Zdaniem Bronisława Łagowskiego najlepszych narzędzi dla analizy polskiej transformacji dostarczają dzieje restauracji burbońskiej we Francji w latach 1815-30. Określanie przedstawicieli obozu solidarnościowego mianem rewolucjonistów czy tym bardziej "jakobinów" jest pomyłką. W Polsce po 1989 roku, a zwłaszcza w ostatnim okresie mamy do czynienia ze zjawiskami typowymi dla restauracji: gloryfikowaniem czasów przedrewolucyjnych (w przypadku Polski są to czasy II Rzeczypospolitej) i próbą powrotu do nich kosztem całkowitego zdezawuowania epoki rewolucji, tj. komunizmu. "Również polska restauracja na zakończenie oddaje władzę ultrasom. Atmosfera jest przesycona duchem odwetu, a głównym zadaniem jest >>rozliczenie przeszłości<<. Restauracyjny charakter transformacji przejawia się również w powrocie Kościoła na swoje utracone wskutek rewolucji komunistycznej miejsce w systemie władzy i w zajęciu przez religię dominującej pozycji w kulturze".
p
Problemy w danym czasie lub w ogóle dla społeczeństwa obiektywnie najbardziej żywotne mogą być politycznie neutralne, nie wywoływać ostrych podziałów typu wróg-przyjaciel, lecz podlegać rozstrzygnięciom socjotechnicznym lub prawnym. Pod względem politycznym podział na "liberalnych" i "socjalnych", tak istotny z punktu widzenia interesów społecznych, bo warunkujący w dużym stopniu dystrybucję dóbr oraz tempo i kierunki rozwoju kraju, jest obecnie zaledwie bladym cieniem wielkiego konfliktu, który przez półtora wieku rozdzierał społeczeństwa Europy - jedne mniej, drugie bardziej - groził rewolucją i nieraz rzeczywiście ją wywoływał. Zaznaczył się też bardzo mocno w stosunkach międzynarodowych, zwłaszcza w podziale na grożące sobie wojną atomową obozy kapitalistyczny i socjalistyczny. Polityczna jeśli nie neutralizacja to przynajmniej degradacja tego podziału uwidacznia się w tym, że rewolucja socjalna jest dziś czymś nieprawdopodobnym. Obecnie strony liberalna i socjalna nie pozostają do siebie w stosunku wrogości, uznają wzajemnie swoje prawa do istnienia i wypracowały rutynę kompromisu.
Podział na "tradycjonalistów" i "modernistów", traktowany przez długi czas jako czysto kulturowy, coraz bardziej się upolitycznia również w Polsce i wywołuje objawy wrogości nieproporcjonalne w swym natężeniu do znaczenia przedmiotu tego niejasno wyartykułowanego sporu.
Oba te podziały są relatywnie mało znaczące w porównaniu do wrogości dzielącej "solidarnych" i "czerwonych". Rzeczowe podstawy nie tłumaczą zapiekłości tego konfliktu. Różnice programowe między stronami nie są tu większe niż między partiami solidarnościowymi. "Czerwoni" od początku transformacji czynili wysiłki dostosowania się do poglądów i programów strony "solidarnej" i zachowali nie więcej programowej odmienności, niż narzuca rywalizacja wyborcza. Ich dwukrotne rządy były naśladowaniem polityki rządów solidarnościowych. SLD posuwał się w samonegacji aż do głosowania za uchwałami sejmowymi przygotowującymi klimat dla "dekomunizacji". Premier rządu "czerwonych" opowiedział się (bynajmniej nie gołosłownie) za gospodarczym liberalizmem i ustąpił miejsca ekonomiście, który od lat miał opinię liberała, a od niedawna uchodził za polityka bardzo proamerykańskiego. Ugodowość "czerwonych" wobec "solidarnych", czy może ich bojaźliwość, ujawniała się również w tym, że powyborcze rugi partyjne miały pod ich rządami o wiele skromniejszy zasięg, niż jest zwyczajem w III Rzeczypospolitej. "Czerwoni" usiłowali i nadal usiłują uwiarygodnić się poprzez zdobycie uznania w obozie przeciwnika, co - nawiasem mówiąc - nigdy nie wyszło poza przeciągnięcie na swoją stronę paru pojedynczych "znanych twarzy" z liberalnych kręgów solidarnościowych.
