsze byli, ale już sama chęć niezależności była na Woronicza czymś nowym. Spotkali się ze zdumiewająco ostrym atakiem. To nie była krytyka, to była histeria. "Wyborcza", "Polityka" i "Przegląd" biły bez opamiętania. Raptem telewizja stała się tematem numer jeden, recenzowano wszystko - ramówkę, programy, prowadzących. I wszystko było złe, fatalne, tendencyjne. I tak było do dnia, kiedy została odwołana ekipa Walendziaka.

Potem przez lata mówiono, że prawicowi dziennikarze mają obsesję "Wyborczej", że przypisują jej wszelkie grzechy. Zgoda, nabawili się tej obsesji, jednak była ona odpowiedzią na wcześniejszy atak. Z perspektywy ważniejsza okazała się zresztą nie obsesja na punkcie "Gazety", ale fascynacja jej siłą. "Pampersi" dobrze zrozumieli, że atak na nich był czystą polityką, że zostali obaleni nie za jakość dziennikarstwa, ale za poglądy. Zaakceptowali to jako obowiązujące reguły gry. Formacyjne dla nich było to, że nie uciekli w bezsilny gniew, ale postanowili zbudować własną kontr-Agorę.

Młodzi skanowali rzeczywistość w poszukiwaniu nitek wpływów. Wiedzieli już, że siłę dają idee, media i inwestujący w politykę biznes. Wiedzieli, że w polityce liczą się tylko instytucje, bez nich jest się nikim. Zrozumieli też, że postkomuniści wygrywają wybory dzięki PR-owi, że teraz potrzebny jest on prawicy, że kto go jej da, ten obejmie nad nią panowanie. Dlatego wszystko postawili na budowę własnych mediów. Rodziły się kolejne projekty: Radio Plus, Telewizja Familijna.

"Pampersi" kopiowali styl działania lewicowych mediów. Widzieli, że politykę robi się wszędzie. List otwarty do gazety podpisany przez kilku znanych pisarzy, muzyk rockowy grający na koncercie w czasie kampanii wyborczej, koalicja zaprzyjaźnionych mediów, która wybraną przez siebie informację czyni przekazem dnia. "Pampersi" przeoczyli jedno: że silni gracze te cele osiągają mniejszym moralnym kosztem, robią to często nie na podstawie zimnego planu, ale korzystając ze swojej pozycji. "Pampersi" byli słabi, a przez to musieli się stać bardziej cyniczni. Byli świadomi, że idą podbijać to, czego podbijać się nie powinno - kulturę, religię, media. I robili to na zimno.

Rycerze z okopów Świętej Trójcy

Kiedy w 1997 roku wybory wygrała AWS, Wiesław Walendziak miał już silną pozycją polityczną. Krzaklewski widział w nim młodego zdolnego, zastanawiał się nad powierzeniem mu funkcji premiera. W końcu Walendziak został szefem kancelarii Buzka, jedną z najbardziej wpływowych postaci w rządzie. Wielu "pampersów" z dziennikarzy zmieniło się w polityków. Znajdziemy ich teraz w administracji rządowej i w sztabach kolejnych kampanii wyborczych. Ale są to już zupełnie inni ludzie. Niepokornych buntowników zastąpili rycerze z okopów Świętej Trójcy. Idąc na polityczną wojnę z lewicą, "pampersi" budowali wyrazistszą tożsamość, zwierali szeregi, uczytelniali wobec świata swoją misję. Definiowali się jako twardzi konserwatyści, pryncypialnie antykomunistyczni i ostentacyjnie religijni. Jednak znakiem rozpoznawczym formacji stała się rewolucja moralna. To bowiem "pampersi" jako pierwsi ją w Polsce ogłosili. To była krucjata totalna, skierowana przeciw wszelkiemu złu. Przeciw nihilizmowi moralnemu, przeciw zepsuciu obyczajów, historycznej amnezji, przeciw kapitalizmowi politycznemu i korupcji. Jarosław Kaczyński w 2005 roku nie miał nawet ćwierci tego moralistycznego rozmachu, jaki odnaleźli w sobie "pampersi".

W ciągu kilku miesięcy tożsamość ta stężała w nierozcieńczony niczym fanatyzm. Który zachwycił i Krzaklewskiego, i biskupów. To była młodzież na miarę ich marzeń: ulepiona ze stali i z wiary. Chwilę potem nadszedł czas żniw: upragniony moment budowy medialnego imperium, w oparciu o koncesję kościelną, majątek państwowych spółek i postkomunistycznych oligarchów.

Wojna na idee

W okolicach 1998 roku wiadomo już było, że strategia żadnego z opisanych tu środowisk nie przynosi sukcesu. Wtedy zrodził się pomysł na poły defensywny, na poły drapieżny. W gronie warszawskich historyków idei powstała koncepcja intelektualnego pojedynku z lewicą, rozprawienia się z nią nie tyle siłą, co rozumem. Ci ludzie nie byli tak bardzo zarozumiali, po prostu widzieli, że lewej stronie ton nadaje ewidentna umysłowa tandeta. Po pokoleniach Brzozowskiego, Krońskiego, Kołakowskiego, Miłosza czy Lipskiego, przyszła generacja nowa, która odcinała kupony od sławy przodków, ale świeciła już tylko światłem odbitym.

Młodzi "antylewicowcy" korzystali z przywileju epoki. Humanistycznego wykształcenia nie zdobywali w więzieniach, ale w dobrych uczelniach. Rozumieli idee, znali ich logikę i historię, widzieli, jak nieporadnie z lewicowej tradycji czerpią współcześni publicyści, jak mylą argumenty, jak mieszają wątki. Mainstreamowe teksty były kompilacją cytatów, trochę z Miłosza, trochę z Berlina, trochę z Kołakowskiego. Wszystko klecone było na chybił trafił, wystarczyło, że coś się komuś skojarzyło.

Pomysł brzmiał: pokazać tę niezdarność, poinformować opinię publiczną, że polskie oświecenie nie opiera się na rozumie, ale na jego braku. Z takich założeń powstał Warszawski Klub Krytyki Politycznej. Środowisko, które spajało poczucie, że nad Wisłą umysłami rządzi banał przekraczający normalne miary.

Temperament publicystyczny w tym gronie był normą - mieli go Tomasz Merta, Dariusz Gawin, Paweł Paliwoda, Marek Cichocki, Janusz Ostrowski. Naszymi łamami było "Życie", w którym byłem szefem publicystyki. Do tej ekipy dołączyli wkrótce Ryszard Legutko i Cezary Michalski. Zaczęła się wojna na eseje.

Dla polskiej inteligencji to był dziwny czas. Do tej pory niechętne ideologii III RP były wąskie środowiska, z reguły te młodsze. Starsi rozumowali wedle logiki Giedroycia, że choć Polacy są prawicowym społeczeństwem, to jak zawsze rządzić nim będzie lewica. I akceptowali ten fakt, tak jak akceptuje się socjologiczną prawidłowość. Jednak w drugiej połowie lat 90. jakość oficjalnej ideologii budziła już głęboką irytację. Kolejne znane postaci włączały się w debatę publiczną, aby to powiedzieć. Paweł Śpiewak i Zdzisław Krasnodębski, Jarosław Gowin, Paweł Hertz, Jarosław Marek Rymkiewicz, Janusz Szpotański, Zygmunt Kubiak… Płaskość projektu widoczna była nawet dla tych, których do niedawna uważano za jego patronów. Jerzy Szacki, Aleksander Smolar czy Bronisław Geremek lojalnie odmawiali krytyki lewicowej publicystyki, ale swoje diagnozy przedstawiali w tak odmiennych językach, że sygnał był wystarczająco czytelny.

Stefan Kisielewski mówił, że prasa socjalizmu jest gorsza od samego socjalizmu. W latach 90. było podobnie: ideologia III RP była znacznie gorsza od samej III RP. Z czasem zaczęli to dostrzegać także obrońcy tej ostatniej. Ich język łagodniał, odrywał się od ideologii, akceptował krytykę, uczył się dyskusji. Jednak było już za późno. Wielkie rozrachunki po aferze Rywina, owo oficjalne ogłoszenie IV RP, to było odreagowanie lat 90., które pokazało ogrom skumulowanej niechęci. Logika późniejszych wydarzeń pokazała zresztą dobitnie, że krytykom III RP nie chodziło o zmianę realiów, ale o zmianę symboli. O rewolucję jedynie semantyczną.

Ta rewolucja dokonała się na długo przed wyborami 2005 roku. Po kilku miesiącach od wybuchu afery Rywina Polska była już nie do poznania.

Prawicowy Maj ’68

Prawicowa młodzież nie lubiła "lewactwa", tej agresywnej, rewolucyjnej lewicowości, którą zrodził bunt 1968 roku. Gdy jednak dziś szukamy modelu do opisu polskiej prawicowej kontestacji z lat 90., najlepszym okaże się właśnie Maj 1968. Sławna romantyczna rebelia w imię lepszego świata, sprzeciw wobec rzeczywistości, która wydała się młodzieży brudna, trywialna i duszna. 20 lat wcześniej lewicową młodzież Europy Zachodniej zirytował mały realizm kapitalistycznego świata, trywialne kariery rodziców, tandetna polityka. Otóż polskiej młodzieży na początku lat 90. wolna Polska wydała się jeszcze gorsza. Kraj jednej partii i jednej gazety, jak to kiedyś napisał Michalski. Dla młodych inteligentów, dla których od realiów ważniejsze były symbole, zamiana Urbana na Michnika i Urbana, to było stanowczo za mało, aby cieszyć się wolnością.

Bunt 1968 roku skierowany był przeciw konserwatywnemu światu, dlatego założył maskę agresywnej lewicowości. W Polsce wrogiem była lewica, więc strojem, którym ją straszono, była przedpotopowa, fanatyczna prawicowość. Kolejne środowiska nakładały na siebie wyraziste prawicowe kostiumy, które miały służyć im jako ideowe zbroje. To była wyprawa krzyżowa przeciw lewicowym Saracenom. Jednak po kilku latach zbroje zaczęły uwierać, zaczęto je więc porzucać. Z "Frondy" odeszli założyciele. Liga Republikańska wymieniła antykomunizm na hasło walki z korupcją, niedługo potem zanikła. Pampersi nagle tracili potrzebę działania w Opus Dei, zaczynali lubić nie tylko kapitalizm, ale także kapitalizm polityczny, a nawet postkomunistyczny. Z moralistów zmieniali się w typowych polskich biznesmenów.

Z perspektywy tego ideowego wychłodzenia istotą lat 90. wydaje się pokoleniowy bunt. Wojna o podmiotowość toczona przez wchodzących w dorosłość inteligentów przeciw despotycznym wychowawcom, którzy narzucali się z wyjątkowo irytującymi radami.

Suwerennych prawicowców, dla których prawica nie była ani narzędziem, ani chwilową fascynacją, ale racjonalnym przekonaniem, pamiętam zaledwie czterech: Jana Wróbla, Piotra Semkę, Piotra Zarembę i Rafała Matyję. Dla znaczącej większości prawicowość była tylko formą ekspresji. Stąd też kiedy po latach spojrzymy na dorobek tej formacji, jest on dramatycznie wątły. Pozytywnej myśli politycznej nie ma tam żadnej. To, co wydawało się intelektualnym odkryciem - sfera metapolityki, mitycznej nadrzeczywistości, z której prawica, posługując się wartościami, dokona inwazji na politykę - po dekadzie wydaje się wyjątkowo żałosnym konceptem. A przecież pozostałe pomysły były jeszcze gorsze.

Tamta młodzież zdetronizowała lewicowych mandarynów, za co jej chwała. Po latach warto się jednak przyznać, że udało się to nie dlatego, że miała własną ofertę, ale ponieważ potrafiła skompromitować kontrofertę. Sukces był jednak połowiczny - myśli tej generacji nigdy nie były jej własnością, zawsze wyznaczały je poglądy przeciwnika. Najłatwiej to dostrzec u tych, którzy do dziś zastygli w dawnych pozach, u prawicowych dinozaurów, naszego odpowiednika podstarzałych zachodnich radykałów. Tamci lewicowcy, mimo sześćdziesiątki na karku i luksusowych aut w garażu, chodzą z długimi włosami, w podartych trampkach i mówią "stary, nie wolno się dać systemowi". Ich polscy odpowiednicy też mają swoje rewolucyjne gadżety: są mieszkańcami katakumb, męczennikami wiary, dowodzą, że Polską rządzi Michnik, a jego siepacze tworzą organizację pod nazwą "Salon".

Mechaniczność ich reakcji jest trwałym znakiem śmieszności całego pokolenia, które z winy weteranów stale musi przeglądać się w lustrze. I widzieć prawicową infantylność, która walczy o msze po łacinie oraz toczy homeryckie boje z nieistniejącą od dekady Unią Wolności i z SLD, który też już umarł i dziś ustala jedynie datę pogrzebu.

Robert Krasowski