Dziennik Gazeta Prawana logo

Globalne złudzenie

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 25 minut

John Gray przygląda się krytycznie kilku niedawno wydanym książkom na temat globalizacji. Wynika z nich jeden podstawowy wniosek: globalizacja nie prowadzi do powstania jednolitego światowego systemu ekonomicznego, rządzącego się jednakowymi dla wszystkich regułami i stosującego te same praktyki, gdy chodzi o produkcję czy zarządzanie. Tymczasem ta "globalna iluzja" jest jednym z najważniejszych elementów zachodniego myślenia o postępie i rozwoju ekonomicznym, począwszy od XIX wieku. "Karol Marks, Herbert Spencer i August Comte twierdzili, że postęp w nauce i technologii prowadzi w kierunku powstania jednego typu organizacji społecznej. Jeśli zatem społeczeństwa współczesne nie załamią się pod ciężarem powrotu do barbarzyństwa, to muszą upodobnić się do siebie. W wyniku tego powstanie system globalny".

p

Przez dwa ostatnie stulecia czołowi teoretycy społeczeństwa wyznawali pogląd, że właściwy czasom współczesnym proces rozwoju może przynieść tylko jeden rezultat. W XIX wieku Karol Marks, Herbert Spencer i August Comte twierdzili, że postęp w nauce i technologii prowadzi w kierunku powstania jednego typu organizacji społecznej. Jeśli zatem społeczeństwa współczesne nie załamią się pod ciężarem powrotu do barbarzyństwa, to muszą upodobnić się do siebie. W wyniku tego powstanie system globalny.

Różne były zdania co do natury owego systemu. Według Comte'a stanowiłby on rodzaj technokracji. Marks sądził, iż nowy twór przybierze postać egalitarnego komunizmu. Dla Spencera system ów miałby być rodzajem kapitalizmu typu laissez-faire. We wszystkich przypadkach mówiono o pewnej odmianie społeczeństwa przemysłowego, które w końcu rozprawi się z wszelkimi brakami, gdy chodzi o potrzeby życiowe człowieka. Trzej myśliciele, niezależnie od różnych wizji politycznych, zgadzali się w jednym - nadejście ery industrializacji zapewni dobrobyt wszystkim ludziom. Wraz z osiągnięciem tego celu ustaną wojny, a uniwersalny system gospodarczy zastąpi różnorakie, wzajemnie sprzeczne systemy z przeszłości.

Podobne przekonania ukształtowały myślenie wielu XX-wiecznych teoretyków społecznych. W latach 30. ubiegłego wieku Friedrich August von Hayek wskrzesił Spencerowską teorię wolnego rynku jako punktu docelowego ewolucji społecznej. Brytyjscy socjaliści Sidney i Beatrice Webb sądzili, że wczesną postać uniwersalnego społeczeństwa przyszłości uosabia Związek Radziecki. W latach 60. ubiegłego stulecia teoretycy "końca ideologii" - tacy jak Daniel Bell - przewidywali, iż gospodarki planowane centralnie i gospodarki rynkowe zamożnych społeczeństw Zachodu "zbiegną się" w jednej zarządzanej przez menedżerów gospodarce mieszanej. W końcu zeszłego wieku modna stała się idea głosząca, że wszędzie na świecie społeczeństwa przyjmują model "demokratycznego kapitalizmu".

U podstaw powyższych oczekiwań nie stały rzeczywiste wydarzenia. Industrializacja rozprzestrzenia się na całym świecie, ale w różnym stopniu i z odmiennymi konsekwencjami. Dziś, tak jak w przeszłości, społeczeństwa rozwijają się w bardzo różnych kierunkach. W niektórych częściach świata struktury państwa legły w gruzach, a na ich miejsce pojawiła się anarchia. W innych reżimy autorytarne wciąż są mocno ugruntowane. Były Związek Radziecki upodabnia się bardziej do krajów Trzeciego Świata niż do państw dostatniego Zachodu. Nie zastąpiła go liberalna demokracja, lecz współczesna odmiana tradycyjnego rosyjskiego autorytaryzmu. Różne typy liberalnej demokracji powstały w niektórych częściach byłego bloku radzieckiego, ale już na przykład w Iraku demokracja wytwarza rodzaj teokracji (tyle że z prawem wyborczym) podobnej do istniejącej w Iranie. Chiny porzuciły centralne planowanie na rzecz swoistego rodzaju kapitalizmu państwowego, ściśle powiązanego z ideologią nacjonalistyczną. Niektóre kraje zmierzają w kierunku reformy rynkowej, inne wręcz przeciwnie. Europa opowiedziała się za połączeniem demokracji społecznej z neoliberalnym systemem gospodarczym. Stany Zjednoczone pod rządami administracji Busha przechyliły się w stronę mieszanego systemu, którego cechami są protekcjonizm, gigantyczny deficyt federalny i "kapitalizm kolesiów".

Różne społeczeństwa nieustannie współpracują i oddziałują na siebie. Proces ten zamiast jednego systemu wytwarza całą gamę systemów "hybrydowych". Jednak przekonanie, że oto wyłania się jeden powszechnie akceptowany typ społeczeństwa wciąż kształtuje sposób, w jaki przedstawiciele nauk społecznych i publicyści myślą o kondycji współczesnych społeczeństw. Za rzecz pewną przyjmuje się, że industrializacja umożliwia odtworzenie w dowolnym miejscu globu czegoś w rodzaju sposobu życia krajów bogatych.

Teorie globalizacji zakładają konwergencję. Do tego samego sposobu myślenia nawiązują ruchy antykapitalistyczne, opierając się na przesłance, że rozbieżne względem siebie systemy przeszłości zastąpiono nowym, represyjnym systemem globalnym. Zwolennicy globalizacji - jak również wielu jej krytyków - zakładają, że wszędzie tam, gdzie ona dociera, wytwarza podobne warunki. I jedni, i drudzy zgadzają się, iż siły globalnego rynku wymuszają na społeczeństwach wkroczenie na taką samą ścieżkę rozwoju.

W książce "Globalization and Its Enemies" Daniel Cohen, profesor ekonomii w słynnej paryskiej École Normale Supérieure, proponuje nowe antidotum przeciw niektórym najbardziej zwodniczym punktom takiego konsensusu. Autor zaczyna od pozornie paradoksalnego twierdzenia głoszącego, że dla większości ludzi na świecie to, do czego ów konsensus odsyła, nie jest czymś rzeczywistym, lecz iluzorycznym. Cohen uważa, że obecna, trzecia z kolei fala globalizacji rozlewa się głównie w rzeczywistości wirtualnej i nie ma wpływu na znaczną część naszego codziennego życia. Pierwsza rozpoczęła się wraz z konkwistą w XVI wieku. Jej kontynuację stanowiła fala druga, uruchomiona wprowadzeniem w XIX wieku na terenie imperium brytyjskiego zasad wolnego handlu. Towarzyszyły temu potężne ruchy migracyjne ludzi poszukujących bardziej gościnnych miejsc zamieszkania. Obecny etap globalizacji to głównie wymiana towarów i obecność wirtualnych obrazów.

"Dzisiejsza globalizacja jest >>niemobilna<<" - zauważa Cohen. Towary wytwarza się i wprowadza na rynek w skali całej planety, ale mieszkańcy krajów zamożnych "spotykają" inne społeczeństwa głównie poprzez telewizję i wakacje w egzotycznych zakątkach. Jesteśmy świadkami budzących ciągłe kontrowersje polityczne ruchów migracyjnych biednej ludności z Bliskiego Wschodu i Afryki do Europy i Stanów Zjednoczonych.

Imigranci jednak wciąż stanowią zaledwie 3 proc. ludności świata, a przecież w roku 1913 wskaźnik ten wynosił 10 proc. W ostatnich 30 latach znacznie wzrosła wymiana handlowa, ale większa jej część odbywa się między krajami bogatymi. Na 15 starych członków UE przypada 40 proc. światowej wymiany, jednak dwie trzecie całego importu i eksportu tych krajów ma miejsce w granicach samej Europy. "W krajach bogatych globalizacja jest w znacznej mierze czymś wyimaginowanym" - pisze Daniel Cohen.