Rzeczowa podstawa konfliktu między "czerwonymi" i "solidarnymi" jest taka sama jak między wszystkimi partiami: chodzi o przejęcie prestiżowych i wysoko płatnych stanowisk w państwie. Gra o to, kto w oczach opinii publicznej będzie policjantem, a kto złodziejem, którą "czerwoni" sromotnie przegrali, jest w demokracji zadawnionym i powszechnym zwyczajem, ale niczego nie dowodzi.
Oprócz pogoni za korzyściami materialnymi, oprócz walki o prestiż i chęci przeprowadzenia swojej woli w stosunku do kwestii rzeczywiście wymagających załatwienia lub zmyślonych, partie walczą o narzucenie społeczeństwu swojego poglądu na rzeczywistość, swoich zasad moralnych, swojej wizji historii, krótko mówiąc, swojej ideologii. Czynniki typu ideologicznego bardzo zaogniają konflikty międzypartyjne i zwykłą sprzeczność interesów zamieniają w walkę Dobra ze Złem. Otóż "czerwoni" pod względem ideologicznym są nieczynni, indyferentni, przekonań wspólnych w kwestiach oderwanych nie posiadają. Utracili wpływy w wielkich mediach, ale nawet wówczas, gdy są do nich dopuszczani, nie mają nic do powiedzenia. Z całą pewnością więc to nie czynnik ideologiczny zaognia konflikt między "czerwonymi" i "solidarnymi". Podział na "liberalnych" i "socjalnych" przebiega tak samo przez obóz "czerwonych", jak przez obóz "solidarnych". W niewyklarowanym pojęciowo antagonizmie tradycjonalistów i modernistów "czerwoni" inercyjnie biorą stronę tych drugich, ale nie wykazują tu ani większej aktywności intelektualnej, ani zaangażowania emocjonalnego.
O ile "solidarni" patetycznie akcentują własną tożsamość, to "czerwonych" cechuje wykrętne stanowisko w sprawie swojej tożsamości, na pewnym poziomie świadomości posunięte do samonegacji. "Solidarni" heroizują swoją przeszłość, ci drudzy ją odwartościowują, "wybierają przyszłość". "Solidarni" - zasadnie lub nie - wpisują się w tradycję patriotyczną i odwołują do mitologii narodowej; jest to formacja bardzo "kulturalna" w tym znaczeniu, że z rezerwuaru kultury narodowej i religijnej czerpie symboliczne środki walki politycznej. Po stronie "czerwonych" zdumiewa obojętność, niewrażliwość na kwestie kultury; można mówić o ich samowykluczeniu się z kultury narodowej. (Pod tym względem różnią się znacząco także od PSL-u, partii wybiórczo, ale starannie kultywującej swoją tradycję i podtrzymującej w niesprzyjających nawet warunkach skromną kulturę "ludowcową"). Aspektem akulturalności jest odrywanie się od swoich korzeni historycznych i obywanie bez własnej tradycji. Tradycja radykalizmu społecznego, idei i ruchów demokratycznych, mająca swój początek już przed połową XIX wieku (z której wywodziły się dwa najwcześniejsze rządy II Rzeczypospolitej), pozostaje przez "czerwonych" tak samo nieprzyswojona, jak będąca na drugim biegunie tradycja politycznego realizmu, do której mieliby prawo zgłosić akces, skoro ewolucja ich formacji skończyła się - by tak rzec - "realnym realizmem". Z powodu własnej akulturalności nie przychodzi im to jednak do głowy. Gdyby doszło do zasadniczego sporu ideowego, nie potrafiliby politycznemu romantyzmowi "solidarnych" przeciwstawić nic prócz mglistej lewicowości.
Obóz "solidarnych" głosi apologię II Rzeczypospolitej; za legalny i prawowity deklaratywnie uznaje emigracyjny rząd londyński; emigrację powojenną stawia moralnie i politycznie wyżej niż krajową pracę organiczną; rehabilituje ziemiaństwo, zwłaszcza kresowe, i w wielu innych sprawach przyjmuje stanowisko typowo restauracyjne. Komentarzem do kursu na odtwarzanie stosunków politycznych i społecznych II RP mogą być następujące słowa Leszka Kołakowskiego sprzed 30 lat: "Nie widzę, by były potrzebne polemiki z takimi, co myślą o powrocie do układów politycznych przedwojennych, bo jeśliby tacy istnieli, to wystawialiby sobie świadectwo umysłowej niepoczytalności i nie warto by doprawdy energii tracić na ich zwalczanie" ("O nas samych", paryska "Kultura", czerwiec 1975). Istotnie w kursie na restaurację jest coś niepoczytalnego, i rzeczywiście dyskusja z tymi, którzy ten kurs usprawiedliwiają lub go pobudzają, jest bezcelowa z powodu ich umysłowego zasklepienia. W tym sensie słowa Kołakowskiego są dziś równie słuszne, jak były 30 lat temu...
"Czerwoni" albo są zakłopotani, albo zrezygnowani wobec nawały propagandowej, jaka na nich spadła i w tym stanie ducha przyjmują z małymi zastrzeżeniami poglądy przeciwników. Dla "polityki historycznej" nie mają zrozumienia tak jak dla kulturowego instrumentarium polityki. Widać w tym jakąś poczciwość, ale również prostaczkowatość, a może cynizm. W kwestiach moralnych istnieje następująca różnica: "solidarni" (najpierw mniejszość, a następnie cała formacja) za najwyższy nakaz etyki w życiu publicznym uznali odwet i zemstę. Dzięki swojej kulturze potrafili ten nakaz ubrać w symbole i metafory religijne, tak że zdaje się on górować nad powszechnymi zasadami moralnymi. "Prawda" i "Pamięć" są zawołaniami bojowymi tej perwersyjnej etyki, a oznaczają właśnie zemstę. Słowa Chrystusa z Ewangelii św. Jana: "I poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi" (prawda znaczyła tam wiarę, że Jezus jest synem Bożym) uczynili głównym sloganem lustracji. Etyka "czerwonych" natomiast jest trywialna i sprowadza się do płaskiej maksymy: "Żyj i daj żyć innym".
Dlaczego formacja bez przyszłości, a w gruncie rzeczy już bez teraźniejszości - mam na myśli "czerwonych" - jest tak systematycznie zwalczana przez "solidarnych" wszystkimi dostępnymi środkami? Nie mieści się to w ramach normalnej kłótliwości demokratycznej czy wielopartyjnej rywalizacji. Zapowiedziane przejście do tzw. IV Rzeczypospolitej miało polegać głównie na wzmożeniu walki z "czerwonymi", co już się dzieje.
Żeby objaśnić naturę podziału na "solidarnych" i "czerwonych", trzeba odwołać się do typu transformacji ustrojowej, jaką przechodzi Polska. Typologia transformacji jest równie poznawczo ważna jak typologia ustrojów i jak tamta odnosi się nie tylko do formalnej strony zjawiska, lecz mówi nam również o socjologicznych i psychologicznych uwarunkowaniach, jakim w danym typie ustroju czy transformacji podlegają działające jednostki.
Socjologia, politologia i psychologia społeczna z pewnością nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa o przemianach zachodzących od 1989 roku. Jeśli chodzi o głębsze zrozumienie tych przemian to - moim zdaniem - więcej niż tamte nauki daje nam historia francuskiej restauracji lat 1815-1830. W każdym razie szczegółowa wiedza o niej jest niezwykle pomocna. Ralf Dahrendorf bardzo się pomylił, biorąc "Rozważania o rewolucji we Francji" Edmunda Burke'a za klucz do interpretacji upadku komunizmu w Europie Wschodniej (w znanej książce pod tytułem parafrazującym tytuł dzieła Burke'a). Upadek komunizmu nie był rewolucją, lecz końcem rewolucji. I początkiem restauracji. Prowadzi do takiego wniosku zarówno opis fenomenologiczny, jak umiejscowienie tych przemian w "dialektyce historii" - że posłużę się pojęciem Augusta Cieszkowskiego.
Transformacja dokonywana przez "solidarnych" nie posiada cech rewolucji. Nie pobudza jej utopia; nie dąży do równości ani wyzwolenia uciśnionych; nie stosuje terroru fizycznego; nie obiecuje totalnego odrodzenia. Nie nacjonalizuje własności, lecz przeciwnie - reprywatyzuje. Krytyka społeczna, na jakiej opiera swoją retorykę, jest powierzchowna i nieradykalna. Jej ideały i jej "kultura" są przejęte z niedalekiej przedkomunistycznej przeszłości, którą wielu jeszcze pamięta jako bardzo niedoskonałą. Nie można tu mówić o retrospekcji przewrotowej w sensie wziętym z Kelles-Krauza, lecz o retrospekcji restauracyjnej lub kontrrewolucyjnej. Piętnowanie radykałów transformacji jako rewolucjonistów, "jakobinów" czy "bolszewików" jest retoryką zupełnie chybioną.
Przedmiotem wrogości i poczynań delegitymizacyjnych jest system komunistyczny, a dokładniej Polska Rzeczpospolita Ludowa jako jego ucieleśnienie. PRL jest powtórnie totalizowana, tym razem pojęciowo, tak że wszystko, co było częścią państwa, uchodzi za komunistyczne lub nawet - w potocznej mowie polityków - za "totalitarne". Nie wchodzę w to, czy pojęcie komunizmu zostało właściwie dobrane; z pewnością komunizm znajdował się u początków tego systemu społeczno-politycznego i z pewnością był zjawiskiem rewolucyjnym. Nie można też zaprzeczyć, że w swojej istotnej treści, którą jest kolektywizm własności i negacja rynku, obowiązywał do końca. Transformacja restauracyjna polega na przywróceniu do życia tego, co przez rewolucję komunistyczną zostało obalone, a więc przede wszystkim kapitalizmu i jego formy politycznej: pluralizmu partyjnego, wolnych wyborów, wolności słowa. Wzorem dla polskiej transformacji stała się II Rzeczpospolita, oczyszczona nie tylko z tych zarzutów, jakie przeciw niej miotali komuniści, lecz także z krytyki pochodzącej ze środowisk liberalnych, demokratycznych i chłopskich. Restauracyjny charakter transformacji przejawia się również w powrocie Kościoła na swoje utracone wskutek rewolucji komunistycznej miejsce w systemie władzy i w zajęciu przez religię dominującej pozycji w kulturze.
Podobieństwa między dzisiejszą polską restauracją a restauracją burbońską są uderzające, i nie powierzchowne, lecz strukturalne. Typologicznie obie restauracje są tożsame. Również polska restauracja na zakończenie oddaje władzę ultrasom. (Mamy też szuanerię, czyli moherowe berety...).
Atmosfera jest przesycona duchem odwetu, a głównym zadaniem jest "rozliczenie przeszłości"; z punktu widzenia ultrasów cała reszta ma drugorzędne znaczenie. Warstwy plebejskie, chłopskie i robotnicze bądź mające taki rodowód przyjęły restauracyjną ideologię: ciemiężyciele naszych przodków mieli rację, a chłopi, co przenieśli się ze wsi do Nowej Huty, popełnili czyn, którym nie należy się chwalić. Raczej należy zatrzeć o nim wspomnienia, nazywając główny plac proletariackiego miasta imieniem Ronalda Reagana lub stosując inne egzorcyzmy.
Proste następstwo po ustroju komunistycznym, rewolucyjnym, nie sprawia automatycznie, że transformacja staje się restauracją. W Rosji transformacja dokonała się w sposób radykalny, krańcowy w stosunkach własnościowych, jednakże przywrócenie własności prywatnej nie pociągnęło za sobą takiej idealizacji stanu przedrewolucyjnego, która byłaby równoznaczna z bezwzględnym i totalnym potępieniem okresu komunistycznego. Rosjanie nie wyłączyli Związku Radzieckiego z dialektyki historii, zajęli inną pozycję niż polscy "solidarni" w stosunku do PRL. Nowy reżim odciął się od rewolucji wcielonej w totalne państwo, lecz nie od całości życia społecznego i narodowego, jakie toczyło się w ramach tego państwa. Forma zerwania z państwem rewolucyjnym przypomina pod niejednym względem stosunek napoleońskiego cesarstwa do jakobińskiej rewolucyjnej republiki. Nowa, niejednorodna, "pluralistyczna hierarchia" społeczna łączy się z elementami radzieckiej nomenklatury. Badania (przeprowadzone dzięki niemieckiej fundacji Eberta) wykazały, że ten stosunek do państwa radzieckiego oznacza porażkę nowej władzy, a zwłaszcza mediów przedstawiających początkowo 70 lat historii jako jeden "koszmar". Sprzeciw wobec transformacji restauracyjnej w Rosji ma źródło w masach społecznych, a nie w nowej władzy, bo ta początkowo skłaniała się do stanowiska dysydentów. (Nie miejsce tu na rozwijanie tego zagadnienia; odsyłam do artykułu J. M. Chauviera "En Russie, nostalgie soviétique et nouveau patriotisme d'État" w: "Le Monde diplomatique", marzec 2004 r.).
Transformacja w Rosji nie jest procesem zakończonym. Nie można wykluczyć, że przybierze charakter restauracyjny jak w Polsce; mieści się w ramach prawdopodobieństwa totalne, nihilistyczne "rozliczanie" komunistycznej przeszłości, pełna rehabilitacja Rosji przedrewolucyjnej, idealizacja "białej" kontrrewolucji i emigracji i w rezultacie ukształtowanie się neocaratu. Restauracja w Rosji z pewnością nie doprowadzi do liberalnej demokracji, ale nie doprowadzi do niej także ultrasowska restauracja w Polsce.
Restauracja, będąc procesem odreagowywania na rewolucję, jest z natury stanem przejściowym, nawet jeśli trwa przez dwa pokolenia. Po nim społeczeństwo uwalnia się od rządów wstecznych i negacjonizmu jako zasadniczej postawy politycznej.
Można usłyszeć opinię, że w Polsce nie było rewolucji, a komunizm został przyniesiony na bagnetach, nie należy zatem mówić dziś o restauracji, lecz o powrocie do "normalności". Jeśli rozumieć rewolucję tak wąsko, to nie było jej także w Rosji; wystąpiła tylko w Piotrogrodzie i Moskwie, a reszcie kraju została narzucona siłą zbrojną.
Nadieżda Mandelsztam pisała o niemal magicznym oddziaływaniu samego słowa "rewolucja" na umysły; rozbrajało ono inteligencję wobec naporu propagandy bolszewickiej. Wchłonęło w siebie utopijne nadzieje XIX wieku, a rewolucja bolszewicka przydała mu jeszcze więcej magii, tak w Rosji, jak na Zachodzie. W XX wieku niemal wszyscy dyktatorzy chcieli być rewolucjonistami, a ci, którzy walczyli z dyktatorami, również. "Solidarni" mimo swego konserwatywnego wyznania i "antykomunistycznej tożsamości" nie obrażają się, gdy nazywa się ich ruch rewolucją. Żadnej rewolucji jednak nie dokonali. Skierowali pokomunistyczną Polskę, już wolną, w stronę restauracji i tego wszystkiego, co ona ze sobą niesie: idealizacji stosunków przedrewolucyjnych; karania uzurpatorów, którzy ośmielili się rządzić w rewolucyjnym okresie; atmosfery "rozliczeń" i zemsty na byłych przeciwnikach; przypływu uczuć religijnych i powrotu Kościoła do władzy politycznej; przywracania przedrewolucyjnych stosunków własnościowych m.in. poprzez odszkodowania dla nielicznych kosztem większości; pogardy dla klas niższych i snobistycznej apologii hierarchii okresu przedrewolucyjnego; wreszcie odrzucenia idei postępu i oświeceniowej kultury umysłowej.
Tekst opiera się na tezach wygłoszonych na konferencji w Fundacji im. Batorego
p
, ur. 1937, filozof, historyk idei, publicysta, do niedawna związany z Uniwersytetem Jagiellońskim. W 1977 roku wydał "Filozofię polityczną Maurycego Mochnackiego" - jedną z najważniejszych książek lat 70., odczytywaną jako manifest specyficznego politycznego realizmu. W 1991 roku opublikował z kolei głośny "List otwarty do trzydziestolatków", w którym m.in. przestrzegał pokolenie dochodzących do władzy opozycjonistów przed "antypaństwową mentalnością" (fragment "Listu" przypomnieliśmy w "Europie" nr 12 z 23 marca 2005). Poza tym wydał zbiory esejów: "Co jest lepsze od prawdy?" (1986), "Liberalna kontrrewolucja" (1994), "Szkice antyspołeczne" (1997) oraz "Łagodny protest obywatelski" (2001). Kilkakrotnie gościł jako autor na łamach "Europy" - ostatnio w nr. 14 z 6 kwietnia 2005 publikowaliśmy jego wypowiedź w ankiecie nt. Jana Pawła II "Czy duch odnowił oblicze tej ziemi?".