Dziennik Gazeta Prawana logo

Krzepiąca opowieść z happy endem

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 33 minuty

Tony Judt omawia jedną z najnowszych publikacji na temat zimnej wojny - książkę "Cold War. A New History" pióra amerykańskiego historyka Johna L.Gaddisa. Dostrzega w niej przede wszystkim charakterystyczne skrzywienie perspektywy - zimnowojenna konfrontacja postrzegana jest niemal wyłącznie oczyma Waszyngtonu, co powoduje, że obraz zmagań jest dalece uproszczony, a miejscami wręcz zafałszowany. Z pola widzenia znika na przykład niemal zupełnie Trzeci Świat, który dla ZSRR był głównym terenem zmagań z amerykańskim przeciwnikiem. Tego rodzaju przemilczenia wynikają z faktu, że "Gaddis jest bezkompromisowym triumfalistą - Ameryka wygrała zimną wojnę, ponieważ Amerykanie zasługiwali na zwycięstwo". Pomija więc niemal zupełnie ciemną stronę działań zwycięzców - skrytobójcze zamachy czy wspieranie dyktatorskich reżimów w Afryce i Ameryce Łacińskiej.

p

Na pierwszy rzut oka John Lewis Gaddis wydaje się idealnym kandydatem na autora ogólnej historii zimnej wojny: napisał już sześć książek na ten temat. Najnowsza, omawiana tu praca "The Cold War: A New History" oparta jest na podręczniku używanym przez studentów Yale, gdzie Gaddis wykłada historię.

Z perspektywy Gaddisa zimna wojna była zarazem nieuchronna i konieczna. Granic imperium sowieckiego nie dało się odepchnąć, ale trzeba było zahamować jego ekspansję. Doprowadziło to do patowej sytuacji, która trwała 40 lat. Włożono mnóstwo czasu i pieniędzy w broń jądrową, jak również w związane z tym przeformułowanie strategii polityczno-wojskowej. Po części dzięki tej ostrożniejszej strategii uniknięto poważniejszych wojen (chociaż doszło do kilku przyprawiających o drżenie konfrontacji). Koniec końców wygrał właściwy obóz - dzięki większym zasobom, bez porównania bardziej atrakcyjnemu systemowi polityczno-gospodarczemu i staraniom całkiem sporej grupy ludzi dobrej woli (w tym jednej kobiety). Od tego czasu pojawiły się komplikacje, ale możemy się cieszyć, że przynajmniej tej awanturze powiedzieliśmy do widzenia.

Gaddis czuje się najswobodniej, omawiając kwestie geostrategiczne. Najlepsze fragmenty jego książki dotyczą wpływu wyścigu zbrojeń na decyzje twórców polityki amerykańskiej. Obszernie relacjonuje kilkudziesięcioletnie zmagania Waszyngtonu z kwestią "wiarygodności": jak przekonać Sowietów, że naprawdę jesteśmy gotowi pójść na wojnę o różne obszary Europy i Azji, a jednocześnie dawać do zrozumienia, że zupełnie nam się to nie uśmiecha. Jeśli zimna wojna działała jako metoda na utrzymanie pokoju, to dlatego że podobne starania - aczkolwiek kierując się nieco innymi pobudkami - czyniła Moskwa. Napięty, lecz stabilny układ tylko dwa razy był bliski załamania, kiedy jedna strona na jakiś czas przestała wierzyć, że przeciwnik chce go dotrzymać: podczas kryzysu kubańskiego w 1962 roku, kiedy Chruszczow przeszarżował, a Kennedy początkowo błędnie ocenił jego intencje, oraz na początku lat 80., kiedy wielki program zbrojeń Ronalda Reagana i jego regularne napaści słowne na "Imperium zła" wzbudziły w Moskwie przekonanie, że USA planują prewencyjne uderzenie nuklearne, co skłoniło Sowietów do podjęcia odpowiednich przygotowań.

O ile jednak autor jest doskonale obeznany z historią amerykańskiej polityki zagranicznej, o tyle brakuje mu podobnej wiedzy na temat politycznego i psychologicznego tła sowieckich kalkulacji strategicznych. O poczynaniach amerykańskich polityków Gaddis pisze szczegółowo i ciekawie, ale jego opis zachowań sowieckich jest sztampowy i dwuwymiarowy. Dostajemy zatem opowieść o zimnej wojnie wciśniętą w schemat starcia dwóch supermocarstw, ale snutą głównie z perspektywy jednego z nich. Zanim upadł Związek Radziecki, takie jednostronne analizy były normą. Niewiele mieliśmy wiarygodnych informacji na temat sowieckiego sposobu myślenia. Komentatorzy polityczni musieli uciekać się albo do "kremlologii" - analizy przemówień, publikacji prasowych i kolejności pojawiania się dostojników państwowych na trybunie - albo do wyinterpretowywania zachowań komunistów z zasad marksizmu. Ale jak sam Gaddis pokazał gdzie indziej, wiemy dzisiaj całkiem niemało na temat sposobu myślenia, który krył się za sowieckimi decyzjami politycznymi - dzięki otwarciu komunistycznych archiwów mamy w tym zakresie nawet większą wiedzę niż o przesłankach niektórych posunięć Zachodu.

Jednostronny charakter tej książki bierze się ze stronniczości spojrzenia. Gaddis jest bezkompromisowym triumfalistą - Ameryka wygrała zimną wojnę, ponieważ Amerykanie zasługiwali na zwycięstwo. W przeciwieństwie do Rosjan "nie lubili hierarchii, umieli zachowywać się elastycznie i za absurdalną uważali koncepcję, że teoria powinna dyktować praktykę, a nie na odwrót". Kiedy rozpoczęła się zimna wojna, tylko Ameryka rozumiała, co to znaczy "sprawiedliwość": dla Amerykanów termin ten oznaczał demokrację polityczną, kapitalizm wolnorynkowy i - w założeniu, choć nie zawsze w praktyce - poszanowanie praw jednostki. A w stalinowskim Związku Radzieckim "sprawiedliwość" oznaczała bezwarunkową akceptację autorytaryzmu w polityce, gospodarki nakazowej i prawa proletariatu do walki, dowolnymi środkami wybranymi przez rządzącą dyktaturę, o ogólnoświatowe społeczeństwo "bezklasowe".

Nawet Gaddis zmuszony jest przyznać, że w swoim dążeniu do sprawiedliwości amerykańscy politycy niekiedy stosowali szemrane metody. Utrzymuje jednak, że podczas gdy politycy w innych krajach (w Chinach, w Związku Radzieckim, w zachodniej Europie) są genetycznymi grzesznikami i cynikami, dla Amerykanów było to coś nowego - skutek uboczny zimnej wojny. Amerykańscy politycy byli zmuszeni zanurzyć się w moralnych dwuznacznościach międzynarodowych konfliktów, w które zostali wciągnięci. Zimna wojna zrobiła z nich makiawelistów. W obliczu "tak wielu, którzy nie są dobrzy", postanowili "nauczyć się nie być dobrymi" i korzystać bądź nie korzystać z tej nowo nabytej umiejętności "wedle konieczności" - jak to ujął wybitny włoski cynik (albo, jak kto woli, patriota).

Takie wybielające spojrzenie na utratę niewinności przez Amerykanów w zamyśle ma być pochwałą Trumana i jego współpracowników, ale efekt tego manewru jest odwrotny do zamierzonego. Gaddis otacza historię USA sprzed zimnej wojny swoistym blaskiem bezgrzeszności i mało wiarygodnie portretuje światowych, kosmopolitycznych dyplomatów pokroju Harrimana, Achesona, Kennana czy Bohlena jako dobrotliwych dżentelmenów z prowincji, którzy z konieczności poszli na moralny kompromis i przyswoili sobie szatańskie metody swoich wrogów.

Sposób opowiadania przez Gaddisa historii zimnej wojny odzwierciedla ten sam prowincjonalizm, który autor z aprobatą przypisuje swoim amerykańskim protagonistom. Po części jest to kwestia stylu - Gaddis całkiem często odwołuje się do swojskich frazesów: Europa Wschodnia w 1956 roku była "beczką prochu", a komunizm przypominał "budynek postawiony na ruchomych piaskach". Momentami historyk z Yale popada w komiczny patos: Richard Nixon poległ w walce z "adwersarzem potężniejszym od Związku Radzieckiego i międzynarodowego ruchu komunistycznego: z Konstytucją Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej". Siermiężność tej prozy - źle dostosowana do ambitnych paralel historycznych, na które od czasu do czasu porywa się Gaddis - wynika jednak z przyjętego przez autora układu odniesienia. John Lewis Gaddis napisał amerykańską historię zimnej wojny: widzianą z amerykańskiej perspektywy i w sposób odpowiadający wielu amerykańskim czytelnikom.

W rezultacie powstała książka pełna wymownych przemilczeń. Szczególnie rzuca się w oczy nieobecność Trzeciego Świata. Spojrzenie na historię międzynarodową zawsze w jakiejś mierze jest funkcją miejsca, w którym stoimy, ale potrzeba wyjątkowo zaściankowej perspektywy, by opublikować książkę o zimnej wojnie, w której indeksie próżno szukać Argentyny, Brazylii, Wenezueli, Panamy, Grenady i Salwadoru, już nie mówiąc o Mozambiku, Kongu czy Indonezji. Ważne wydarzenia w Iranie - gdzie wciąż z gniewem wypomina się Ameryce dokonany w 1953 roku z pomocą CIA zamach stanu przeciwko Mohammadowi Mosaddeghowi - i Gwatemali (gdzie Stany Zjednoczone 27 czerwca 1954 roku obaliły Jacobo Arbenza Guzmána, co zapoczątkowało kilka dziesięcioleci krwawego konfliktu zbrojnego) są przez Gaddisa jedynie wzmiankowane i podsumowane jednym krótkim zdaniem: "Konsekwencje w obu regionach okazały się kosztowne". Nie sposób się z tym nie zgodzić, ale konsekwencje te nie są przez autora analizowane, a tym bardziej włączone w ogólną ocenę zimnej wojny jako całości. Dla Gaddisa, podobnie jak dla wielu amerykańskich przywódców i polityków, Trzeci Świat jest boczną sceną wielkiego teatru dziejów, aczkolwiek zginęły na niej setki tysięcy aktorów. Z książki przebija pogląd, że wszelkie niemiłe sprawy, które rozgrywały się na peryferiach głównego konfliktu, były ograniczone do pierwszego okresu zimnej wojny. Później sytuacja uległa poprawie: "Lata 70. to nie to samo co lata 50.". Owszem, to samo - na przykład w Salwadorze, już nie mówiąc o Chile.

Ale tego rodzaju klapki na oczach, usuwające z pola widzenia wszystko z wyjątkiem konfrontacji supermocarstw w Europie i Azji Wschodniej, są ceną za to, że Gaddis myśli o zimnej wojnie wyłącznie z perspektywy Waszyngtonu. Drugie supermocarstwo postrzegało ten konflikt zupełnie inaczej. Widziana z Moskwy, zimna wojna w znacznej mierze dotyczyła świata pozaeuropejskiego. Kiedy prezydent Kennedy i jego doradcy martwili się w październiku 1962 roku, że kubańskie rakiety Nikity Chruszczowa mają odciągnąć uwagę USA od planowanego ataku na Berlin, przywódcy sowieccy marzyli o froncie rewolucyjnym w Ameryce Łacińskiej. Chcąc uzyskać lokalne wpływy na kontynencie afrykańskim, Moskwa na potęgę zbroiła ten region od początku lat 70. aż do pieriestrojki. I właśnie te państwa afrykańskie, które w największym stopniu przeżarła korupcja na skutek "zastępczych" konfliktów późnego okresu zimnej wojny, stały się "państwami upadłymi" naszych czasów - to tylko jeden z przykładów na to, że w naszej epoce można spotkać wiele głębokich śladów po zimnej wojnie, chociaż od Gaddisa się tego nie dowiemy.

W Afryce zimna wojna była raczej starciem imperiów niż ideologii. Obie strony wspierały i promowały mało zachęcające marionetki. Ale podczas gdy Związek Radziecki traktował swoich ubogich wasali z Trzeciego Świata z cyniczną pogardą i nawet nie udawał, że propaguje demokrację czy wolność, Stany Zjednoczone uprawiały taką propagandę, toteż były znacznie bardziej narażone na zarzut hipokryzji, kiedy wspierały autorytarne reżimy w Hiszpanii i Portugalii, sprzedajnych i skorumpowanych władców wietnamskich i egipskich, "terrorystów" w Afganistanie czy dyktatury od Tierra del Fuego po granicę meksykańską. W konsekwencji, mimo niewątpliwej atrakcyjności amerykańskiej muzyki, odzieży, filmów i modelu życia (oraz przemawiających do wyobraźni nieograniczonych zasobów), po upadku komunizmu USA w nikłym stopniu skapitalizowały swoje zimnowojenne zaangażowania. Do paradoksów zimnej wojny należy to, że pozytywne skutki propagandowe europejskich zwycięstw Ameryki były często niwelowane przez szkody, jakich Stany Zjednoczone doznały gdzie indziej, na przykład w Wietnamie i na Bliskim Wschodzie. Związek Radziecki nie był jedynym "przegranym" zimnej wojny. I znowu czytelnicy niewiele się dowiedzą o tych niuansach z relacji Gaddisa, a tym bardziej o tym, w jaki sposób zaciążyły one na obecnej polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Jeśli Gaddis w ogóle reaguje na krytykę błędów - czy nawet grzechów - USA w Ameryce Łacińskiej i gdzie indziej, to zdaje się przyjmować pogląd, że były to zdarzenia niefortunne, ale w większości wypadków musieliśmy tak postępować, a zresztą mamy już te sprawy za sobą.

Gaddis zwraca większą uwagę na państwa samego bloku sowieckiego, ale to, co ma o nich do powiedzenia, mimo najlepszych intencji autora nie budzi zaufania. Vaclav Havel jest nazwany "najbardziej wpływowym kronikarzem rozczarowania, które jego pokolenie przeżyło w stosunku do komunizmu". Tymczasem Havel nie przeżył tego rodzaju rozczarowania: nigdy nie był komunistą. Jako dosyć osamotniony potomek bogatej rodziny, wywłaszczonej i prześladowanej przez komunistyczną władzę, nie flirtował z marksizmem. Gaddis utrzymuje, że Havel dał wyraz rozpowszechnionej w Europie Wschodniej wizji "społeczeństwa, w którym moralność uniwersalna, moralność państwowa i moralność indywidualna mogą być jednym i tym samym". Byłoby to nawet miłe, gdyby pokrywało się z prawdą - niestety, w ciągu 12 lat od powstania Karty 77 do upadku komunizmu podpisało się pod nią mniej niż dwa tysiące spośród 15 milionów obywateli Czechosłowacji. Havel został wybrany pierwszym prezydentem tego kraju w okresie po upadku komunizmu właśnie dlatego, że minione 20 lat spędził głównie w więzieniu albo areszcie domowym i nie był splamiony jakimikolwiek związkami ze skompromitowanym reżimem czy jego ideologią. Naród czuł się jednak dosyć nieswojo, słuchając jego nasyconej moralnymi odniesieniami retoryki. Havel miał wielu przyjaciół w dysydenckich środowiskach środkowoeuropejskiej inteligencji, ale nie cieszył się zbytnią sympatią poza Czechami (nawet Słowacy za nim nie przepadali). Bardziej wpływowym i reprezentatywnym kronikarzem straconych złudzeń tego pokolenia i jego postkomunistycznych losów byłby Adam Michnik, opozycyjny kolega Havla z Polski, czy nawet węgierski ekonomista Janos Kornai (obecnie wykładowca Harvardu), ale Gaddis o żadnym z nich nie wspomina.

Pisząc o Europie Wschodniej pod panowaniem komunizmu, Gaddis ogranicza się do powielania utartych stereotypów. W książce liczącej 333 strony konflikt Tity ze Stalinem zajmuje jeden akapit, rewolucja węgierska z 1956 roku 27 linijek (wobec wielu stron poświęconych Watergate), obszernie natomiast omówione są zasługi Jana Pawła II, Margaret Thatcher i Ronalda Reagana ("jednego z najprzenikliwszych strategów w dziejach USA") dla obalenia komunizmu. Co się tyczy Michaiła Gorbaczowa, to w interpretacji Gaddisa wiele opinii, idei i osiągnięć twórcy pieriestrojki było opiniami, ideami i osiągnięciami administracji Reagana - i nic dziwnego, ponieważ w tej części książki Gaddis parafrazuje i cytuje wspomnienia sekretarza stanu George'a Schultza. Jego książkę czyta się więc jak autobiografię mistrza olimpijskiego, któremu sukcesy przesadnie uderzyły do głowy.

Bardzo niewiele możemy przeczytać w tej książce na temat szpiegów (a jeśli już, to prawie wyłącznie amerykańskich). To zaskakujące, zważywszy, jak ogromne znaczenie miało zbieranie informacji wywiadowczych podczas zimnej wojny i po niej. Szpiegowanie należało do tych nielicznych rzeczy, które blok sowiecki robił dobrze - zwłaszcza wschodnioniemiecka zagraniczna siatka wywiadowcza, przez 33 lata kierowana przez Markusa Wolfa, pseudonim "Misza", była wysoko oceniana przez obie strony ze względu na swoje zaawansowane techniki operacyjne. Z wywiadem wiążą się ciekawe wątki, generalnie pomijane przez Gaddisa. I tak ZSRR, odstający od Zachodu pod względem rozwoju naukowo-technicznego, rekompensował to sobie kradzieżą rozwiązań i danych, zwłaszcza w dziedzinie zbrojeń i aeronautyki. W połączeniu z dezinformacją, łatwowiernością i interesem branżowym sprawiało to, że zachodnie agencje wywiadowcze (zwłaszcza CIA) przeceniały siły i możliwości Sowietów, odpowiednio do tego strasząc swoich przywódców politycznych.

Gdyby Gaddis dłużej się zastanowił nad szpiegami i szpiegowaniem, może uniknąłby szczególnie wymownego błędu, który uwydatnia jego zamknięcie się na wyłącznie amerykańskim podwórku. W książce jest tylko jedna wzmianka o maccartyzmie, ale Gaddis korzysta z tej okazji, by napisać: "Nie było wcale oczywiste, czy demokracje zachodnie zdołają zachować tolerancję dla odmiennych poglądów i poszanowanie praw obywatelskich, które odróżniały je od dyktatorów". A przecież senator Joseph McCarthy był rdzennie amerykańskim produktem. Maccartyzm nie pojawił się ani w Wielkiej Brytanii, ani we Francji, ani w Norwegii, ani we Włoszech, ani w Holandii. Liczne ofiary maccartyzmu - aktorzy, piosenkarze, muzycy, dramaturdzy, związkowcy, profesorowie historii - zamieszkały w tym okresie w zachodniej Europie i nie miały powodów do narzekań. Tolerancja i swobody obywatelskie nie były zagrożone we wszystkich demokracjach zachodnich, a tylko w Stanach Zjednoczonych.

W pierwszym dziesięcioleciu zimnej wojny szpiegostwo, działalność wywrotowa i komunistyczne zamachy stanu w odległych krajach przez wielu Amerykanów były traktowane jako bezpośredni atak na "amerykański model życia". Senator McCarthy, Richard Nixon i Partia Republikańska wykorzystywali to poczucie zagrożenia do celów politycznych, wskazując szpiegów prawdziwych (Alger Hiss, małżeństwo Rosenbergów), ale także wyimaginowanych. W tym samym czasie za Atlantykiem, w Wielkiej Brytanii Klaus Fuchs, George Blake, Guy Burgess, Donald McLean, Anthony Blunt, a przede wszystkim Kim Philby zdradzili swój kraj, swoich kolegów z pracy i setki innych agentów wywiadu. Razem wzięci zdecydowanie bardziej zaszkodzili zachodnim interesom niż jakikolwiek szpieg amerykański przed Aldrichem Amesem. Mimo to serial z ich ujawnianiem - który rozpoczął się od aresztowania Fuchsa w 1950 roku - nie wzbudził w społeczeństwie zbytniego niepokoju. Z pewnością nie wywołał zbiorowej paranoi i epidemii politycznego konformizmu na skalę amerykańską.

Zimna wojna była doświadczana w Wielkiej Brytanii zupełnie inaczej, niż ją przeżywano (i zapamiętano) w USA. Jeszcze inaczej wyglądała rzeczywistość ówczesnej Francji i Niemiec, gdzie od jednej czwartej do jednej trzeciej elektoratu głosowało na partię komunistyczną. Jeszcze inaczej miały się sprawy w Holandii i Danii, gdzie komunizm nie istniał, ale lojalne członkostwo w NATO doskonale dawało się pogodzić z tolerancją dla odrębności kulturowej i politycznej, czy też w Austrii i Szwecji - krajach tak samo zachodnich i demokratycznych jak USA, ale zachowujących ostentacyjną i egoistyczną neutralność w zimnowojennych konfrontacjach.

John Gaddis nie dostrzega tego wszystkiego. Generalnie traktuje Europę Zachodnią dosyć pogardliwie: Europejska Wspólnota Gospodarcza jest wzmiankowana tylko mimochodem, a jeśli autor poświęca trochę więcej miejsca Charles'owi de Gaulle'owi, to tylko po to, by protekcjonalnie postawić go w jednym rzędzie z Mao Tse Tungiem, byli to bowiem dla niego przywódcy "średniej wielkości państw", które dokonywały "akrobacji na linie bez siatki zabezpieczającej", aby podkopywać i sabotować strategie patronujących im supermocarstw. Czytelnicy "The Cold War: A New History", którzy nie są zaznajomieni z tematem, będą mieli kłopoty ze zrozumieniem, dlaczego francuski prezydent zachowywał się tak kapryśnie wobec swoich amerykańskich protektorów, "doprowadzając Waszyngton do białej gorączki" i "afiszując się" z autonomią Francji, albo co się takiego stało w minionych dziesięcioleciach, że państwa "anglosaskie" tak bardzo irytowały Francuzów. Czytelnicy Gaddisa nie dowiedzą się również, że de Gaulle okazał się stuprocentowo lojalnym sojusznikiem USA podczas kryzysu kubańskiego, ani że był traktowany z ostrożnym szacunkiem (aczkolwiek niekiedy wystawianym na ciężką próbę) przez prezydentów Kennedy'ego, Johnsona i Nixona. Są to niuanse - a John Gaddis nie ma cierpliwości do niuansów.

Szkoda, bo gdyby dostrzegał różnice między poszczególnymi krajami, to być może wychwyciłby kulturowe aspekty zimnej wojny, zupełnie nieobecne w jego książce. Zimna wojna toczyła się na wielu frontach - nie tylko geograficznych - czasem przebiegających wewnątrz danego kraju. Jeden z tych frontów ustanowił Kongres Wolności Kultury (Congress for Cultural Freedom - CCF), powołany w czerwcu 1950 roku w Berlinie. Pod jego auspicjami Bertrand Russell, Benedetto Croce, John Dewey, Karl Jaspers, Jacques Maritain, Arthur Koestler, Raymond Aron, A.J. Ayer, Stephen Spender, Margarete Buber-Neumann, Ignazio Silone, Nicola Chiaromonte, Melvin Lasky i Sidney Hook przystąpili do podważania intelektualnej atrakcyjności komunizmu, który znajdował tak wpływowych zwolenników jak Sartre, Simone de Beauvoir, Bertolt Brecht, Louis Aragon, Elio Vittorini i wielu spośród najlepszych umysłów następnego pokolenia intelektualistów - w tamtych latach między innymi Fran?ois Furet, Leszek Kołakowski i młody Milan Kundera.

Żadne z tych nazwisk - ani też sam CFF czy stalinowski międzynarodowy ruch pacyfistyczny, dla którego Kongres miał być przeciwwagą - nie pojawia się w historii zimnej wojny autorstwa Gaddisa. Nic zatem dziwnego, że historyk z Yale pomija jeszcze jedną rzecz: nie tylko zażarte intelektualne spory o totalitaryzm, komunizm, marksizm i wolność, ale także zimną wojnę pokoleniową.

Antyfaszystowskie pokolenie lat 30. zostało zastąpione i podzielone przez antykomunistyczną generację lat 50., po czym oba te pokolenia zepchnęli w cień nowi radykałowie z lat 60. Ci ostatni w rzadko spotykanym stopniu odcięli się od politycznej przeszłości swoich rodziców. "Zachód" był dla nich obcy, bo uważali, że wciąż tkwi swoimi korzeniami w nazistowskiej i faszystowskiej przeszłości - dotyczyło to przede wszystkim Niemiec Zachodnich, Austrii i Włoch - oraz ze względu na neokolonialne wojny w Afryce i Indochinach, ale nie większą sympatię budziły w nich "crapules staliniennes" (wyrażenie Daniela Cohn-Bendita) ze zdyskredytowanego imperium komunistycznego. Znajdowali się więc w niewygodnej pozycji, siedząc okrakiem na płocie rozdzielającym dwie strony międzynarodowej konfrontacji, której system odniesień ze złością odrzucali. Nie jest to oczywiście historia wyłącznie europejska. Zimna wojna zmieniła również Stany Zjednoczone, najpierw w okresie początkowym od 1948 do 1953 roku, a potem w latach 60. amerykańscy rówieśnicy Cohn-Bendita czy Joschki Fischera doświadczali "peryferyjnych" konfliktów zimnowojennych jako trwałej schizmy w ich kulturze.

Zimna wojna rozpoczęła się w latach 40., ale jej natężenie i czas trwania będą dla nas niezrozumiałe, jeśli nie uświadomimy sobie, że jej źródła sięgają znacznie dalej w przeszłość. Konfrontacja między leninowskim komunizmem a zachodnimi demokracjami rozpoczęła się w 1919 roku i można przyjąć, że w krajach, gdzie komunizm zapuścił korzenie w ruchu robotniczym i pośród elit intelektualnych (przede wszystkim w Czechosłowacji, Francji i Indiach), wewnętrzna historia komunizmu ciągnie się od I wojny światowej aż po lata 80. W Związku Radzieckim główne strategie stosowane w relacjach z "demokracjami burżuazyjnymi" wykuwały się nie w czwartej, lecz w drugiej dekadzie XX wieku.

I tak détente, którą John Gaddis błędnie przedstawia jako wynalazek lat 70. - reakcję na bunty pokoleniowe i ruchy demokratyczne z poprzedniej dekady - w rzeczywistości miała swoje korzenie w "wojnach pozycyjnych", które przywódcy sowieccy, począwszy od Lenina, w swoim przekonaniu toczyli przeciwko silniejszemu Zachodowi: czasem obierając koncyliacyjny kurs (na przykład w okresie 1921 - 1926, w epoce Frontów Ludowych od 1934 do 1939 roku i później w pewnych momentach pod koniec lat 50. i na początku lat 70.), a czasem tworząc bezkompromisowy "front" - na przykład w tak zwanym "trzecim okresie" od 1927 do 1934 roku i ponownie podczas mroźnej konfrontacji "dwóch kultur" od 1947 do 1953 roku. Również okresy détente miały swoje niuanse: koncyliacyjna postawa ZSRR w stosunkach zewnętrznych często była tylko kamuflażem dla przywrócenia wewnętrznych represji.

Lekceważenie genezy zimnowojennej polityki oznacza pomijanie niektórych spośród najciekawszych aspektów tej historii, ale chyba jeszcze wymowniejszy jest fakt, że Gaddis w żaden sposób nie odnosi się do wpływu zimnej wojny na późniejsze wydarzenia. Jest to jego świadoma decyzja: "W książce tej nie podejmuję próby odnalezienia w okresie zimnej wojny korzeni takich postzimnowojennych zjawisk jak globalizacja, czystki etniczne, ekstremizm religijny czy rewolucja informacyjna". Tymczasem, z częściowym wyjątkiem rewolucji informacyjnej, nie są to "postzimnowojenne zjawiska". Pod płaszczykiem konfrontacji między supermocarstwami pacyfikacje i czystki etniczne - już nie mówiąc o konfliktach religijnych - stale towarzyszyły zimnej wojnie, od Ameryki Środkowej po Indonezję.

Zimna wojna nie tylko nie "rozstrzygnęła raz na zawsze fundamentalnych kwestii" - jak przekonuje Gaddis - ale jest powiązana licznymi nićmi ze światem, który za sobą pozostawiła. Czy to w przypadku pokonanych Rosjan, których niespokojne strefy postimperialne - od Afganistanu i Czeczenii po Armenię, Abchazję i Mołdowę - są nieszczęsnymi spadkobiercami stalinowskich czystek etnicznych i bezwzględnego wyzyskiwania przez Moskwę lokalnych układów i podziałów, czy też zwycięskich Amerykanów, których nieograniczony monopol wojskowy powinien uczynić z USA cieszącego się powszechną sympatią międzynarodowego policjanta, a tymczasem - dzięki wspomnieniom zimnowojennym, jak również błędom administracji Busha - jest źródłem powszechnego antyamerykanizmu o bezprecedensowym natężeniu.

Błędy postzimnowojennych administracji amerykańskich mają swoje korzenie w okresie przed rokiem 1989. Intensywne zbrojenia i agresywna retoryka zimnej wojny były przydatne do ówczesnych geostrategicznych gier, jak również do trzymania w ryzach (bądź ugłaskiwania) zwasalizowanych reżimów. W pierwszych latach zimnej wojny wpływowi politycy waszyngtońscy głośno mówili o niesieniu demokracji i wolności Europie Wschodniej, ale w listopadzie 1956 roku, kiedy zdarzyła się rzeczywista okazja, nie zrobili nic (i od początku nie mieli takiego zamiaru). Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Na górnolotnych obietnicach wspierania demokracji i wolności nie ciąży już groźba wybuchu wojny jądrowej czy nawet konfliktu między supermocarstwami, ale nawyk pozostał. Z tą różnicą, że podczas zimnej wojny generalnie byliśmy "przeciwko" czemuś, reagując na jakieś zdarzenia. Dzisiaj jesteśmy "za" czymś: postawa zasadniczo bardziej awanturnicza i ryzykowna, niezależnie od tego, jak bardzo ogólnikowy cel wypisujemy na sztandarach.

Gaddis nie podejmuje tego rodzaju kwestii prawdopodobnie dlatego, że nie zakłócają mu one spokoju. Na podstawie tego, co ma do powiedzenia o przeszłości, można przypuszczać, że raczej nie będzie się przejmował nadużywaniem władzy przez prezydenta. Gaddis karci Amerykanów za nakładanie ograniczeń na ich pochodzących z demokratycznego wyboru władców. Podziwia też odwagę i wizjonerstwo George'a W. Busha.

Rodzi się zatem pokusa, by zbagatelizować książkę Johna Lewisa Gaddisa jako naiwne i zadufane ukazanie historii zimnej wojny, pomijające wszystko to, co czyni temat ciekawym i aktualnym. Byłby to jednak błąd. Wersja Gaddisa doskonale wpisuje się w nastroje panujące w dzisiejszej Ameryce: zaniepokojone społeczeństwo, dziwnie oderwane od własnej przeszłości, jak również od reszty świata, jest spragnione "opowiadanej przy kominku bajki z happy endem". "The Cold War: A New History" przypuszczalnie będzie miała spore wzięcie wśród czytelników jako książka historyczna oraz ze względu na - by przywołać pochlebne słowa z obwoluty - zawarte w niej "lekcje", które pomogą nam w "walce z nowymi zagrożeniami". Nader to przygnębiające.

p

, historyk, profesor New York University, zajmuje się przede wszystkim najnowszymi dziejami Europy oraz historią idei. Kilka książek poświęcił intelektualnej historii Francji, zwłaszcza francuskiej lewicy - m.in.: "Marxism and the French Left: Essays on Labour and Politics in France, 1830-1981" (1986), "Past Imperfect: French Intellectuals 1944-1956" (1993), oraz "The Burden of Responsibility: Blum, Camus, Aron and the French Twentieth Century" (1998). Współzałożyciel i dyrektor utworzonego w 1995 roku Instytutu Remarque'a, który zajmuje się m.in. badaniem historycznych relacji między Europą i Ameryką. W Polsce wydano jego esej o Europie "Wielkie złudzenie?" (PWN, 1998). Najnowsza książka: "Postwar. A History of Europe since 1945" ukazała się w 2005 roku - jej fragment publikowaliśmy w "Europie" nr 46 z 16 listopada ub.r. W całości ukaże się ona wkrótce nakładem wydawnictwa Rebis.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj