Dziennik Gazeta Prawana logo

Śmierć globalizacji?

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Niall Ferguson oznajmia rychły przełom w procesie globalizacji. Będziemy mieli do czynienia z powrotem protekcjonizmu w samej Ameryce, czego rezultatem będzie nie redefinicja, lecz koniec globalizacji. Na poparcie swojej tezy Ferguson sięga do długookresowej analizy historycznej. Zagłada globalnego wolnego rynku na początku XX wieku doprowadziła do Wielkiego Kryzysu i przynajmniej jednej z dwóch wojen światowych. Ferguson wini za nią Amerykę i ostrzega, że w niedługim czasie historia może się powtórzyć.

p

Czy jesteśmy świadkami początku końca globalizacji? Czy perspektywa jej zgonu powinna nas cieszyć, czy martwić?

Nie ma nic szczególnego w tym, że Francuzi blokują zagraniczne przejęcia i urządzają zamieszki, kiedy proponuje im się zwiększenie elastyczności rynku pracy. Dla Francuzów - od arcyszarlatana Jacques'a Chiraca po najgłupszego studenta Sorbony odgrywającego na nowo demonstracje z 68 roku - globalizacja zawsze będzie "anglobalizacją". Ale kiedy słuszność międzynarodowej integracji zaczynają kwestionować Amerykanie, wiadomo, że dzieje się coś poważnego.

Niedawno wniesiono do Kongresu dwie ustawy podejmujące tę kwestię. Projekt senacki był bardziej liberalny. Przewidywał wprowadzenie systemu gastarbeiterów, w ramach którego każdego roku mogłoby przyjechać z zagranicy 325 tys. tymczasowych pracowników, a większość spośród 12 mln nielegalnych imigrantów, którzy znajdują się już na terytorium USA, zyskałaby możliwość otrzymania obywatelstwa amerykańskiego.

Izba Reprezentantów zademonstrowała zupełnie inne podejście do sprawy. Kongresmani wezwali do budowy ogrodzenia wzdłuż całej granicy amerykańsko-meksykańskiej - swego rodzaju "cortina de acero" (co znaczy po hiszpańsku żelazna kurtyna) wzdłuż Rio Grande. Kiedy piszę te słowa, wydaje się, że nawet po wprowadzeniu zaostrzających poprawek wersja senacka nie przejdzie. Jej krytycy mówią, że oznacza ona amnestię dla osób naruszających prawo - i nie sposób odmówić im racji.

Nie powiem, żeby ta awantura mnie zaskoczyła. Za każdym razem, gdy odwiedzam stan graniczący z Meksykiem - w minionym półroczu byłem w trzech - słyszę ten sam refren: "Odbierają nam pracę!". Twórcy serialu "South Park" pohasali sobie ostatnio po tym temacie, sprowadzając przez bramkę czasową imigrantów z przyszłości. Mimo że język, którym posługiwali się przybysze, brzmiał jak bełkot, wkrótce kosili wszystkie trawniki i serwowali wszystkie big maki. Ale w Arizonie nielegalna imigracja nie jest tematem do żartów. Już za kilka miesięcy czekają nas wybory do Kongresu, toteż ustawodawcy, którzy chcą zachować mandat, mają silną motywację, by reagować na tego rodzaju obawy swoich wyborców.

Ten sprzeciw wobec dziurawych granic dotyczy jednak nie tylko kwestii imigracji. Kongres jednocześnie pilnie pracuje nad zaostrzeniem przepisów regulujących zagraniczne inwestycje w Stanach Zjednoczonych, odkąd wybuchła afera związana z informacją, że firma ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich może przejąć kontrolę nad amerykańskimi terminalami portowymi.

Dalej mamy protekcjonistów, generalnie reprezentujących stany z dużymi ośrodkami produkcyjnymi. Ich największym marzeniem jest obłożenie importu z Chin wysokim cłem. Pomysł ten pojawił się w zeszłym roku, z uzasadnieniem, że Chińczycy manipulują kursem swojej waluty wobec dolara - jakby to właśnie był jedyny powód, dla którego chińskie towary są tańsze od wytwarzanych w USA.

Atakuje się globalną swobodę przepływu siły roboczej, kapitału i towarów - i to w kraju, który od 5 lat z krótkimi przerwami notuje dynamiczny wzrost. Drżę na myśl, co wykombinowałby Kongres, gdyby Stany Zjednoczone znajdowały się w recesji. Zapewne byłby to projekt ustanawiający całkowitą autarkię, zagwarantowaną dzięki budowie nieprzenikalnej kopuły od morza do morza.

Niektórzy historycy twierdzą, że poprzednim razem, kiedy globalizacja poniosła śmierć, zabiła ją reakcja amerykańska. Sto lat temu światowa gospodarka pod wieloma względami była równie zintegrowana jak dzisiaj. Wskaźniki migracji były porównywalne do obecnych, podobnie jak wymiana handlowa w stosunku do całości produkcji. Procentowy przepływ kapitału jest dzisiaj wyższy, ale stulecie temu równiej się rozkładał między kraje bogate i biedne. Po roku 1914 globalizacja rozsypała się jednak i w latach 30. gospodarka światowa była rozdrobniona, co katastrofalnie odbiło się na poziomie wzrostu gospodarczego i zatrudnienia.

W znacznym stopniu zawiniła tutaj wielka zawierucha wojenna. Ale jeszcze przed wybuchem I wojny światowej globalizacja konała na skutek tysięcy legislacyjnych ciosów. Już w 1882 roku Stany Zjednoczone uchwaliły ustawę zakazującą imigracji z Chin. W okresie międzywojennym wprowadzono limity dla innych grup etnicznych, co stało się jednym z powodów, dla których Żydom trudno było znaleźć schronienie przed nazistowskimi Niemcami. W połowie lat 30. nowi imigranci napływali do USA już tylko cienką strużką.

To samo dotyczyło handlu. Już w XIX wieku Stany Zjednoczone nie miały pełnego przekonania do wolnej wymiany handlowej, a w międzywojniu znacząco podniosły stawki celne. Protekcjonistyczna ustawa Smoota-Hawleya, uchwalona w czerwcu 1930 roku, zadała śmiertelny cios inwestorom, nakładając się na skutki krachu giełdowego.

Zwolennicy posunięć antyglobalizacyjnych nowej generacji utrzymują, że chcą bronić wrażliwych rodzimych branż przed bezlitosną konkurencją zagraniczną. Przywołują badania, z których wynika, że na imigracji najwięcej tracą uczniowie niekończący szkoły średniej. Inne opracowania wskazują, że najczęstszymi ofiarami wolnego handlu z Chinami są niewykwalifikowani pracownicy fizyczni.

Niemniej jednak błędem byłoby obarczanie globalizacji winą za narastające nierówności społeczne w USA i szukanie rozwiązania w powrocie do natywizmu i protekcjonizmu, czyli metod, które już nieraz zawiodły. Nierówności społeczne w USA wiążą się raczej z niezbyt progresywnym systemem podatkowym i mało rozbudowanym systemem zabezpieczeń socjalnych niż z imigracją i wolnym handlem, a tym bardziej swobodą przepływu kapitału.

Przyciąganie spragnionych ekonomicznego sukcesu imigrantów z całego świata niesie ze sobą realne korzyści. Na elastycznym rynku pracy, takim jak amerykański, imigranci odgrywają kluczową rolę. Imigrantów potrzebują zwłaszcza starzejące się zachodnioeuropejskie społeczeństwa.

Nie ma sensu narażać się na utratę korzyści płynących z globalizacji dla ochrony szans uzyskania zatrudnienia przez młodych ludzi, którym nie udało się ukończyć szkoły średniej. Mam zatem skromną kontrpropozycję dla Izby Reprezentantów. Zamiast budować drogą, paskudzącą krajobraz i przypuszczalnie nieskuteczną żelazną kurtynę, można by wykorzystać te pieniądze dla rozpropagowania wśród uczniów amerykańskich szkół średnich prostej informacji: jak się nie będziesz uczył, to nic z ciebie nie będzie. Tak, chłopcy i dziewczęta - nauka to jedyna droga do zdobycia porządnej pracy w gospodarce, która jest najwyższym ogniwem technologicznego łańcucha pokarmowego. Jeśli zakończycie edukację, nie uzyskawszy żadnych kwalifikacji, będziecie mogli mówić o szczęściu, jak uda wam się załapać na zbieranie owoców albo układanie towarów na półkach razem z Meksykanami. Wiem, że brzmi to dosyć okrutnie, ale drugi Wielki Kryzys byłby jeszcze okrutniejszy.

p

, ur. 1964, jeden z najwybitniejszych europejskich historyków. Wykładowca Oksfordu i New York University. Autor m.in. "The Pity of War", "The Cash Nexus" oraz "Empire". Ostatnio wydał książkę "Colossus: The Rise and Fall of the American Empire", w której lansował tezę, że USA są współczesną wersją dawnych światowych imperiów. Publikuje komentarze m.in. w "The Sunday Telegraph". W "Europie" wielokrotnie drukowaliśmy jego teksty - ostatnio artykuł "Upadek zamiast zderzenia" (nr 16 z 19 kwietnia br.).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj