Tekst Andrzeja Nowaka to dalszy ciąg sporu wokół książki Zdzisława Krasnodębskiego "Drzemka rozsądnych", sporu zapoczątkowanego polemiką Marcina Króla. Wbrew twierdzeniom tego ostatniego, to raczej jego własne tezy - uważa Nowak - odnoszą się do "wyimaginowanej rzeczywistości". Król uznaje, że właściwie nikt w Polsce nie był i nie jest zainteresowany rozliczeniami z komunistyczną przeszłością - tymczasem pewne zjawiska życia społecznego i politycznego po 1989 roku pozwalają przypuszczać, że taka wola moralnego rozliczenia istniała wśród sporej części społeczeństwa, ale została skutecznie zduszona. "Czy wśród 49 proc. wyborców, którzy w 1995 roku oddali swoje głosy na Lecha Wałęsę, dominowało urzeczenie charyzmą pierwszego przewodniczącego >>Solidarności<<, czy też może raczej obawa przed ostateczną utratą szansy na moralną ocenę systemu PRL przez obdarzenie spadkobiercy tego systemu najwyższym urzędem III RP?".
p
Zdzisław Krasnodębski, profesor socjologii w Bremie i Warszawie, irytuje bardzo wielu swoich kolegów profesorów czy szerzej: przedstawicieli intelektualnych elit III RP. Wybija ich - "rozsądnych" - z drzemki. Tak przynajmniej sugeruje tytuł jego ostatniej książki ("Drzemka rozsądnych"), a jeszcze gwałtowniej daje znać o tym odpowiedź na tę książkę, a właściwie ostrzeżenie przed nią, jakie Marcin Król opublikował w poprzednim numerze "Europy".
"Istnieje obawa, że umysły mało krytyczne mogą zgodzić się z jego [tj. Krasnodębskiego] poglądami, zamiast prowadzić własne poszukiwania kierowane w inną stronę" - tego rodzaju ostrzeżeń formułowanych przez warszawskiego historyka idei nie należy przyjmować bezkrytycznie. Uderza w nich ton strachu i podejrzeń. Chcąc ich uniknąć - i nie chcąc uchodzić za umysł mało krytyczny - potrzebujemy, ba, czujemy się wręcz moralnie zobowiązani, by prowadzić własne poszukiwania: ale skierowane w inną stronę niż proponuje to Marcin Król.
Książka Krasnodębskiego to zbiór esejów i artykułów publikowanych w dziennikach, tygodnikach i miesięcznikach polskich w ciągu ostatnich 10 lat. Odnoszą się one do rzeczywistości tych lat właśnie: rzeczywistości życia społecznego, politycznego, kulturalnego - w Polsce, w III RP, osadzonej w (porównawczym) kontekście europejskim, zwykle niemieckim. Czy jednak słowo "rzeczywistość" jest tu odpowiednie?
Marcin Król wyraźnie twierdzi, że nie. Powołując się na większy jeszcze od siebie samego autorytet, Jerzego Jedlickiego, stwierdza istotnie zaraz na wstępie swojego wywodu, że Krasnodębski "atakuje i krytykuje rzeczywistość przez siebie wyimaginowaną". Już zresztą sam tytuł repliki Króla, nieco niejasny, naprowadza na tę myśl: "Widziane z niebytu". Cóż więc widać z niebytu? Najogólniej rzecz biorąc - jak ujmuje to sam Krasnodębski we wstępie do książki - widać "skomplikowane związki między nowoczesnym porządkiem politycznym a sferą aksjologiczną". Od razu pojawiają się tutaj trzy pojęcia-klucze do wizji, jaką przedstawia autor "Drzemki rozsądnych": nowoczesność (a zatem i procesy modernizacji), porządek polityczny (a zatem i problem jego braku) i wreszcie wartościowanie, ocena moralna decyzji, które składają się na ów porządek (który może okazać się jedynie brakiem porządku). Chodzi rzecz jasna o porządek polityczny w Polsce minionego 10-lecia. Zbiega się ono w czasie z okresem sprawowania urzędu prezydenta RP przez eks-ministra sportu PRL, który zwycięską kampanię wyborczą rozpoczął od oszustwa w kwestii własnego wykształcenia.
Ta książka nie jest książką o prezydenturze Aleksandra Kwaśniewskiego, ale jej ramy chronologiczne wyznacza ten właśnie okres, w którym w polityce polskiej - jak pisze Krasnodębski - "po fazie daleko idącej moralizacji polityki nastąpiła faza jej całkowitego odmoralnienia" (a trudno o jej bardziej wyrazisty symbol niż prezydent niepotrafiący utrzymać równowagi na cmentarzu ofiar zbrodni katyńskiej). Jednym z głównych sposobów uzasadnienia owej dojrzałej fazy porządku politycznego III RP stał się postulat orientacji na przyszłość i zapomnienia o przeszłości. Krasnodębski zwraca od razu uwagę, że w ślad za owym postulatem przyszło usprawiedliwienie przeszłości: komunistycznej przeszłości III RP i znacznej, a nawet dominującej części jej elit. Ten element swoistej ideologii modernizacji, jaka przyjęła się w Polsce, interesuje autora "Drzemki rozsądnych" najbardziej. I on także - czy raczej jego ujęcie w krytykowanej książce - irytuje najbardziej Marcina Króla.
Irytacja wybija z drzemki, ale nie sprzyja zachowaniu reguł poprawnego myślenia. Redaktor "Res Publiki Nowej" zarzuca swojemu adwersarzowi wygłaszanie sądów niepopartych solidnymi badaniami i stosowanie w zamian "słów, które zastępują fakty". Podaje ich przykłady: "jak się zdaje", "podobno", "rzekomo". Profesor Król sam postępuje inaczej - rezygnuje z takich słów-parawanów i w irytującej go kwestii ogłasza ex cathedra: "Nie ma najmniejszej wątpliwości, że niemal nikt nie był bezpośrednio po 1989 roku zainteresowany rozpamiętywaniem i przypominaniem komunistycznej przeszłości". A zatem zgłaszany w książce Krasnodębskiego postulat powrotu do niedokonanych rozliczeń z dziedzictwem PRL okazuje się nie odzwierciedleniem rzeczywistości, ale jej zaprzeczeniem. W odniesieniu jednak do sformułowania "nie ma najmniejszej wątpliwości", jakiego używa Marcin Król, zapytać wolno, jakie badania upoważniają go do tak kategorycznego stwierdzenia? W tej formule wepchnięty zostaje w niebyt nie tylko Krasnodębski - na jego krawędzi ("niemal") postawieni zostali ci wszyscy, którzy po decyzjach okrągłego stołu wciąż jednak dostrzegali potrzebę przypominania o tym, czym był komunizm, oraz moralnego z nim rozliczenia. W swoim tylko imieniu stwierdzić mogę, że się do tej grupy zaliczałem.
Czy jednak tylko ja i Zdzisław Krasnodębski zajmowałem tak skrajne, graniczące z niebytem stanowisko? Chyba nie. Wystarczy zastanowić się, czy wśród owych 60 proc. głosów, które w wyborach 1989 roku padły na "Solidarność", rzeczywiście nie było więcej takich wyborców, których istotną motywacją była właśnie chęć nie tylko wyjścia z komunizmu, ale i etycznej oceny jego spuścizny? Nie zapominajmy również o tych, którzy w proteście przeciw kompromisowi okrągłego stołu zrezygnowali ze swego prawa głosu w półdemokratycznych wyborach? Czy zdecydowana porażka premiera Mazowieckiego w wyborach roku 1990 nie była także w jakiejś części związana z otwartą deklaracją wyborczą jego obozu, iż rozliczeń z dziedzictwem PRL nie będzie? Czy wśród 49 proc. wyborców, którzy w 1995 roku oddali swoje głosy na Lecha Wałęsę, dominowało urzeczenie charyzmą pierwszego przewodniczącego "Solidarności", czy też może raczej obawa przed ostateczną, symboliczną już utratą szansy na moralną ocenę systemu PRL przez obdarzenie spadkobiercy tego systemu najwyższym urzędem III RP?
Dziwię się mocnej tezie profesora Króla negującej istnienie, a w każdym razie szersze występowanie takich postaw w społeczeństwie polskim po 1989 roku. Nie tylko dlatego, że w tej kwestii to raczej owa teza - a nie pogląd Krasnodębskiego - wydaje się odległa od rzeczywistości. Dziwię się także dlatego, że stwierdzenie pewnej rozbieżności między sposobem widzenia tego, co istotne i pożyteczne dla Polski, przez część elit III RP, którą godnie reprezentuje Marcin Król, oraz sposobem widzenia tych spraw przez część społeczeństwa nie przeszkadzało dotąd zasadniczo w utrzymaniu dobrego nastroju tych, co widzą "dalej i lepiej". Podstawą utrzymania owego dobrego samopoczucia było wszakże założenie, że owa - niemała, a niekiedy nawet zwycięska w demokratycznych wyborach - część społeczeństwa to w gruncie rzeczy ciemna hołota, która nie zna świata, boi się go i tkwi w oparach przednowoczesnego nacjonalizmu (stopionego oczywiście z "ludowym" katolicyzmem, czyli z antysemityzmem, co w sumie daje właśnie "zoologiczny antykomunizm"). Ludzie starsi, o wykształceniu podstawowym, mieszkający na wsi - tak wygląda portret zbiorowy dopuszczalnych antagonistów dobrego, "właściwego", wypranego z potrzeby rozliczeń obrazu III RP.
I w tym miejscu dochodzimy prawdopodobnie do właściwej przyczyny irytacji. Nie chodzi w niej o to tylko, ani przede wszystkim o to, co się mówi o porządku politycznym współczesnej Polski i związkach tego porządku z moralną oceną jego powiązań z PRL. Chodzi bardziej o to, kto to mówi i jakich używa argumentów. Owszem, były już niepokojące sygnały wcześniej. Takie na przykład jak list opublikowany w "Arce" w czerwcu 1992 roku przez kilkuset profesorów wyższych uczelni, twórców kultury i przedstawicieli typowo inteligenckich zawodów - w obronie idei lustracji i moralnego rozliczenia z komunizmem. Wobec otwierającego ten list podpisu Zbigniewa Herberta (i jego licznych zbieżnych z podpisywanym tekstem wystąpień publicznych) można było jednak zastosować jeszcze metodę "na wariata". Poeta jest chory, nie wie, co mówi - poetom takie rzeczy się zdarzają. Jarosław Marek Rymkiewicz - następny na tej liście - to też poeta, znany polityczny "świr". Oszaleć łatwo można nie tylko za sprawą uprawiania poezji, ale także "wieku": to przypadek choćby profesora Bogusława Wolniewicza, jednego z najwybitniejszych i najbardziej uznanych w świecie filozofów polskich, zaangażowanego dziś w obronę wolności mediów - czyli w obronę Radia Maryja - którego można wykluczyć z "poważnej" debaty za pomocą argumentu, że jest już stary, za stary, aby traktować go poważnie...
Krasnodębski natomiast nie jest ani stary, ani nie jest poetą, nie wypowiada swych opinii poprzez podpisywanie listu otwartego. Jest profesorem socjologii, w sile wieku, zatrudnionym na uniwersytecie zachodnioeuropejskim. Używa w debacie publicznej całej serii tekstów, w których analizuje i ocenia zmiany (lub ich brak) w Polsce po 1989 roku, stosując język, terminologię i argumenty nowoczesnej humanistyki europejskiej i amerykańskiej, a nawet odwołując się do tych jej autorytetów, które dotąd wydawały się krynicą mądrości zastrzeżonych dla ich nadwiślańskich wulgaryzatorów.
Krasnodębski podważa tezę, że istnieje pewna (jedna) norma nowoczesności, ulokowana na Zachodzie, a posiadająca swoich oświeconych ambasadorów "w tym kraju", upoważnionych do wyłącznego recenzowania kierunku zmian zachodzących w Polsce - jako zgodnych albo niezgodnych z jedynie słusznym kierunkiem. On też jest oświecony, ale oświecony jakby inaczej. I pokazuje, że nowoczesność niejedno ma imię, że trwa - także na Zachodzie - gorący spór o kierunek jej ewolucji, że Historia nie skończyła się wraz z tą wizją liberalnego porządku, którą chciał od roku 1989 uwiecznić w swej metaforze Fukuyama. Krasnodębski burzy wizję jednej normy, w której Zachód i nowoczesność przeciwstawione są Polsce i zmuszają do wyboru: albo wchodzimy do Zachodu, do nowoczesności, do normalności - i wyrzekamy się Polski takiej, jaką zostawiło nam w spadku jej społeczne, polityczne i kulturalne długie trwanie - albo zostajemy przy polskości tradycyjnej: przeciw Europie, przeciw (nieuchronnej tak czy inaczej) modernizacji i przeciw normalności.
"Polska nigdy w swej najnowszej historii liczącej dwieście lat krajem normalnym nie była, a więc po to, by stać się krajem normalnym - Polska musi zapomnieć samą siebie" - tę tezę Marcin Król powtarza setki razy. On i legion "rozsądnych". Krasnodębski natomiast przeciwstawia jej inny zgoła pogląd: "Modernizacja nie może polegać na odwróceniu się od rodzimych tradycji" . Argumentuje też, przytaczając wiele przykładów zaczerpniętych z życia publicznego krajów zachodnioeuropejskich i Ameryki, że ich rodzime tradycje są na różne sposoby kultywowane bądź rehabilitowane (w przypadku Niemiec), nierzadko w świadomej konkurencji z tradycjami i tożsamościami kulturowymi innych krajów i narodów. "Nie ma jednej nowoczesności, lecz jest wiele, sprzecznych ze sobą, uwikłanych w spór i konflikt. Nie ma gotowej normalności, lecz ciągle zmieniający się świat. Przekonanie, że skoro budowa realnego socjalizmu zakończyła się klęską, skoro nie ma >>trzeciej drogi<<, pozostaje tylko imitacja Zachodu, a raczej własnych o nim wyobrażeń, jest reminiscencją marksistowskiego myślenia w kategoriach wielkich alternatyw" - pisze Krasnodębski. I wzywa, by wziąć udział w owym sporze o nowoczesność - własnym, oryginalnym głosem, jaki dają Polsce jej doświadczenia historyczne i polityczno-religijne tradycje. Przestrzega wyraźnie przed skutkami swoistego szantażu owej wielkiej alternatywy (Polska albo Europa, stare albo nowe), przed działaniami nadwiślańskich imitatorów zachodniego liberalizmu - przypominają mu one "ów selektywny sposób naśladownictwa, jakiemu zawsze hołdowali oświeceni reformatorzy wschodnioeuropejscy, od Piotra Wielkiego poczynając, mylący zdobną fasadę cywilizacji zachodniej z jej konstrukcją nośną".
Krasnodębski sporo pisze o tym, co kryje owa fasada w naszym kraju: nie tylko umysłowe lenistwo i duchową niesamodzielność wielu "modernizatorów", dobrze okopanych na swoich licznych, zbudowanych przez lata konformistycznej tresury w PRL akademickich posadkach. Fasada kryje także nader konkretne, wielkie interesy - tych, którzy pod puklerzem modernizacji przenieśli je płynnie z PRL do III RP przy pomocy nowych kolegów, pozyskanych w postsolidarnościowej elicie.
Bardziej interesujące jest pewne pytanie, na które zwraca również uwagę (krytyczną) Marcin Król. Co łączy się w polskiej tradycji z ową konstrukcją nośną zachodniej cywilizacji, co mogłoby ją rzetelnie wesprzeć, co zatem powinniśmy na nowo odkryć i ożywić z naszej historycznej spuścizny? Zdaniem Marcina Króla - nic. Stwierdza to wyjątkowo dobitnie, tezę swoją wzmacniając znów do granic publicystycznej szarży. Po Jedwabnem - pisał Król w roku 2001 - tradycyjna polskość i ojczyzna przestały być potrzebne nawet Polakom. W swoim szkicu polemicznym nawiązuje do tej tezy, kategorycznie wypowiadając się na temat tradycyjnego patriotyzmu, pamięci o bohaterach, dziedzictwie I i II Rzeczypospolitej czy walk o niepodległość: "Ani wychowanie, ani odnawianie tego, co minione i martwe, w niczym nam nie pomoże". Czy rzeczywiście tamten patriotyzm, jedyny, jaki na razie znamy, jest już martwy? Dla wszystkich? Znów czuję się tym argumentem zepchnięty na (lub nawet poza) margines żywych. I znów mam wątpliwość, czy tylko ja sam znalazłem się w tej niewygodnej pozycji. Poznałem w czasie swej niezbyt długiej kariery nauczyciela akademickiego, prowadzącego m.in. wykłady na temat wizerunku Polski, tak wiele przykładów patriotycznej pasji młodych ludzi, że żal byłoby mi uznać ich (a chyba nie tylko ich) za wykreślonych z rzeczywistości. A pogląd głoszący, że "wychowanie w niczym nam już nie pomoże", wydaje mi się nieco zbyt pesymistyczny - nawet jak na liberalnego historyka idei.
O ile Król odrzuca możliwość znalezienia wartościowych elementów w polskiej tradycji politycznej, to Krasnodębski wskazuje je bez wahania: w polskim republikanizmie i w dziedzictwie romantyzmu, które spięte zostały razem w ruchu "Solidarności" - tej z 1980 roku oczywiście. Król kwestionuje tę tradycję jako mit i coś niemożliwego do urzeczywistnienia: "Republikanizm w tak intensywnym wydaniu może pojawić się wyłącznie okazjonalnie, nie jest w stanie trwać dłużej i przekształcić się z ruchu politycznego w system".
Nie wiem, co na tę uwagę odpowie Zdzisław Krasnodębski. Podzielając jednak jego fascynację polską tradycją republikańską i romantyczno-wolnościową, fascynację potencjałem zawartym w idei "Solidarności", chcę tytułem zakończenia wskazać na potrzebę radykalnego pogłębienia perspektywy widzenia polskiego republikanizmu. Radykalnego, a więc sięgającego korzeni. Te korzenie zaś, które poprzez ustanowienie Akademii Krakowskiej łączą ów polski fenomen z Europą, z myślą Arystotelesa, Cycerona i ich włoskich interpretatorów z XII-XV wieku, sięgają średniowiecza, myśli Pawła Włodkowica, Stanisława ze Skarbimierza, Stanisława Zaborowskiego: ideowych patronów Rzeczypospolitej. I tamta Rzeczpospolita trwała (w udanym i wyjątkowym fenomenie praktykowanego przez setki tysięcy obywateli republikanizmu) co najmniej od roku 1493 do połowy wieku XVII - ponad 150 lat! To był system, którego spuściznę możemy i powinniśmy ożywić, jeśli chcemy własnym głosem wziąć udział w dyskusji nad kształtem i zabezpieczeniem obywatelskiej wolności w Europie.
Ten system, ta tradycja jest dzisiaj odkrywana na Zachodzie dzięki ożywieniu zainteresowania zjawiskiem republikanizmu - politycznej wolności przed liberalizmem - wśród historyków i historyków idei. Quentin Skinner, Philip Pettit, John Pockock, Martin van Gelderen, Maurizio Viroli recypują dziś tę wiedzę, którą my możemy zaczerpnąć bezpośrednio od polskich badaczy: od Anny Sucheni-Grabowskiej i Andrzeja Wyczańskiego poczynając, poprzez Annę Grześkowiak-Krwawicz, Jana Dzięgielewskiego, Jolantę Choińską-Mikę, Edwarda Opalińskiego, aż po historyków najmłodszego pokolenia. To jest nowa warszawska szkoła historyków idei - tej idei i tej praktyki politycznej, które nas z Europą łączyły i które dają nam słuszny powód do dumnego uczestnictwa w debacie nad jej teraźniejszością i przyszłością.
Trzeba tylko wyjść ze stanu intelektualnej drzemki. Trzeba także - pozwolę sobie dodać - perspektywę socjologa uzupełnić głębszym i na aktualnym stanie wiedzy opartym spojrzeniem historycznym.
p
, ur. 1960, historyk, publicysta, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i PAN, redaktor naczelny dwumiesięcznika "Arcana". Jeden z najwybitniejszych znawców historii stosunków polsko-rosyjskich, zajmuje się także porozbiorowymi dziejami Polski oraz historią Europy Środkowo-Wschodniej. Opublikował m.in. książki "Jak rozbić rosyjskie imperium? Idee polskiej polityki wschodniej (1733 - 1921)" (1999) oraz "Od imperium do imperium. Spojrzenia na historię Europy Wschodniej" (2004). Niedawno ukazały się kolejne dwie jego prace: "Powrót do Polski. Szkice o patriotyzmie po >>końcu historii<<" (2005) oraz antologia tekstów "Rosja i Europa Wschodnia. >>Imperiologia<< stosowana" (2006). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio opublikowaliśmy jego tekst "Polityka wschodnia" (nr 49 z 7 grudnia ub.r.).