"Wykorzystywanie imigrantów to współczesna forma niewolnictwa. Zbyt wielu bezwzględnych pracodawców bogaci się kosztem przyjezdnych" - nie waha się mówić przewodniczący
federacji brytyjskich związków zawodowych (TUC) Brenden Barber.
To właśnie na zlecenie TUC zbadano warunki, na jakich są zatrudniani nasi rodacy. Z tego powodu opracowanie można byłoby uznać za mało obiektywne: związkowcy od dawna malują życie
imigrantów z nowych krajów Unii w czarnych barwach, bo obawiają się, że z ich powodu płace Brytyjczyków zostaną zmniejszone. Jednak tym razem TUC zadbał o wiarygodność. Opracowanie
przygotował bowiem związany z Uniwersytetem Oksfordzkim instytut badania zjawisk społecznych COMPAS. A wnioski pochodzą z dogłębnych badań losu przeszło 500 imigrantów przybyłych do
Zjednoczonego Królestwa z Polski i Litwy.
Problemów w pracy naszym rodakom, którzy zdecydowali się na wyjazd do Wielkiej Brytanii, nie brakuje. Skarży się na nie aż połowa. Najpoważniejsze to płaca. Co czwarty uważa, że jest przez
pracodawcę oszukiwany. Często otrzymane pieniądze nie zgadzają się z tym, co figuruje na liście wynagrodzeń. Jednym z typowych sposobów jest wypłacanie stawki godzinowej za pracę, która
trwała o wiele dłużej. "Pracodawca liczy jako godzinę 100 minut. Twierdzi, że tak jest ustawiony komputer i nic nie da się z tym zrobić" - mówi jeden z ankietowanych.
Jeszcze częściej zdarza się, że praca po godzinach i w weekendy jest opłacana według normalnych stawek. Na to skarży się aż 47 procent imigrantów. Zgodnie z brytyjskim prawem taka
praktyka jest normalna, jednak w Polsce za pracę dłużej niż 8 godzin dziennie dostaje się o 50 procent więcej, a w weekend - o 100 procent więcej niż wynosi normalna stawka.
Nielegalne w Anglii jest natomiast obniżanie stawek godzinowych poniżej ustawowego minimum. Takie oszustwo spotyka polskich emigrantów aż dziesięciokrotnie częściej niż rodowitych
Brytyjczyków. W wielu innych przypadkach pracodawcy wypłacają równo obowiązujące minimum lub tylko niewiele więcej. Taki los szczególnie dotyka kobiety: 40 procent z nich dostaje od
pracodawcy równo tyle, ile ten musi zapłacić, jeśli nie chce łamać prawa. Powód? Zdaniem autorów raportu wielu Polaków zna słabo angielski i na gwałt potrzebuje pieniędzy. Chętniej godzi
się więc na warunki, które oferuje pracodawca.
Brytyjscy przedsiębiorcy mają też inny sposób uzależniania przyjezdnych. Aż 1/3 z nich przyjmując pracę, musiała zgodzić się na zamieszkanie u pracodawcy. I to zwykle na gorszych warunkach
i za wyższe pieniądze niż "na mieście". "Powróciły czworaki" - alarmuje Brenden Barber. Jeden z polskich imigrantów przyznaje: "Zmuszono mnie do
zapłacenia czynszu za pół roku. Opłata była wysoka, a warunki fatalne. Kiedy wróciłem z wakacji, okazało się, że ktoś mieszka w moim pokoju".
Brytyjscy przedsiębiorcy replikują: "Stawki muszą być niskie, bo konkurencja w Unii jest wysoka. Tylko na takich zasadach zatrudnianie Polaków jest możliwe". Jednak eksperci
COMPASA odrzucają ten argument. Bo ich zdaniem każda z badanych firm była w stanie zapłacić swojemu dyrektorowi od 100 do nawet 600 tysięcy funtów rocznie (0,5 - 3,4 mln złotych).
Brytyjscy związkowcy apelują do polskich emigrantów: przystąpcie do naszej organizacji, aby bronić swoich praw. Ale na razie tak uczyniło zaledwie 3 proc. z nich. Pozostali najwyraźniej się
boją.