Złudne jest również przekonanie, że globalizacja finansowa pobudza rozwój gospodarczy w krajach biednych. Globalne rynki finansowe mają do zaoferowania jedynie niewielką ilość bodźców, dzięki którym państwa te mogłyby osiągnąć zauważalny w globalnej grze poziom produkcji.

Skomputeryzowanie sklepu spożywczego w Nowym Jorku z pewnością przyniesie korzyści, ale już w Lagos klienci są zbyt biedni, by unieść ciężar cen wymuszonych taką inwestycją. Skutkiem tego technologia rozprzestrzenia się w sposób bardzo nierówny, a biedni pozostają biednymi.

Przyczyna takiego stanu rzeczy nie leży jednak w tym, że państwa ubogie padają ofiarą zamożnych. Winę za biedę panującą w krajach rozwijających często składa się na karb niesprawiedliwego stosunku cen importowych do eksportowych. Istotnie raczej trudno podważać fakt, że protekcjonistyczne praktyki w rolnictwie - stosowane przez UE i USA - zaszkodziły krajom biednym. Cohen twierdzi jednak, że wymiana handlowa jako całość nie ma aż tak nierównego charakteru, jak się powszechnie uważa. Kraje te pozostają ubogie przede wszystkim dlatego, że dysponują małą ilością tych rzeczy, których potrzebują kraje bogate.

Ironia obecnego etapu globalizacji polega na tym, że uniwersalizuje on popyt na lepsze życie, ale nie dostarcza narzędzi służących jego zaspokojeniu. "Globalization and Its Enemies" to jedna z najbardziej oryginalnych i wnikliwych prób analizy tematu. Nikt, kto przeczyta i zrozumie tę pracę, nie będzie mógł po zakończeniu lektury twierdzić, że obecny etap skomplikowanego procesu globalizacji prowadzi do pokojowego, uniwersalnego rynku opisywanego przez zwolenników biznesowej utopii. Nie sposób też po jej przeczytaniu zaakceptować uproszczonego opisu rzeczywistości proponowanego przez ruchy antykapitalistyczne, dla których zacofanie krajów biednych stanowi konsekwencję bogactwa krajów rozwiniętych. W krótkiej książce Cohena znajdziemy więcej celnych i rozsądnych uwag niż w dziesiątkach znacznie obszerniejszych prac. Jednak w przeprowadzonej przez niego analizie można dostrzec pewne niepokojące luki.

Zaskakuje, że autor tak mało uwagi poświęca ograniczeniom, jakie globalizacji stawia środowisko naturalne. W niektórych uwagach na marginesie Cohen przyznaje, że globalizacja na obecnym etapie może zagrażać równowadze ekologicznej naszej planety. "Nie zajdziemy daleko - pisze - unikając stworzenia ogólnie obowiązujących regulacji dotyczących problemów globalnego ocieplenia, dziury ozonowej czy zanikania gatunków". Jednocześnie wydaje się nie dostrzegać, że destabilizacja środowiska naturalnego stanowi integralną część zachodzących właśnie głębokich zmian gospodarczych.

Chiny na przykład przechodzą obecnie najszybszy proces industrializacji w historii świata. Towarzyszy mu jednak bezprecedensowy wzrost poziomu zanieczyszczenia środowiska. Kryzys ekologiczny i obecna faza globalizacji to dwie różne strony tego samego procesu.

Cohen twierdzi, że obecnemu etapowi rozwoju ekonomicznego towarzyszy przejście od gospodarki industrialnej do postprzemysłowej. Chociaż około 80 proc. globalnej wymiany handlowej stanowią artykuły przemysłowe i rolne, to w krajach zamożnych zatrudnienie w przemyśle i rolnictwie znajduje jedynie około 20 proc. ludzi, w sektorze usług zaś aż 80 proc. Jednak dla krajów rozwijających się obecna fala globalizacji jest po prostu kolejnym etapem ogólnoświatowego procesu industrializacji rozpoczętego kilka stuleci temu. Zakłócenia funkcjonowania ekosystemu, jakich obecnie jesteśmy świadkami - zarówno w krajach bogatych, jak i biednych - stanowią właśnie produkt uboczny tego procesu.

Nikt już nie może zasadnie wątpić, że obecne globalne ocieplenie jest efektem ubocznym wydobywania i zużywania zawierających węglowodory paliw kopalnych. Mówimy o tym, co zawsze było i nadal pozostaje integralną częścią procesu industrializacji. Jednak proces ten stanowi jednocześnie główną przyczynę "przegrzania" naszej planety. Istnieje wyraźna współzależność między rozwijającą się na przestrzeni ostatnich 150 lat industrializacją a wzrostem ilości wydzielanych do atmosfery gazów cieplarnianych. Nie jest pewne, kiedy zmiana klimatu zacznie zakłócać rozwój cywilizacji przemysłowej istniejącej w różnych formach na znacznych obszarach globu. Jednak widoczne szybkie topnienie czapy lodowej na Antarktyce i pogarszające się prognozy Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu sugerują, że już mamy do czynienia ze znacznymi zmianami klimatycznymi.

Mogą mieć one poważny wpływ na nasz sposób życia. Łatwo zlekceważyć prognozy nadciągającej katastrofy ekologicznej, uznając je za apokaliptyczne, tanie czarnowidztwo, i dalej robić swoje. Ale coraz większa liczba dowodów sugeruje rosnące prawdopodobieństwo gwałtownej zmiany klimatu. Jej skutkiem byłoby zalanie wielu nadbrzeżnych miast i ogromnych połaci ziemi uprawnej. W takich warunkach niechybnie doszłoby do konfliktu na tle kurczących się zasobów żywności, wody i energii. Dodajmy do tego potężny przepływ ludności, bowiem miliony ludzi zaczęłyby opuszczać nienadające się już do zamieszkania tereny.

Jeszcze całkiem niedawno uznalibyśmy takie prognozy za część najgorszego scenariusza rozwoju wypadków. Gdy w lutym 2004 roku do prasy brytyjskiej przeciekł - zamówiony przez Pentagon i ostatecznie opracowany w październiku 2003 - raport analizujący konsekwencje gwałtownej zmiany klimatu, krytykowano go za zbyt pesymistyczne założenia co do rozmiaru zachodzących zmian klimatycznych. Autorzy sugerowali, że zbliżająca się nieubłaganie zmiana klimatu grozi znacznym ograniczeniem możliwości naszej planety, gdy chodzi o zaspokojenie potrzeb obecnej liczby ludności i doprowadzi do wybuchu wojen o kontrolę nad zasobami bogactw naturalnych. Zalecali przy tym, by wyzwanie, jakie stawia przed państwem taka sytuacja, uznać za kwestię bezpieczeństwa narodowego USA. Administracja Busha odłożyła raport na półkę. Jednak dziś, ledwie trzy lata później, wyniki badań naukowych sprawiają, że tego rodzaju prognozy mówiące o potężnych zakłóceniach działalności gospodarczej i intensyfikacji geopolitycznego konfliktu, stają się coraz bardziej realne.

Cohen pisze, że do I wojny światowej kraje uprzemysłowione same wytwarzały większość potrzebnych im surowców. Do lat 30. ubiegłego stulecia były one - w mniejszym lub większym stopniu - samowystarczalne w kwestii zaopatrzenia w energię. "Schemat ten uległ odwróceniu tylko i wyłącznie z powodu roli, jaką po II wojnie światowej zaczęła odgrywać ropa naftowa z Bliskiego Wschodu" - pisze Cohen. I tu zdecydowane zastrzeżenie: wybuch pierwszej wojny w Zatoce (1990-1991) pokazał jednoznacznie, że ropa naftowa z Bliskiego Wschodu w dalszym ciągu odgrywa kluczową rolę w globalnej gospodarce. Społeczeństwa uprzemysłowione - mimo podejmowanych w niektórych krajach prób większego urozmaicenia źródeł energii - wciąż pozostają zależne od wyczerpujących się rezerw ropy naftowej i gazu ziemnego.

Co więcej, popyt na te surowce zwiększa się niepowstrzymanie wraz z postępem globalizacji w Chinach, Indiach i innych krajach. Państwa rywalizują ze sobą o kurczące się zasoby. Skutek: klasyczna geopolityka ponownie zaczyna zajmować główne miejsce w stosunkach międzynarodowych. W XIX i XX wieku teoretycy społeczeństwa i ekonomiści sądzili, że proces industrializacji umożliwia powstanie nowego systemu globalnego, gdzie w końcu rozprawimy się z wszelkimi brakami uniemożliwiającymi godne życie. Stało się inaczej. Ogarniająca cały świat industrializacja odtwarza przeszłe konflikty o bogactwa naturalne. Z jedną różnicą - tym razem na większą skalę. Inny aspekt globalizacji to zjawisko połączenia nasilającego się niedoboru dostaw energii z nabierającą tempa zmianą klimatu.

Jednocześnie wbrew temu, co twierdzą niektórzy teoretycy antyglobalizacji, nie ma żadnej możliwości, by ludzkość opowiedziała się za powrotem do sposobu życia sprzed rewolucji przemysłowej. Taki wybór byłby sprzeczny z aspiracjami miliardów ludzi. Proces industrializacji na przykład w Indiach czy Chinach nabrał impetu, któremu żaden rząd nie jest w stanie się oprzeć. Nawet gdyby metody takie przyniosły czasowo skutek pozytywny, osiągnięto by go kosztem "pochłonięcia" wszystkiego, co jeszcze pozostało z dzikiej przyrody, oraz dalszej destabilizacji globalnego systemu klimatycznego.

Kryzys środowiska naturalnego - jako odwrotna strona globalizacji - mógłby doprowadzić do "wysadzenia z szyn" jej samej. Jeśli istnieje jakaś droga naprzód, polega ona na wykorzystaniu nauki i technologii w celu znalezienia potencjalnie mniej groźnych źródeł energii. Ale błędem byłoby myśleć, że unikniemy poważnych zmian, jakie muszą nastąpić w naszym sposobie życia. Zmianie klimatu nie można zapobiec, lecz jedynie zminimalizować jej skutki. Cokolwiek zrobimy w tym względzie, możemy być pewni, iż czeka nas konflikt i zamęt na wielką skalę. Cechą charakterystyczną rozprzestrzeniającej się cywilizacji przemysłowej jest gwałtowny wzrost gospodarczy. Ostatecznie jednak jest on wzrostem samoograniczającym się.

Analiza dokonana przez Cohena jest orzeźwiająco heretycka, ale jak niemal większość ekonomistów odrzuca on powyższą konkluzję. Autor rozróżnia dwa rodzaje wzrostu gospodarczego. Pierwszy odzwierciedla wizję przedstawioną przez Adama Smitha w jego "Bogactwie narodów". Tu wzrost jest pokłosiem spożytkowania dóbr płynących z podziału pracy. Drugi model wzrostu gospodarczego nawiązuje do myśli Josepha Aloisa Schumpetera, austriackiego ekonomisty, który przed I wojną światową wyemigrował do USA: siłę napędową wzrostu stanowią nieustanne innowacje w dziedzinie technologii. Cohen - w nieoczekiwanym zwrocie ku ortodoksji ekonomicznej - utrzymuje, że chociaż wzrost pierwszego typu kończy się wyczerpaniem swoich własnych możliwości, to "wzrost drugiego rodzaju a priori nie zna żadnych ograniczeń".

Choć oba wymienione typy wzrostu gospodarczego różnią się, to jednak zarazem są w istotny sposób podobne, gdy chodzi o wymóg podstawowy - wzrost potrzebuje ogromnej ilości energii. Ta w obecnych warunkach może pochodzić tylko z wykorzystania ropy naftowej i jej pochodnych. Tu zaś problemem jest nie tylko ograniczona ilość zasobów, ale i to, że używanie surowców na wielką skalę prowadzi do gromadzenia się coraz większych ilości gazów cieplarnianych. Gospodarka oparta na innowacjach technologicznych jest lepiej niż inne przygotowana do odpowiedniej reakcji na takie wyzwania, ale nie może rozwijać się w oderwaniu od materialnego środowiska naszej planety. Oba rodzaje wzrostu gospodarczego zależą zatem od szybko kurczących się zasobów. Obu dotyczy problem gwałtownej reakcji ekologicznej związanej ze zmianą klimatu. Ironia globalizacji jest głębsza, niż sądzi Cohen. Globalizacja nie tylko obecna jest bardziej w świecie wirtualnym niż realnym, ale musi też na zawsze pozostać procesem niedokończonym.

Książka Suzanne Berger "How We Compete" posiada wiele cennych zalet. Jedną z nich jest zdrowy sceptycyzm wobec twierdzeń głoszących, iż różne modele wzrostu gospodarczego w końcu muszą upodobnić się do siebie.

Autorka pisze, że istnieje powszechna zgoda, gdy chodzi o podstawowe siły wprawiające w ruch globalizację. To przede wszystkim: uwolnienie wymiany handlowej i przepływu kapitału na wielką skalę, deregulacja, zmniejszające się koszty komunikacji i transportu, a także rewolucja w dziedzinie IT, dzięki której wraz z zastosowaniem technik cyfrowych możliwe staje się przekraczanie granic pomiędzy projektowaniem wyrobu, produkcją i wprowadzaniem go na rynek oraz ulokowanie tych działań w różnych miejscach globu. Dodajmy łatwą dostępność - w krajach o niskich płacach - dużej liczby niewykwalifikowanych pracowników i wykształconej kadry inżynierskiej.

Modele konwergencji zakładają, że w momencie, gdy globalizacja dotrze do jakiegoś miejsca, działające tu firmy i przedsiębiorstwa mogą uczynić tylko jedno, aby dostosować się do jej wymogów - wdrożyć te same, co ona rozwiązania biznesowe. Globalizacja jest zatem procesem samowzmacniającym się. Berger zauważa jednak, iż tego rodzaju pogląd nie znajduje oparcia w historii. Globalna gospodarka przed I wojną światową pod wieloma względami była bardziej otwarta i pozbawiona granic niż obecna. Mimo to uległa załamaniu i w wyniku procesu, którego kulminację stanowiła w USA ustawa o taryfach celnych autorstwa Smoota-Hawleya z 1930 roku, zastąpiły ją na poły autarkiczne, zamknięte typy gospodarek charakterystyczne dla czasów międzywojnia. Globalizacja, choćby najsilniej osadzona, nie jest więc procesem nieodwracalnym.

Modele standardowe przyjmują, iż globalizacja oznacza narzucenie określonego sposobu prowadzenia interesów wszystkim innym uczestnikom gry. Jednak w świetle badań przeprowadzonych przez Berger w firmach i spółkach w wielu częściach świata poglądu takiego nie można utrzymać.

Działania przynoszące sukces w dłuższej perspektywie czasowej to te, którym towarzyszy spełnienie odpowiednich warunków: utrzymywanie długotrwałych stosunków roboczych z klientami i dostawcami czy dbanie o wyspecjalizowanych pracowników. Tego typu warunkom nie są w stanie sprostać firmy, których głównym atutem jest tania siła robocza. Polityka oparta na ciągłym dążeniu do obniżania płac nie jest receptą na długotrwały sukces korporacyjny.

Berger nie pozostawia wątpliwości: opierając się tylko na własnych siłach, spółki nie są w stanie podjąć wszystkich potrzebnych kroków dostosowawczych. Poważną rolę w tworzeniu środowiska, w którym biznes może planować swoją przyszłość, mają do odegrania rządy. Jednakże to, jak tego dokonają, zależy od rodzaju kapitalizmu, z którym mają do czynienia. W klarownym wywodzie autorka uznaje, iż kapitalizm występuje w kilku odmianach odzwierciedlających różne tradycje kulturowe i systemy polityczne. W tej szerokiej gamie możemy wyróżnić dwa rodzaje gospodarek rynkowych:

1. Liberalne gospodarki rynkowe (Wielka Brytania, USA), w których alokacja i koordynacja zasobów odbywa się głównie poprzez działanie rynków.

2. Skoordynowane gospodarki rynkowe (Niemcy, Japonia), gdzie do rozwiązywania głównych problemów używa się negocjacji, a także wykorzystuje tradycję stosunków pracy i inne mechanizmy nierynkowe.

Te rozbieżne odmiany systemu kapitalistycznego jednocześnie konkurują i korzystają ze swoich doświadczeń. To, co przynosi efekt pozytywny, różni się w zależności nie tylko od danej spółki, ale i od danego kraju. Nie ma jednego określonego zestawu instytucji czy zbioru strategii działania mogących przynieść dobrobyt wszystkim typom społeczeństwa lub wszystkim przedsiębiorstwom.

Jedna z głównych tez stawianych przez Barry'ego C. Lynna w jego intrygującej pracy "End of the Line" głosi, że państwa narodowe wciąż odgrywają kluczową rolę w globalnym społeczeństwie. W swojej obejmującej wiele tematów i opartej na gruntownych badaniach analizie Lynn kwestionuje przekonanie, że globalizacja, pogłębiając współzależność gospodarek poszczególnych krajów świata, zwiększa tym samym ich stabilność. Przeciwnie - zmniejsza ją. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych.

Zdaniem Lynna rdzeniem globalizacji nie jest globalny rynek, który - gdy chodzi o wiele różnych towarów - istniał od dawna. Jest nim natomiast globalna organizacja produkcji oparta na rozwiniętej sieci powiązań obejmującej wiele krajów, której nikt nie kontroluje i tak naprawdę nie rozumie. Takie spółki kolosy jak Wal-Mart osiągnęły wielki sukces głównie dzięki outsourcingowi, kupowaniu w Chinach produktów za miliardy dolarów. Gdy proces produkcji podlega outsourcingowi w skali globalnej, coraz więcej i więcej firm staje się narzędziem handlu i sprzedaży detalicznej. Nie mają one ani możliwości, ani nie są zainteresowane, by zarządzać owym procesem. Przeniesieniu gdzie indziej ulega nie tylko on sam, ale i zarządzanie firmą. Skutek? Nie ma nikogo, kto umiałby dostrzec całość sprawy. Dla Lynna najbardziej alarmującym zjawiskiem jest właśnie ta cecha gospodarki globalnej. Wychwalana, dodajmy, przez tych, którzy cenią rynek za jego zdolność osiągania wyników przez nikogo przedtem nieplanowanych. Ponieważ system produkcji globalnej przekracza granice państw, nikt nie czuje się odpowiedzialny za to, by zapewnić jego bezpieczeństwo. Zdaniem Lynna niemożność zmierzenia się z tym zjawiskiem zależy częściowo od tego, że w sposób anachroniczny ożywiono klasyczne liberalne przekonane, że wolny handel działa na rzecz pokoju.

Norman Angell w swojej słynnej książce "The Great Illusion" twierdził, iż rosnąca współzależność gospodarcza sprawi, że wojny staną się nieopłacalne, wręcz - niemożliwe. Ideę taką rozwinęli w XIX wieku entuzjaści wolnego rynku, jak choćby Richard Cobden. Rozprawę Angella opublikowano w roku 1909, ale już pięć lat później wraz z wybuchem najbardziej destrukcyjnej wojny w dotychczasowej historii jego analizy brutalnie zweryfikowała rzeczywistość. Jednak wciąż żywe pozostaje przekonanie, że wraz z postępującą integracją gospodarek różnych krajów ich systemy polityczne będą ulegały coraz głębszej demokratyzacji. Skutkiem takiego procesu ma być świat bardziej pokojowy.

W praktyce jednak zwiększająca się globalna integracja gospodarcza często działa w sposób odwrotny. Lynn zauważa na przykład, że ewentualne demokratyczne zmiany w Chinach miałyby, z powodu silnych więzi gospodarczych między Chinami i USA, wysoce destabilizujący wpływ na gospodarkę amerykańską. Zamknięcie chińskich portów lub zakładów produkcyjnych - w wyniku decyzji rządu czy na skutek powszechnych protestów - poważnie zakłóciłoby import towarów z tego kraju. USA, chroniąc własne linie zaopatrzenia, mogłyby wtedy - zdaniem Lynna - znaleźć się w sytuacji, w której musiałyby wesprzeć obecny chiński reżim i współpracować z twardogłowymi pekińskimi politykami.

Dzisiejsze ciągnące się przez cały świat linie zaopatrzenia, których wymaga globalny łańcuch produkcji, trafiają też do wielu krajów rządzonych przez reżimy autorytarne. Każde poważne wewnętrzne zagrożenie dla władzy tych reżimów wywoła reperkusje na skalę globalną. W takich warunkach krajom demokratycznym niełatwo przyjdzie opowiedzieć się po stronie ruchów dysydenckich. Wolny rynek bardziej niż demokracji wymaga stabilizacji. Twierdzenie to jest szczególnie prawdziwe w sytuacji, gdy proces produkcji rozprasza się po całym globie. Jednocześnie obserwujemy brak stabilności w stosunkach międzynarodowych. Tak jak w przeszłości państwa mają obecnie rozbieżne cele strategiczne. Wysoko cenią własne bezpieczeństwo i w wypadku uznania, że siły globalnego rynku zagrażają temu, co uznają za żywotny interes narodowy, będą dążyły do ich zablokowania. Jest jak najbardziej zrozumiałe, że owe różnice mogą w którymś momencie doprowadzić do wybuchu konfliktu.

"End of the Line" jest opisem polityki, jest także apelem o wzmocnienie narodowych interesów Ameryki. Lynn, pracownik naukowy New America Foundation, inaczej niż wielu analityków w USA i innych krajach uważa, iż obecny system gospodarki globalnej nie polega na spontanicznym rozwoju. Stanowi on głównie sztuczny twór amerykańskiej potęgi, skonstruowany w przekonaniu, iż posłuży interesom Stanów Zjednoczonych. Twór ten jednak nie zawsze działa na korzyść Ameryki. Nie jest też systemem, który sam się stabilizuje.

Propozycje zmiany polityki przedstawione przez Lynna imponują rozmachem ujęcia tematu. Ich wspólną cechą jest to, że symbolizują wyraźne przesunięcie w stosunku do naiwnej wiary w łagodzące skutki sił globalnego rynku, która kształtowała politykę amerykańską od zakończenia zimnej wojny. Mamy tu do czynienia z analizą odzwierciedlającą zmianę nastrojów amerykańskiej opinii publicznej. Stałe pogarszanie się sytuacji w Iraku i brak perspektyw jej rozwiązania oraz negatywny wpływ outsourcingu podważają publiczną wiarę w to, że globalizacja jest zgodna z interesem Ameryki. Ta widoczna zmiana nastrojów w połączeniu z rosnącymi kosztami prowadzenia wojny może skierować politykę USA bardziej w stronę spraw wewnętrznych. Stany Zjednoczone, poprowadziwszy świat do globalizacji, dziś być może są bliskie wydania hasła do odwrotu.

Próby tworzenia modeli rozwoju gospodarczego, które zakładają, że poszczególne typy społeczeństw "zbiegną się" w harmonijnym, uniwersalnym systemie, są głęboko zakorzenione w zachodnim myśleniu. Modele te jednak stanowią odzwierciedlenie warunków panujących w XIX wieku, gdy nieliczni tylko śmiałkowie podejrzewali istnienie granic, jakie ekspansji przemysłowej postawi postępująca dewastacja środowiska naturalnego. Nie biorą one pod uwagę tego, że globalna industrializacja pogłębia niedobór bogactw naturalnych o żywotnym znaczeniu dla nas wszystkich i wyzwala przy tym potężną, gwałtowną reakcję ze strony środowiska naturalnego. Ta właśnie odwrotna strona globalizacji ukształtuje jej przyszły kierunek.

p

, ur. 1949, filozof, publicysta, profesor Katedry Myśli Europejskiej w London School of Economics, uczeń największych brytyjskich myślicieli XX wieku: Isaiaha Berlina i Michaela Oakeshotta. Początkowo thatcherysta i teoretyk wolnorynkowego liberalizmu, później stał się jednym z najważniejszych krytyków liberalnej ideologii, którą uznał za przebrzmiały już relikt oświecenia. Tę surową krytykę zawarł m.in. w książkach "Post-liberalism" (1993) oraz "Enlightenment's Wake" (1995). Oprócz tego wydał m.in.: "Al Qaeda and What it Means to Be Modern" (2003) oraz "Heresies. On Progress and Other Illusions" (2004). W Polsce ukazały się m.in.: "Liberalizm" (1994), wybór esejów "Dwie twarze liberalizmu" (2001) oraz "Słomiane psy. Myśli o ludziach i innych zwierzętach" (2003). Teksty Graya wielokrotnie publikowaliśmy w "Europie" - ostatnio wypowiedź o Stanisławie Lemie (nr 15 z 12 kwietnia br.).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj