Dziennik Gazeta Prawana logo

Globalizacja prowadzi do zdziecinnienia

5 listopada 2007, 12:07
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Zachodnie elity intelektualne - uważa Frank Furedi - tak bardzo popadły w relatywizm, że straciły zdolność organizowania wartościowego życia publicznego. Z kultury zniknęło pojęcie obiektywnej prawdy i kryteria, według których można by ocenić wartość dzieł sztuki lub słuszność przekonań. Doprowadziło to do degeneracji i faktycznego zaniku debaty - jeśli wszystkie poglądy są tak samo uzasadnione, jaki jest sens przekonywania adwersarzy do własnego punktu widzenia? Degradacja życia intelektualnego nastąpiła w tym samym czasie, co rozwój "gospodarki opartej na wiedzy". To jedynie pozorny paradoks, w rzeczywistości oba procesy są połączone - uniwersytety zaczęto traktować jak przedsiębiorstwa, ludzi, którzy kilkadziesiąt lat temu byliby intelektualistami - jak ekspertów i technokratów. Tymczasem - przypomina Furedi - "by czuć się i zachowywać jak intelektualista, trzeba zdystansować się wobec konwencji i presji codziennego życia. Idei nie można tworzyć według planu lub odpowiadając na wymogi konkretnej instytucji".

p

To prawda. Jednak naukowiec to nie to samo, co intelektualista. Jak zauważył Pierre Bourdieu, ktoś taki jak Einstein staje się intelektualistą dopiero wtedy, gdy zajmuje się inną dziedziną niż fizyka, w której jest ekspertem - na przykład gdy wypowiada się na temat polityki międzynarodowej. Bycie intelektualistą wynika z uczestnictwa w projekcie wykraczającym poza szczególne zajęcie lub zainteresowania. By czuć się i zachowywać jak intelektualista, trzeba zdystansować się wobec konwencji i presji codziennego życia. Idei nie można tworzyć według planu lub odpowiadając na wymogi konkretnej instytucji. Intelektualiści mogą być zatrudnieni przez instytucje, lecz jeśli ich wyobraźnia i praca są przez te instytucje ograniczane, staną się zwykłymi ekspertami lub technokratami. Już w latach 60. zauważono, że asymilowani przez establishment intelektualiści tracą znaczenie w debacie publicznej. W ostatnich dekadach proces ten się pogłębił. I to właśnie dlatego, że - jak pan mówił - edukacja i oświata zyskały bezprecedensowe znaczenie. W roku 2003 Komitet Polityki Monetarnej Banku Anglii stwierdził, że uniwersytety w Oksfordzie i Cambridge mają kluczowe znaczenie dla brytyjskiej gospodarki. W USA kolejne administracje traktują wiedzę jak ważną dla narodowego bezpieczeństwa broń. Świat akademicki zyskał na znaczeniu, lecz zapłacił za to cenę - intelektualiści zniknęli.

Jednym z nich jest to, że rozczarowaliśmy się ideami i samym poszukiwaniem prawdy. Zachodnie społeczeństwa zaczęły wierzyć, że istnieje więcej niż jedna odpowiedź na najważniejsze pytania i że nikt nie ma monopolu na prawdę. Przyzwyczailiśmy się myśleć relatywistycznie. W świecie, w którym żyjemy, to, co pan uważa za słuszne, jest pana sprawą, a to, co ja uważam za słuszne - moją. To, jak jest naprawdę, nikogo już nie obchodzi. W związku z tym elity są zdemoralizowane i zdezorientowane. Zaczęły szukać innych źródeł autorytetu niż własny.

Nie sądzę. W demokratycznym społeczeństwie może dochodzić do konfliktów opinii i ożywionej debaty między różnymi światopoglądami. W debacie bierze się udział nie dlatego, by usłyszeć własny głos, lecz by się czegoś od oponentów dowiedzieć i stwierdzić, jaka jest właściwa odpowiedź na problem, wobec którego stoimy.

