Dziennik Gazeta Prawana logo

USA mają pełnię siły, nie mają pełni mądrości

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Zbigniew Brzeziński wypowiada sądy, które doskonale współbrzmią z argumentacją José Marii Aznara. UE, chcąc być partnerem USA i liczącym się graczem na światowej scenie, musi mówić jednym głosem, bo tylko taki głos Ameryka będzie musiała wziąć pod uwagę. Na razie jednak Europa wysyła pod adresem Ameryki sprzeczne komunikaty, z których część zawiera treści wyłącznie negatywne. Mimo rozbudowy europejskich instytucji Stary Kontynent jest dziś politycznie mniej zjednoczony niż kiedyś. Partnerem Ameryki pozostają zatem poszczególne państwa narodowe, wśród których największe znaczenie mają Niemcy. Brzeziński zwraca uwagę na konieczność wyrobienia przez Polskę umiejętności funkcjonowania w europejskich strukturach. "Ci, którzy wierzą, że Polska może w Unii coś przeforsować, zapominają, że nie ma ona potencjału Niemiec ani Wielkiej Brytanii. Zresztą w obecnym układzie sił nawet te kraje niczego w UE przeforsować nie mogą" - ostrzega. Zbigniew Brzeziński gościł w Warszawie z okazji dziesięciolecia Centrum Stosunków Międzynarodowych.

p

Ciągle ponosimy konsekwencje rozłamu, jaki nastąpił parę lat temu w związku z wojną w Iraku. Ameryka zdecydowała się na rozwiązanie, które okazało się wysoce kontrowersyjne i bardzo kosztowne w kluczowych aspektach tego, co nazywa się dziś "soft power". Pod znakiem zapytania stanęły legitymizacja, wiarygodność i moralność naszych działań. Można było tego uniknąć, o ile istniałby prawdziwy i poważny dialog między Ameryką a Europą. Tymczasem w sprawie Iraku ze strony Europy pojawiły się trzy różne reakcje. Pierwszą było wypowiadane szeptem ostrzeżenie: "bądźcie ostrożni i rozsądni", któremu towarzyszyły głośne wyrazy poparcia dla wszystkiego, co chcieliśmy uczynić. Tak postąpił brytyjski premier Blair. Wyrazy poparcia przyjęliśmy oczywiście z wdzięcznością, lecz nie da się tego samego powiedzieć o szeptanych radach. Postanowiliśmy je zignorować.

Druga reakcja, wynikająca w dużej mierze z wewnętrznej polityki, była wysoce krytyczna wobec USA. Postawa kanclerza Schrödera zniszczyła bliskie stosunki niemiecko-amerykańskie, które rozwinęły się w ostatnich dekadach. Szczególnie szkodliwe było to, że krytycyzm Schrödera był motywowany politycznym oportunizmem. Z dzisiejszej perspektywy można by nawet powiedzieć, że osobistym oportunizmem. Tego głosu po prostu nie można było wziąć pod uwagę - nie zawierał żadnej rady, stanowił czystą negację.

Trzeci europejski głos w sprawie Iraku także trudno było potraktować poważnie. To głos nostalgicznego nacjonalizmu, opartego na wspomnieniach minionej wielkości, nieodzwierciedlający obecnego układu sił. Również ten głos nie był konstruktywny, ponieważ sprowadzał się do emocjonalnej krytyki.

Gdyby zamiast trzema Europa mówiła jednym głosem, jestem pewien, że Ameryka by jej posłuchała. Takiego wspólnego głosu jednak nie było i nadal nie ma. Rola Europy w świecie nie została zdefiniowana na poziomie politycznym przez europejskich przywódców. Pogłębia to różnicę między Europą i Ameryką - amerykańska siła podbudowana jest świadomym przywództwem i ciągłą debatą o jego celach. W Europie debaty publiczne koncentrują się na kwestiach wewnętrznych. Jest tak we Francji, w Wielkiej Brytanii, w Niemczech i w Polsce. Czytając "Gazetę Wyborczą" i "Rzeczpospolitą", byłem zdumiony intensywnością krajowych polemik, które całkowicie ignorują globalną rolę Europy. W polskim przypadku można to oczywiście wytłumaczyć głębokością zmiany, nie tylko politycznej, lecz w pewnym sensie także filozoficznej, która nastąpiła po ostatnich wyborach. Nie można jednak szukać takich usprawiedliwień w nieskończoność.

Po drugiej stronie Atlantyku debata o światowej polityce odzwierciedla poważne podziały wewnętrzne. Dyskusja o Iraku jest dyskusją o Stanach Zjednoczonych. Toczy się pomiędzy dwiema Amerykami, z których jedna jest pragmatyczna, tradycyjnie liberalna, przywiązana do systemu dwupartyjnego, praw człowieka i obywatelskich i która - choć według badań opinii publicznej obejmuje większość obywateli - pozostaje w opozycji do obecnej administracji. Druga Ameryka jest bardziej dogmatyczna. W jej zgoła manichejskiej wizji świata polityka zagraniczna ma służyć promocji dobra i walce ze złem, obszarem największego zainteresowania jest szeroko rozumiany Bliski Wschód, a głównym zadaniem - zwalczanie terroryzmu, który zagraża USA. Ten podział jest nowością, ponieważ przez poprzednie 50 lat w amerykańskiej polityce zagranicznej obowiązywał dwupartyjny konsensus.

Stosunki europejsko-amerykańskie są dziś lepsze niż były dwa czy trzy lata temu. Oparte są na wzajemnym uznaniu, że akcentowanie różnic i podsycanie antagonizmów jest kontrproduktywne. Zbliżenie stanowi pragmatyczną konsekwencję dążności do wyciszenia transatlantyckiej kłótni. Europa i USA współpracują ze sobą, na przykład w Afganistanie. Zaczęliśmy znowu rozmawiać, co jest dla Ameryki bardzo korzystne, bo mając pełnię siły, nie ma ona pełni mądrości. Nie jest to jednak dialog między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską. Partnerami Waszyngtonu są główne państwa członkowskie UE.

Jeśli ktoś zapytałby mnie, czy Europa istnieje dziś jako jednostka polityczna, zasugerowałbym odwrócenie powszechnie używanej terminologii. Jeśli chodzi o nazwę, Europa rozwinęła się ze wspólnoty w unię. W rzeczywistości jednak nastąpiła zmiana w przeciwnym kierunku. Dzisiejsza Europa jest raczej wspólnotą niż unią, podczas gdy 15 lat temu była bliższa unii niż wspólnocie. Ten paradoks wyjaśnia w pewien sposób nieobecność Europy jako globalnego gracza. Nie istnieje wspólna europejska wizja. Czy może ona zaistnieć? Patrząc z amerykańskiej perspektywy - może. I powinna. Nasze wewnętrzne debaty nie wystarczą - potrzebujemy także głosu z zewnątrz. Z Europy. Możemy działać bez niego, jednostronnie. O wiele skuteczniej będziemy jednak działać po konsultacjach z Europą i w porozumieniu z nią. Ta Europa musi jednak powstać. Muszą ją stworzyć ci członkowie Unii, którzy potrafią myśleć w prawdziwie globalnych kategoriach. Nie wszystkie 25 państw członkowskich jest do tego zdolnych. Prawdę mówiąc, większość nie jest. Nawet Francja, która przez lata była motorem europejskiej integracji, zajęta jest dziś swoimi własnymi problemami, które na pierwszy rzut oka mają charakter społeczny i ekonomiczny, ale w istocie są raczej kwestiami kulturowymi i politycznymi.

Wśród potencjalnych budowniczych wspólnej europejskiej polityki zagranicznej dostrzegam przede wszystkim Niemcy i Wielką Brytanię. Niemcy są kluczowym graczem zarówno ze względu na swój potencjał gospodarczy, jak i tradycję współpracy z Ameryką. Wizyta kanclerz Merkel w Waszyngtonie była bardzo zachęcająca. Stanowiła odrodzenie poważnego i konstruktywnego dialogu niemiecko-amerykańskiego, w którym chodzi nie tylko o dwustronne relacje, ale o przyszłość świata.

Z kluczowej roli Niemiec w Europie wynikają ważne wnioski dla Polski. Warunkiem możliwości odgrywania przez Polskę ważnej roli w Europie jest dokończenie procesu pojednania z Niemcami. Rozbieżności między obydwoma krajami są być może nieuniknione, ale dążenie do pojednania musi być od nich silniejsze, bo ma ono dla Polski potrójne znaczenie. Chodzi nie tylko o to, by Polska stała się naprawdę integralną częścią Europy. Od pojednania z Niemcami zależy także pozycja Polski w stosunkach z Ameryką. Jeśli polska determinacja do ułożenia naprawdę dobrych stosunków z Niemcami zostanie w Waszyngtonie podana w wątpliwość, osłabi to także siłę polsko-amerykańskiego sojuszu. Wreszcie, pojednanie polsko-niemieckie ułatwi pojednanie z Rosją, które jest Polsce bardzo potrzebne i które również zostałoby bardzo dobrze przyjęte przez Amerykę.

Na marginesie - roli dwustronnych stosunków między Warszawą a Waszyngtonem nie należy przeceniać. Reklamowana w Polsce formuła partnerstwa strategicznego stała się ostatnio bardzo modna. Wszyscy chcą być strategicznymi partnerami USA. Niektórzy chcą nawet uzyskać status uprzywilejowanych partnerów strategicznych. O Polsce można powiedzieć tyle, że jest dla Stanów Zjednoczonych partnerem naturalnym.

Polscy politycy powinni jednak pamiętać o tym, że miejsce Polski jest w Europie i że prowadzenie skutecznej polityki jest trudną sztuką. Na pytanie, czy Polska jest w stanie przeforsować wspólną unijną politykę wschodnią, odpowiadam "nie". Samodzielnie Polska nie może niczego przeforsować w UE. Może jednak zabiegać o wsparcie innych krajów i z czasem je uzyskać. Z czasem - bo nie należy się spodziewać, że propozycje zgłaszane nagle spotkają się z natychmiastowym aplauzem. Ci, którzy wierzą, że Polska może w Unii coś przeforsować, zapominają, że nie ma ona potencjału Niemiec ani Wielkiej Brytanii. Zresztą w obecnym układzie sił nawet te kraje niczego w UE przeforsować nie mogą.

Demokrację można wspierać, ale nie można jej narzucać. Trzeba ją pielęgnować powoli, uwzględniając subtelne zróżnicowanie historycznych procesów i zależności. Jestem głęboko przekonany, że silna i demokratyczna Ukraina pomoże stworzyć demokratyczną i dobrze rozwijającą się Rosję, która będzie ściśle współpracować z Unią Europejską. W tym kontekście bardzo ważny jest fakt, że obóz "pomarańczowych" uzyskał wyraźną większość w parlamencie. Ten wynik jest dowodem powstawania na całej Ukrainie wyraźnej świadomości, tożsamości narodowej i historycznego znaczenia tego, co stało się rok temu. Nieudana demokratyzacja Ukrainy znacząco opóźniłaby proces demokratyzacji Rosji lub wręcz doprowadziła do wzmocnienia tendencji autorytarnych.

Głównym problemem dzisiejszych stosunków z Rosją jest to, że nasze - tak europejskie, jak i amerykańskie - oczekiwania wobec rozwoju demokracji w tym kraju okazały się przesadne i oparte na subiektywnych ocenach.

W tym kontekście jest bardzo ciekawe, jak wypadnie szczyt G8 w Sankt Petersburgu i czy rozmowy o bezpieczeństwie energetycznym doprowadzą do rzeczywistego zapewnienia tegoż. Nie jest to przesądzone, ponieważ zdaniem niektórych status energetycznego supermocarstwa pozwala na dyktowanie innym własnych warunków. Zwycięstwo takiego podejścia miałoby poważne polityczne konsekwencje. O ile sukces G8 może zapoczątkować w Rosji demokratyczne odrodzenie, o tyle fiasko petersburskiego szczytu powinno doprowadzić do refleksji nad tym, czym to forum jest, a czym być powinno. Niektórzy - w tym również bardzo wpływowi - amerykańscy politycy opowiadają się za wyrzuceniem Rosji z G8 lub wręcz za likwidacją całej grupy. Osobiście uważam, że G8 jest w pewien sposób użyteczna. Trzeba jednak pamiętać, że G7 powstała jako forum spotkań przywódców najważniejszych państw demokratycznych. G8 nie ma już tego charakteru. Dlatego - zwłaszcza jeśli bierzemy pod uwagę możliwość niepowodzenia szczytu w Petersburgu - powinniśmy zastanowić się nad zapewnieniem liderom najważniejszych państw demokratycznych możliwości spotkania również we własnym gronie. Takie spotkanie miałoby duże, także symboliczne znaczenie.

p

, ur. 1928, amerykański politolog polskiego pochodzenia, obecnie profesor Columbia University. Z Polski wyjechał w 1938 roku; kształcił się najpierw w Kanadzie (McGill University w Montrealu), później w USA, gdzie w 1953 roku obronił doktorat na Uniwersytecie Harvarda. Jeden z pionierów naukowych badań nad fenomenem totalitaryzmu - w 1956 roku opublikował (wraz z Carlem J.Friedrichem) przełomową w tym zakresie pracę "Totalitarian Dictatorship and Autocracy". Wykładał na kilku uczelniach w USA, pracował też w Center for Strategic and International Studies w Waszyngtonie. W latach 1977 - 80 członek Rady Bezpieczeństwa Państwa i doradca prezydenta Cartera ds. bezpieczeństwa narodowego. Autor m.in. książek: "Ideology and Power in Soviet Politics" (1962), "Wielka szachownica" (1997, wyd. polskie 1998) oraz "Wybór. Dominacja czy przywództwo" (2004, wyd. polskie 2004). W "Europie" nr 49 z 7 grudnia ub. r. opublikowaliśmy jego tekst o USA "Dylemat ostatniego suwerena".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj