Przemysław Czapliński analizuje najnowszą powieść Janusza Andermana "Cały czas" (Wydawnictwo Literackie, 2006). Choć książka opisuje przede wszystkim środowisko literatów, jest w istocie opowieścią o współczesnym polskim zakłamaniu, o wymazywaniu przeszłości i manipulowaniu nią. Bohater - polityczny oportunista, literacki plagiator i cynik - bezwzględnie wykorzystuje najpierw koniunkturę na "opozycyjność", później zaś pseudoideologiczne spory i partyjne kłótnie po 1989 roku. Powieść Andermana "uświadamia nam, że w latach 70. i 80. potrzebowaliśmy literatury do oskarżania komuny; dlatego nie było w niej miejsca na prawdę i oryginalność - nasze precyzyjne oczekiwania na literaturę >>słusznego zaangażowania<< zamieniały bowiem wszystkich pisarzy w plagiatorów. Stawiając literaturę bardzo wysoko, jednocześnie redukowaliśmy ją do zbioru kopii narodowych lamentów, to zaś promowało pisarzy bez właściwości - pilnych uczniów zbiorowych alegorii".
p
Polskim życiem publicznym po roku 1989 włada fantazmat niewinności. Powoduje on, że każda krytyka jest relatywizowana: kto krytykuje narodowe przywary, jest z pewnością liberałem albo komunistą, kto krytykuje lewicowe pragnienia społeczne, jest niechybnie liberałem albo prawicowcem. Dzięki temu wszystko jest jasne. Swoi mówią do swoich, obcych nikt nie słucha.
W społeczeństwie pełnym zakłamania - i w życiu politycznym ufundowanym na obronie kłamstwa - kto może powiedzieć prawdę? Tylko jawny kłamca, zawodowy łgarz, który spowiadając się ze swoich szalbierstw w przestrzeni oddalonej od władzy, odsłoni fałsz sfery politycznej.
Tak właśnie ustawił swojego bohatera Janusz Anderman w powieści "Cały czas". Przedstawił w niej dzieje związków między prawdą, literaturą i społeczeństwem w ciągu ostatnich 25 lat. Związków, które - według Andermana - przez cały czas pozostają takie same.
Powieść Andermana wpisuje się w oczekiwanie na realistyczny opis naszych dziejów najnowszych - ale wpisuje się przewrotnie, groteskowo, przekornie. Autor ukazuje bowiem losy człowieka, który został pisarzem, choć właściwie nie napisał ani jednej książki.
Bohater, znany nam jedynie z inicjałów A. Z., będąc w połowie lat 70. studentem polonistyki, opublikował na łamach "Nowego Wyrazu" arkusz wierszy należących do tzw. poezji konkretnej. Skreślony z listy studentów (niezaliczone zajęcia, niezdane egzaminy) i zagrożony służbą wojskową, trafia dzięki znajomościom do szpitala psychiatrycznego, gdzie spotyka wariata-pisarza. Kiedy wariat popełnia samobójstwo, AZ kradnie jego powieść i publikuje ją w drugim obiegu (nagrody, wywiady, pieniądze, tłumaczenia); w czasie stanu wojennego żyje z szefową działu słuchowisk państwowego radia - z jej domowych zbiorów kradnie dwie sztuki i pod własnym nazwiskiem wysyła je do Szwecji; po roku 1989, rozpaczliwie szukając jakiegoś źródła dochodów, nawiązuje krótkotrwałą współpracę z magazynem dla pań, w którym publikuje kilka felietonów na temat seksu skompilowanych z cudzych artykułów. Swoje usługi oferuje też różnym partiom politycznym nowej Polski, pisząc (pod pseudonimem) artykuły agitatorskie do lewicowych i prawicowych gazet, a także układając przemówienia posłom. Ginie w wypadku samochodowym na trasie Gdańsk-Warszawa.
Postać stworzoną przez Andermana dopisać tedy możemy do spisu polskich oportunistów-karierowiczów - wykazu niezbyt długiego w literaturze, za to w rzeczywistości dłuższego pewnie niż lista Wildsteina: Piszczyk, "wodzirej" (z filmu Feliksa Falka), historyk Janota (z powieści Brandysa "Rondo") - to postaci modelowe nie tyle w sensie psychologicznym, co historycznym i socjologicznym. Zasadnicza ich cecha okazuje się bezcenna właśnie w przypadku opowiadania o dziejach społeczeństwa żyjącego w ustawicznym przeciągu, uciskanego, prześladowanego, okupowanego, a przez to skazanego na nieustanne przekraczanie granicy kolaboracji. Ich kariery to idealny materiał na opowieść o społecznych regułach awansu. Jeśli bowiem ktoś niewiele umie, za to wiele chce i jeszcze więcej osiąga, to znaczy, że pomogliśmy mu w tym my - jego środowisko i jego otoczenie.
Z tego punktu widzenia powieść Andermana to zjadliwa satyra na polskie życie literackie ostatniego ćwierćwiecza: na środowisko pisarskie, reakcje czytelników, postawy krytyków. Autor przedstawia przecież człowieka, który dzięki własnej przebiegłości i plagiatowej pracowitości osiągnął pozycję cenionego pisarza opozycyjnego. Anderman przekonuje nas więc, że literatura tego okresu była rządzona przez średniactwo: wpływowych pisarzy, wydawców, pośredników, opinię. Obywała się zaś bez wszystkiego, co wielkie: bez arcydzieł (a nawet dzieł wielkich), bez wielkich osobowości i wielkich sporów. To, co - wydawałoby się - jest solą literatury, według Andermana było zupełnie zbędne (albo nawet niechciane): najważniejszym mechanizmem tej infrastruktury była życzliwa opieka nad debiutantami, najważniejszą instytucją - Koło Młodych. Bo debiutant to ktoś, kto niczego nie zmienia, nikomu nie zagraża, niczego nie osiąga samodzielnie. Dlatego tak wiele życzliwości w stosunku do młodych i nienawiści w stosunku do wybitnych. Drugą zaś prawidłowością życia literackiego do roku 1989 było "swojactwo", czyli promowanie ludzi ze słusznym życiorysem (walka z komuną etc.). Swojactwo to oczywista zachęta dla konformizmu. A ponieważ bohater Andermana do perfekcji opanował umiejętność przekładania (przekłamywania) swojej biografii na "życiorys słuszny", więc też i zaszedł daleko.
Ale nie tylko sztuka stwarzania swojego biogramu zapewniła AZ powodzenie. W gruncie rzeczy był on spełnieniem skromnych marzeń starszych pisarzy: osiąga sukces, ale nie pcha się do pierwszego szeregu, zaczyna być znany, ale nie zabiega o sławę, zdobył sporo, ale nie chce więcej. Jego ideałem jest cwaniackie rentierstwo - w miarę regularne dochody od nie swoich zasług i skromna dawka społecznego uznania. Trochę gotówki i trochę poklasku. Jeśli przez długi czas, aż do początku lat 90., udawała mu się ta sztuka, to dlatego - przekonuje Anderman - że polskie życie literackie czasów stanu wojennego było królestwem pozorów: pisarze tworzyli książki pod zbiorowe oczekiwania patriotyczne, krytycy uzasadniali wielkość twórczości zaangażowanej, publiczność poinformowana o "wspaniałej powieści" dołączała kolejne dzieło do spisu przewin totalitarnego państwa, które "zabrania prawdzie mówić pełnym głosem".
Taki jest socjologiczny rezultat opowieści ukazującej oportunistów: kiedy ich kompromitujemy, pociągają za sobą w otchłań kompromitacji ludzi, którzy ich hołubili. Nasz bohater pozostaje tedy nieciekawym typkiem, plagiatorem, człowiekiem niemoralnym i cynicznym, ale jego kariera jest pochodną społecznej umowy. W ramach tej umowy literatura miała krytykować komunizm, czyli mówić dokładnie to samo, co przekazywały "nocne Polaków rozmowy". Dlatego nie był ważny tekst: ważna była towarzyska i "infrastrukturalna" otoczka dzieła. To dlatego w książce Andermana nie ma ani jednego cytatu z mitycznej powieści, która zapewniła AZ sławę i pieniądze.
Trzeba to wyraźnie podkreślić: drapieżność powieści Andermana bierze się z prawdopodobieństwa - z przemieszania bezczelnej blagi i odkrywczego zmyślenia. Bohater tej powieści nie jest oszustem w narodowym kurniku - jest optymalnym wcieleniem młodego pisarza czasów "Solidarności". Bo pisarza w tamtym czasie wcale nie chcieliśmy czytać, choć gotowi byliśmy - na złość komunie - mocno go hołubić.
Do tego momentu książka jest ciekawą rewizją nostalgicznej opowieści o czasach "Solidarności". Mówiliśmy sobie przecież, że w tamtych czasach wszystko było w nas gotowe na przyjęcie prawdziwego - nieskłamanego, niewprzęgniętego w propagandę PRL-owską - arcydzieła. Anderman okrutnie wyśmiewa tę wersję. Jego powieść uświadamia nam, że w latach 70. i 80. potrzebowaliśmy literatury do oskarżania komuny; dlatego nie było w niej miejsca na prawdę i oryginalność - nasze precyzyjne oczekiwania na literaturę "słusznego zaangażowania" zamieniały bowiem wszystkich pisarzy w plagiatorów. Stawiając literaturę bardzo wysoko, jednocześnie redukowaliśmy ją do zbioru kopii narodowych lamentów, to zaś promowało pisarzy bez właściwości - pilnych uczniów zbiorowych alegorii.
Skoro wiemy już, że wymuszaliśmy na literaturze określone treści, tedy, zachęceni przez autora, pytamy dalej: jaką opowieść wymuszamy na literaturze dziś? I tu książka Andermana traci na drapieżności. Kiedy bowiem wspomnienia bohatera wkraczają w okres po 1989 roku, powieść zaczyna zbliżać się do wersji potocznych. Przygody bohatera zostały niestety ułożone tak, aby potwierdzały kilka mocnych stereotypów: że ci, którzy dawniej gnębili "Solidarność", teraz muszą zniszczyć świadków swojej hańby, że kapitalizm uprzywilejował ekonomicznie młodych, którzy wyręczyli nowe władze w akcji usuwania niepotrzebnych już solidarnościowców, że spokojny byt radnego albo parlamentarzysty osiągają lawiranci bez czci i przekonań, i wreszcie że w kulturze zapanowała hucpa. Anderman pokazuje więc - w karykaturalnym skrócie - jak triumf jednodniowej nowości, poszukiwanie silnych wrażeń i dominacja kiczu sprawiają, że wyżej ceni się wspomnienia cenzora niż opozycjonisty, i że pisarz może dziś przetrwać tylko jako copywriter.
Droga twórcy w okresie od "Solidarności" do wolnego rynku okazuje się symptomatyczna i krótka: najpierw przepisywał opowieści z archiwum zbiorowej pamięci, teraz opatruje rynkowe wyroby hasłami reklamowymi. Wcześniej nie istniał bez związku ze społecznym wzorcem upamiętniania, teraz jest najemnikiem społecznego zapomnienia. Najpierw podtrzymywał swoim pisaniem rytuał moralnego oporu, teraz upatruje swojej szansy w permanentnej niewierności. Najpierw był zakładnikiem jednej sprawy, teraz musi być kolaborantem wiecznej zmiany. Pisze więc Anderman o pierwszych latach III RP: "[...] egzotyczne redakcje ścigały się ze sobą o pieniądze, zwalczały się do ostatniego tchu, pluły, bełkotały i bredziły. Były prawicowe i lewicowe, skrajne i łagodniejsze, katolickie i ateistyczne, i nawet największe dziwolągi spośród nich miały swoich wiernych czytelników".
Ale po kilku latach koniunktura minęła, bo oto nałożyły się na siebie dwie fale: społecznego pragnienia jednej prawdy - wynikającego z nadmiaru niepokojów i niepowodzeń - oraz społecznego wymazywania udziału w PRL-u: "Teraz nikt nie zajmował się malowaniem własnych życiorysów; przyszedł czas na odegranie się na tych, którzy rzeczywiście nadstawiali łba i trawili lata w kryminałach. To był powolny proces - najpierw bagatelizowano te represje, potem przemilczano właściwą działalność, by wreszcie w karkołomny sposób odwrócić role. I dziś okazało się, że uczeni niegdyś herosi działali w zmowie ze Służbą Bezpieczeństwa, że bez jej instrukcji nie robili kroku, że wszystko było spiskiem tych farbowanych dysydentów, którzy przecież nie przestali być komunistami łączącymi w swej perfidii siły do większej skuteczności z trockistami i masonami, że to podstępna grupa, która nie spocznie, nim nie zniszczy Polski i Polaków".
Przekazując taką właśnie wersję ostatniej dekady, pisarz proponuje nam wyjaśnienie dwóch rzeczy. Po pierwsze mówi, że to, co nastąpiło tuż po roku 1989, czyli wepchnięcie pisarzy w rolę wyrobników "nowości" i "atrakcji", było pochodną lęku przed ujawnieniem prawdy; ci, którzy mieli sporo do ukrycia, rozkręcili karuzelę przełomu w kulturze i dzięki temu wywołali w społeczeństwie niechęć do babrania się w przeszłości, do ustalania zasług i win. Zamiast sprawiedliwości nastał karnawał.
Po drugie, kiedy zabawa resztkami się kończy, następuje poważne ograniczenie pluralizmu i rozpoczyna się fałszowanie historii. To zemsta nikczemników, którzy w latach 80. nie spędzili w areszcie jednej godziny. Teraz, podczepieni pod wzbierającą falę społecznej frustracji, wskazują kozły ofiarne. Rewolucja pluralistyczna zamieniła się w "odnowę moralną" i zaczęła pożerać ojców założycieli.
Jeśli jest w mojej interpretacji coś więcej niż ziarno słuszności, to Anderman połączył dwie opcje. Kiedy wyjaśnia, że różnorodność tuż po roku 1989 była zasłoną dymną mającą uchronić komunistów przed sprawiedliwością, posługuje się wersją prawicową. Kiedy przekonuje, że kres pluralizmowi położyli ludzie nikczemni, posługuje się wyjaśnieniem liberalnym. Tę drugą wersję odczytał z powieści Adam Michnik w obszernym i gorzkim szkicu "Opowieść o zwyczajnym Polaku" ("Gazeta Wyborcza" z 18-19 marca 2006); w skrócie brzmi ona mniej więcej tak: wszyscy Polacy dokonali dzieła destrukcji komunizmu, ale niektórzy z nas dali sobie wmówić, że przełom został sfałszowany. Ci, którzy w to uwierzyli - powodowani frustracją i niepewnością - oddali się nienawiści i polowaniu na czarownice. Dlatego wybrali prawicę i narodowo-katolicki program rządzenia. Powieść Andermana posługuje się jednak więcej niż jedną wersją historii najnowszej.
Oczywiście pisarz ma święte prawo wchłonąć tyle koncepcji, ile tekst zdoła ich unieść. Ma również prawo zlekceważyć elementarne społeczne doświadczenie, które wskazuje, że odnowę moralną zgotowali "swoi swoim" - ludzie "Solidarności" ludziom "Solidarności" - nie zaś nikczemnicy pozbawieni zasług. Sądzę jednak, że pojawienie się właśnie tych dwóch wersji ostatniego okresu zastąpiło głębszą interpretację historii najnowszej. Powielając koncepcję prawicową i liberalną, Anderman powtórzył dwie obiegowe opowieści, które przedstawiają społeczeństwo jako obiekt permanentnej manipulacji. W żadnej z tych wersji literatura nie ma jakichkolwiek szans na to, by głosić prawdę i pomagać nam w osiąganiu zbiorowej samowiedzy.
Jest tak, ponieważ społeczeństwo przez cały czas wymuszało na literaturze albo opowieści zgodne z życzeniami (stan wojenny), albo opowieści nieistotne (wolny rynek). Rytm literaturze wyznaczała zmienna koniunktura oczywistości i koniunktura bzdetów. Kłamstwa, dzięki którym bohater osiągnął sukces, okazują się fundamentem życia społecznego.
Jeśli Anderman chciał to właśnie powiedzieć - że nic o sobie nie wiemy, ponieważ prawda jest nam niepotrzebna albo jest dla nas groźna - to tej właśnie prawidłowości jego książka nie potrafi niczego odkrywczego przeciwstawić. Ale właśnie dlatego, że pisarz wybrał do skrytykowania kłamstwa wersje powielające dychotomiczny podział społeczeństwa i dwie pogrubione wersje historii, umknęło mu coś, co sam napisał.
Do tej pory czytałem powieść Andermana niejako zgodnie z życzeniem autora. Jeśli coś zmieniłem, to tempo - zwalniając lekturę w drugiej części. We wspomnieniach dotyczących III RP pisarz posługuje się przecież kabaretowymi skrótami, więc zachęca do pośpiechu - bo tylko pod tym warunkiem nie będziemy czepiać się rozmaitych skrótów, mielizn, płycizn i nieznacznie przerobionych stereotypów. Niedola kultury w nowej Polsce, młode wilki kapitalistycznego rynku, partie polityczne stawiające na społeczny konformizm - te felietonowe grepsy widać dopiero wtedy, gdy zwolnimy tempo czytania i zatrzymamy się tu i ówdzie.
Wszystko to dowodzi, że pisarz miał lepszy pomysł na czasy dawne niż na teraźniejszość. Ale oczywiście wszystko pozostaje zrobione świetnie: dynamicznie, w kontrapunkcie, ze stylistycznym szwungiem.
Teraz jednak zapytajmy o coś, co pisarz umieścił na drugim planie: o życie uczuciowe. Widzimy więc, najpierw i przede wszystkim, że AZ to typ seksualnego sybaryty: interesuje go satysfakcja, natomiast jak diabeł święconej wody unika trwałych związków. W czasie studiów podrywa na "znajomości", popisując się (sfałszowanymi) dedykacjami od znanych pisarzy. Potem, po debiucie prozatorskim, bierze na nazwisko. Jeszcze później - na działalność opozycyjną. Ale już w czasie studiów potrafi swoje podrywy instrumentalizować: lektorkę języka niemieckiego uwodzi, żeby nie zdawać egzaminu; pewną pisarkę - bo może mu załatwić pobyt w szpitalu psychiatrycznym; kierowniczkę działu słuchowisk w radiu - dla zachowania kontaktów z państwowymi mediami. Niekiedy wiąże się (na krótko) z jedną kobietą, by uwolnić się od poprzedniej. Krótko mówiąc: luzak.
Kiedy wcześniej opisywałem bohatera jako oportunistę, podkreślałem, że nie należy tej powieści traktować jako historii moralnego potępienia niemoralnego człowieka. Wręcz przeciwnie - najwięcej wyniesiemy z niej, jeśli będziemy trzymać się pytania: "Jak to było możliwe?". Powtórzmy więc i teraz to pytanie: jak to jest możliwe, że AZ ustawicznie podrywa, uwodzi i porzuca? W odpowiedzi na to pytanie Anderman wskazuje na kobiety: to one tak bardzo pragną mężczyzny, że właściwie godzą się na wszystko. Oczywiście, widzimy tu pewne zróżnicowanie: jedne chcą - tak jak AZ - satysfakcji seksualnej, inne szukają rodziny (dom, mąż, dziecko). Jedne i drugie jednak chcą mieć to na stałe: tym pierwszym marzy się regularna rozkosz, tym drugim - regularne pożycie. Od jednych i drugich AZ uwalnia się natychmiast, kiedy tylko zaczyna wyczuwać "pragnienie stabilności", a pragnienie to, jak pokazuje Anderman, pojawia się od razu po pierwszym razie.
Żeby to ukazać, Anderman musiał dokonać znaczącego zabiegu: uzgodnić portret kobiet ze społecznym stereotypem istoty uległej - nieco głupawej, pożądliwej, prowadzonej przez własne instynkty (seksualne lub macierzyńskie). Kobieta czeka, cierpi, wybacza - byle tylko "on" był. Problem więc nie w tym, że AZ to średni skurwysyn, lecz w tym, że Anderman dodał swojemu bohaterowi kobiety wyssane z najgłupszych i najpowszechniejszych stereotypów. Kobieta jest przecież w tej powieści albo kurwą, albo kurą (a najczęściej jednym i drugim). Oba zaś te warianty dają się uzasadnić tylko pod warunkiem przypisania kobiecie syndromu sado-maso. Objawia się on wtedy, gdy komuś pożądanie splotło się z pragnieniem "bycia upokarzanym".
Kobiety w powieści Andermana są zdradzane, poniżane, upokarzane. Ale, jak wynika z przygód bohatera, one to lubią! Bez tej dawki upokorzenia nie osiągnęłyby satysfakcji. Dlatego narrator tak komentuje seksualne zachowania bohatera: "Lubił ją upokarzać, choć czasem myślał, że może ona w takich chwilach wcale nie czuje się upokorzona". Inna bohaterka, ordynatorka szpitala psychiatrycznego, chce być w czasie stosunku skrępowana kaftanem bezpieczeństwa. W myśl tego wątku kobieta kieruje się dwoma pragnieniami: seksu i upokorzenia. Potrzebuje jednego i drugiego, więc wymusza właściwie na partnerze zachowania sadystyczne. To wyjaśnia miejsce kobiety przy mężczyźnie.
Ale jest jeszcze miejsce kobiety w historii. Społeczny stereotyp nakazuje widzieć kobietę jako pośredniczkę: mężczyźni tworzą historię, kobiety robią kanapki w kuchni; mężczyźni walczą na wojnie, kobiety przygotowują bandaże; mężczyźni zajmują się polityką, kobiety wychowują dzieci (czyli przyszłych polityków i żołnierzy). Stereotypy te są tyleż beznadziejne, co trwałe. A mimo to powieść Andermana wpisuje się bez pudła właśnie w ten schemat - kobiety zajmują bowiem u niego miejsce pośredniczek: pomiędzy domem i sferą publiczną, pomiędzy władzą i wiedzą, pomiędzy pieniądzem i towarem. Nigdy nie są na pierwszej linii, nigdy samodzielnie nie podejmują decyzji, nigdy nie są pewne swojej wartości. Są tych wartości przekaźnikami. To nie przypadek, że AZ dwukrotnie podkrada maszynopisy cudzych tekstów z mieszkań kobiet: bo ich domy są właśnie takimi miejscami przesiadkowymi.
Kiedy jednak zapytamy, dlaczego kobiety są zawsze z tyłu, z boku, na zapleczu, okaże się, że pisarz wcale nie zachęca do szukania odpowiedzi na miarę - wcale ciekawej - charakterystyki życia literackiego. Nie chodzi mi o to, by wskazał na kulturę patriarchalną, na dyskryminację kobiet, wpływ wychowania i tym podobne toposy krytyki feministycznej. Chodzi raczej o to, czy pisarz ma własne spojrzenie. Nie, zdecydowanie nie. Ma gotową, stereotypową odpowiedź: kobiety wybierają drugą linię historii i funkcję pośredników, ponieważ to odpowiada ich naturze.
Wiąże się to - znowu napotykamy ten sam trop - z kobiecą seksualnością: kobiety, jak już wiemy, potrafią przyjmować satysfakcję seksualną tylko w połączeniu z upokorzeniem. Pożądają tego, co silne, by móc doświadczyć własnej słabości; szukają w mężczyznach wyższości, bo własna niższość w takim spotkaniu przynosi im rozkosz. Odczuwają jednak lęk przed wielkością autentyczną. Potrafią o niej marzyć, ale nie potrafią się do niej zbliżyć. Kochają się tedy w Wałęsie, ale oddają się Kowalskiemu (to wnioski z fabuły!). Dlatego intymne wyznanie dziewczyny, która ukrywa naszego bohatera w czasie stanu wojennego, brzmi: "[...] bardzo mi zależało, żeby się u mnie ukrywał Zbigniew Bujak - dyszała mu do ucha, kiedy pierwszej nocy podrapał sobie twarz oprawkami jej okularów [...]. - Ty też jesteś fantastyczny, ale ten Bujak, ten Bujak - zawiłości hierarchii konspiracyjnej zaprzątały jej głowę i ciało do końca".
I tu, jak się zdaje, docieramy do sedna. Kiedy bohater powieści obserwuje najnowsze manipulacje dokonywane na przeszłości - rewelacje mówiące, że opozycjoniści byli tak naprawdę kolaborantami - myśli sobie: "Bawcie się [...] bawcie się, a ja i tak was wszystkich zrobiłem w chuja". Z punktu widzenia tej cwaniacko-męskiej puenty można powiedzieć, że w ostatnich latach chodziło tylko o to, by nie zostać zrobionym w ch... Bo zrobiony, staje się "jak kobieta": ma już tylko jedno wyjście - zacząć czerpać przyjemność z upokorzenia.
Mówiąc inaczej: Anderman chciał opowiedzieć historię symetryczną. W historii tej najpierw bohater oszukiwał swoich czytelników, potem - politycy oszukują całe społeczeństwo. Wyszła jednak zupełnie inna opowieść. Oto, jak mi się wydaje, autor pokazał - zupełnie mimowiednie, może nawet wbrew sobie - że w historii ostatnich lat to nie politycy sfałszowali prawdę, lecz część społeczeństwa zapragnęła odzyskać utraconą męskość. Zwycięstwo prawicy nie było tedy manipulacją dokonaną na prawdzie, lecz na poczuciu godności. W świetle erotycznej opowieści wysnutej przez Andermana ci, którzy patrzą na fałsz, mają ten fałsz i tę prawdę głęboko w nosie. Kiedy poparli nowych manipulatorów, marzyło im się, że dzięki temu wreszcie przestaną być robieni "w kobietę". Teraz będą mężczyznami.
Nowy podział społeczny - co można zrozumieć dzięki powieści Andermana, lecz wbrew samemu pisarzowi - nie jest tedy rezultatem wielkiej manipulacji dokonanej na prawdzie, rezultatem gwałtu dokonanego na świadomości społecznej, lecz czymś dokładnie przeciwnym: jest wynikiem oddolnego odwetu tych, którzy czuli się upokarzani, a więc "robieni w kobietę". Prawica wzmocniła tylko ten męski wstyd i męski gniew, a reszta potoczyła się sama.
Anderman nie skrytykował więc kłamstwa literatury i kłamstwa polityki - odsłonił podłoże, które samą prawdę czyni kompletnie nieistotną. Z tego punktu widzenia nic nie uległo zmianie. I nadal nie ulegnie, skoro jeden z najciekawszych pisarzy tworzy książkę, która reprodukuje erotyczne mechanizmy sprawowania władzy. Można przecież sądzić, że jeśli dzisiejsi przegrani za jakiś czas odniosą zwycięstwo, to pewnie dzięki tej samej mechanice męskiego odwetu.
p
, ur. 1962, historyk literatury, krytyk, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, jeden z najważniejszych polskich literaturoznawców średniego pokolenia. Zajmuje się przede wszystkim najnowszą literaturą polską. Autor m.in. "Śladów przełomu" (1997), książki o prozie lat 1976-96, współautor (wraz z Piotrem Śliwińskim) krytycznoliterackiej syntezy "Literatura polska 1976-1998" (1999). Przez kilka lat był członkiem jury przyznającego nagrody NIKE. Ostatnio opublikował "Efekt bierności - literatura w czasie normalnym" (2004). W 2004 roku otrzymał Nagrodę im. Kazimierza Wyki. W "Europie" nr 18 z 4 maja ub.r. ukazał się jego tekst "Polityka i erotyka".