Nie nazywałbym tego spiskiem. Elity postanowiły obejść problem braku autorytetu, schlebiając publiczności. Ludzie uwierzyli, że wszyscy są tacy sami. To jest clou "polityki uznania" - bez względu na to, co robisz, dostaniesz nagrodę. Bez względu na to, kim jesteś, zostaniesz doceniony. Nikt nie postawi cię w trudnej sytuacji, nie będzie wywierać na ciebie presji. Jednak elity nie są zbytnio zadowolone z systemu, który stworzyły. Ponieważ wiedzą, że rezultatem jest bardzo zatomizowane społeczeństwo. Stąd wzięły się pomysły włączania wszystkich we wszystko. To nie był spisek - pochlebstwo i włączanie są po prostu metodami ograniczania krytyki. W Wielkiej Brytanii mamy do czynienia z systematyczną próbą reorientacji instytucji kulturalnych. Zamiast zajmować się poważnymi sprawami, mają one tworzyć wystawy łatwo dostępne dla wszystkich. W roku 2000 nowy szef brytyjskiej instytucji nadzorującej muzea stwierdził, że muszą one udowodnić swoje znaczenie dla lokalnych wspólnot, wystawiając eksponaty w sklepach i pubach. Tak jakby dany obiekt zasługiwał na uznanie, bo jest w pubie, a nie w galerii!

Zaczęła się w świecie anglosaskim i jest tam wyrażana silniej niż gdzie indziej. Łatwo ją również zauważyć w Holandii, Belgii, Niemczech czy Skandynawii. Jednak najgorsze, co może się zdarzyć, to próba eksportu tej mody w miejsca, gdzie nie ma ona sensu. Na przykład na Węgrzech UE promuje inkluzję mniejszości. Węgry są przecież dość homogenicznym krajem. Istnieje - oczywiście - mniejszość romska, ale już węgierscy Żydzi często określają się jako Węgrzy. Mimo to celem polityki jest promowanie różnorodności i włączanie mniejszości. W rzeczywistości jest to bardzo skuteczny sposób budowania podziałów w miejscach, gdzie wcześniej nie istniały. Wszystko, czego potrzeba, to jedna osoba z wyższym wykształceniem, która pomyśli: "Być może jestem inny niż wszyscy" i założy własny klub. W Europie Wschodniej ludzie stracili poczucie kontroli nad systemem politycznym. W rezultacie - mówię o Węgrzech, które znam najlepiej - pozwalają na to, by przedwyborcze debaty były tworzone z zewnątrz. Ludzie mówią: "Jeśli się tym zajmiemy, dostaniemy pieniądze z UE". Na początku jest to czysty rytuał, lecz z biegiem czasu zaczynają wierzyć, że wypromowane z zewnątrz problemy są dla nich rzeczywiście ważne. W końcu Węgier zaczyna brzmieć jak Francuz lub Brytyjczyk. Innym przykładem może być reakcja europejskich elit kulturalnych na wynik ostatnich wyborów w Polsce - natychmiast rozgorzała dyskusja, co zrobić, by wartości polskiego społeczeństwa stały się bardziej europejskie. Nie lubię obecnego reżimu, ale uważam za niedopuszczalne, by UE ingerowała w demokratyczną dynamikę.

Jeśli jednak uważamy się za demokratów, musimy zaakceptować wyniki wyborów, bez względu na to, czy nam się te wyniki podobają, czy nie. Demokracja nie polega na akceptowaniu jedynie tego, w co i tak wierzymy.

Jako prywatna jednostka mam pełne prawo powiedzieć Polakom: "Jesteście głupi, trzeba było głosować inaczej". Można to robić na każdym poziomie i bardzo dobrze, bo skutkiem jest globalna debata. Wydaje mi się jednak, że UE uzurpuje sobie monopol na autorytet moralny, którego w rzeczywistości nie ma ani w Anglii, ani w Polsce, ani gdziekolwiek indziej. Gdy Francuzi i Holendrzy zagłosowali przeciw traktatowi konstytucyjnemu, usłyszeli z Brukseli, że są głupkami nierozumiejącymi zalet i złożoności konstytucji. To był antydemokratyczny impuls, zachęta do marginalizacji Francji i Holandii. Uważam, że ludzie dobrze wiedzieli, przeciw czemu głosowali. Problem tkwi w tym, że UE jest zbyt oderwana od codziennych kłopotów, że nie potrafi zrozumieć znaczenia powszechnego protestu. Prowadzenie na całym kontynencie kampanii wokół tych samych zagadnień oznacza traktowanie ludzi jak dzieci. W ten sposób powstrzymuje się ich od realizowania własnego programu.

To bierze się z tchórzostwa, a nie ze zniszczenia. Wschodnioeuropejskie elity powinny być bardziej asertywne w odpieraniu działań, które na Zachodzie nie były zbyt rozsądne, a gdzie indziej mogą mieć jeszcze gorszy skutek. Ostatnio mogliśmy w poszerzonej Unii zaobserwować próbę stworzenia wspólnej kultury i wspólnego programu dyskusji dla społeczeństw, które z natury są różne. Kultura tego typu nie inspiruje, nie angażuje i nie tworzy sfery publicznej. Demobilizuje jednostki i osłabia ich możliwość interakcji.

Globalizacja wzmacnia proces upupiania. W Azji naprawdę istnieje silna ambicja poprawy własnego losu i pęd do wiedzy. Moi chińscy studenci przypominają dawnych studentów żydowskich - ciężko pracujących i zdeterminowanych, by odnieść sukces. Tymczasem Żydzi stali się - jak cała reszta - leniwi i beztroscy. Chińczycy dostają zaś bardzo dobre oceny, ale przejawiają instrumentalny stosunek do wiedzy. Nie zawsze musi to stanowić problem, ale jeśli nie kultywuje się równocześnie prawdziwej wiedzy, mamy do czynienia z filisterstwem. We wszystkich społeczeństwach, które szybko się bogacą, najbogatsi nie są wystarczająco pewni siebie, by finansować muzykę, malarstwo i inne sztuki. A tak długo, jak klasa średnia zajęta jest sprawami bytowymi, popyt na wysoką kulturę nie może być duży. W dodatku, najbardziej kreatywni i inteligentni wyjeżdżają...

W idealnym świecie istnieje kultura, która broni się sama, ale jest równocześnie otwarta na nowe doświadczenia i wpływy innych kultur oraz społeczeństw. Jeśli spojrzymy na przypadki naprawdę bujnego życia kulturalnego, zauważymy, że miały miejsce tam, gdzie spotykali się ludzie różnych narodowości, o zróżnicowanych korzeniach. Jednak dzisiejszy kosmopolityzm jest kosmopolityzmem w złym znaczeniu tego słowa. Ludzie przyjmują podobny język, podobną moralność, stają się kulturowo homogeniczni, a równocześnie wspierają tendencje niszczące kulturę: wielokulturowość czy relatywizm. Kosmopolityczna elita świadomie oddala się od codziennego życia. Gdy rozmawiam z ludźmi do niej należącymi, często mam wrażenie, że nigdy nie mieli do czynienia ze zwykłym człowiekiem, innym niż taksówkarz, który przywiózł ich z lotniska na konferencję. Współodpowiadają za globalny proces dezorientacji ludzi i odciągania ich od wysiłku kulturalnego i moralnego.

Kultura może do pewnego stopnia opierać się na tym, że jednostki aspirują do wyższych sfer. Ale jeśli kultura jest zamknięta - a kultura elitarna jest zamknięta - zaczyna mistyfikować wiedzę. Używa coraz mniej zrozumiałego języka, jej idee nie są wystawiane na próbę przez zewnętrzne doświadczenia. Dość szybko popada w scholastycyzm, co prowadzi do intelektualnej dekadencji. Dlatego nie uważam, że wysoka kultura ancien régime'u stanowiła ideał - była wąska i obejmowała ograniczoną ilość doświadczeń. Co więcej, po jej upadku kultura rozkwitała w wielu miejscach na świecie. Jeśli spojrzymy na Wiedeń końca XIX wieku lub Paryż czy Nowy Jork okresu międzywojennego, zobaczymy przykłady wspaniałego rozwoju intelektualnego.

Owszem, ale często najbardziej interesujące idee przychodziły z dołu. Nierzadko rozwój intelektualny wynika z interakcji między starym a tym, co chce stare zmienić. Ludzie mogą mieć dostęp do oligarchicznej edukacji, ale mimo to dążyć do jej zakwestionowania. Z takich przypadków wynikło wiele dobrych rzeczy. Co więcej - oligarchia istnieje dziś w dalszym ciągu, ale unika przyznania, że jest oligarchią i pławi się w filisterstwie. Zamiast udowadniać własną wyższość moralną bierze trochę stąd, trochę stamtąd, zupełnie jak na jarmarku.

Jest taka możliwość. Tyle że byłoby to bardziej świadome filisterstwo. Nie propaguję populizmu w stylu "ludzie mają rację". Intelektualiści lub ci, którzy aspirują do tego miana, mają obowiązek rozpoczęcia dyskusji. Nie powinni mieć jednak pełnej swobody w wyborze tematu. W takiej dyskusji nie może zabraknąć prawdziwego świata.

Jeśli mamy naprawdę merytokratyczne społeczeństwo z rzeczywiście równymi szansami, nie ma nic złego w zróżnicowaniu. Gdyby dawano dzieciom te same szanse edukacji i realizowania własnego potencjału, zgodziłbym się żyć w nierównym społeczeństwie. Problemem jest to, że w tej chwili nie istnieje rzeczywista równość szans.

Rzeczywiście, schlebianie daje obietnicę równych szans, ale w praktyce prowadzi do nierówności. Jest karykaturą rzeczywistej równości szans, metodą oszukiwania ludzi. Równość szans musi istnieć, gdy człowiek ma 4-6 lat. To w tym momencie powinno się stworzyć warunki - bez względu na pochodzenie społeczne - dla rozwoju naukowego, kulturalnego i moralnego o równej jakości. Niestety, choć zaczynamy to rozumieć, praktyka nie jest zbyt stymulująca. W USA wytyczne dla autorów podręczników zalecają, by chronić dzieci przed wszelkimi nawiązaniami do rzeczywistości odmiennej od ich doświadczenia. Na przykład historia, której akcja toczy się w górach, dyskryminuje uczniów z równin. Opowiadanie o niewidomym alpiniście, który zdobył Mount McKinley, najwyższą górę Ameryki, zostało odrzucone z powodu "regionalnych uprzedzeń". To nonsens. Ludzie nie rozwijają się intelektualnie na podstawie bezpośrednich doświadczeń - gdyby tak było, chłop na wsi mógłby okazać się wybitnym intelektualistą dzięki własnym obserwacjom roślin, zwierząt czy klimatu. Powinniśmy być zdolni wyobrazić sobie abstrakcję. Dzieci z równin powinny myśleć o górach. Właśnie to stymuluje ich rozwój intelektualny.

Niestety. Nawet elitarne instytucje, takie jak Harvard, zaczynają traktować studentów jak słabe dzieci, które trzeba chronić przed niebezpieczeństwami intelektualnych dysput i konfliktów. Nowy program dla studentów pierwszego roku, "Panowanie nad trudnymi rozmowami", uczy, że powinni dawać upust emocjom. Czyli de facto obrażać się. A przecież w "trudnej rozmowie" logika i rozum powinny być połączone z emocjami i osobistym doświadczeniem. Oczywiście, słowa mogą obrazić. Ale jedną z ról uniwersytetu jest kwestionowanie konwencjonalnych prawd i poddawanie własnych poglądów trudnym próbom. Dążenie do prawdy zawsze wymagało, by intelektualiści profanowali święte i wyrażali niewyrażalne. Instytucja edukacyjna z prawdziwego zdarzenia uczy swych członków, jak nie traktować krytyki osobiście i jak nie być urażonym niewygodnymi ideami. Uczy także, jak radzić sobie z obrazą. Rezultaty niezdolności uniwersytetów do przekazywania tej wiedzy można zaobserwować w sferze publicznej. Nawet ruchy protestu zinternalizowały wysoce indywidualistyczne i sprywatyzowane słownictwo polityczne. "Nie w moim imieniu", znany slogan demonstracji przeciw wojnie w Iraku w roku 2003, to wyraz osobistej preferencji. Nawet nie próbuje przekonać innych ludzi. "Nie w moim imieniu" odnosi się do mnie, nigdy do ciebie.

Prawdopodobnie. Jednak nie chciałbym wypowiadać się zbyt pesymistycznie. Po tym jak opublikowałem książkę, usłyszałem od paru 30-latków, że wstydzą się, iż pozwolili sobie na bezmyślną wegetację. Zapewne ciągle można ich zainspirować do prowadzenia aktywniejszego intelektualnie stylu życia. Prawdziwe wyzwanie stanowi jednak młodsze pokolenie. Przychodzący na uniwersytet 18- i 19-latkowie są pełni idei. Chcą być intelektualistami. Jednak tracą ten idealizm w ciągu roku. Najlepsze uniwersytety są na szczęście mniej zinfantylizowane, lecz nawet Oksford, Cambridge i Imperial College nie są całkiem odporne na zmiany. Publiczność musi być zachęcana do rozwoju. Trzeba stawiać jej wymagania i ją inspirować. Brytyjska klasa średnia, na przykład, nudzi się - z chęcią myślałaby więcej. Z drugiej strony ludzie zajmujący się ideami powinni czuć się bardziej odpowiedzialni za inicjowanie debaty i brać zarówno siebie, jak i publiczność bardziej poważnie. To jak z wychowywaniem dzieci. Jeśli traktujemy 10-latka jak nastolatka - mówimy mu "przeczytaj to", prawdopodobnie przeczyta i zrozumie. Nie powinniśmy mówić "to zbyt trudne dla ciebie, jest za mało obrazków", bo prowadzi to do upupiania, cofania w rozwoju.

To nie takie proste. Dominujący - i w zasadzie jedyny - argument za reformą uniwersytetów ma konserwatywną i dość staroświecką naturę. Wzywa do powrotu do starych, dobrych praktyk. Jego wykonanie jest nierealne. Myśląc o naprawie szkolnictwa wyższego, powinniśmy koncentrować się na przyszłości. Prawdopodobnie należałoby zacząć od zastanowienia się nad językiem, tak by trafniej opisywał rzeczywistość. Jeśli zrobi to wystarczająco wielu ludzi, szkoły odzyskają dawną jakość.

W prawdziwym świecie potrzebujemy konkretnych umiejętności, lecz najważniejsza jest zdolność abstrakcyjnego myślenia, rozumienia kultury. Jeśli ktoś ją posiada, potrafi też nauczyć się rzeczy koniecznych w trakcie pracy. Większość umiejętności potrzebnych publicznemu urzędnikowi można przyswoić, już pracując. Całe to gadanie o szkołach zarządzania jest nonsensem, fetyszyzacją umiejętności. Jedyne, czego nie można nauczyć się w pracy, to prawdziwa wiedza i zdolności intelektualne.

p

, ur. w 1948 na Węgrzech, wraz z rodzicami wyemigrował na Zachód po powstaniu 1956 roku. W latach 70. zamieszkałw Wielkiej Brytanii i był związany z radykalną lewicą. Profesor socjologiina Uniwersytecie Kent. Autor wielu prac poświęconych roli ryzyka we współczesnych społeczeństwach. Opublikował m.in. "Culture of Fear" (1997), "Paranoid Parenting" (2001), "Where Have All the Intellectuals Gone?" (2004) oraz "Politics of Fear" (2005). W "Europie" nr 38 z 21 września ub.r. ukazał się tekst Furediego o Nowym Orleanie "Społeczeństwo w rękach handlarzy strachu".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj