Jarosław Gowin to kolejny (po Marcinie Królu i Andrzeju Nowaku) autor, którego poprosiliśmy o lekturę krytyczną najnowszej książki Zdzisława Krasnodębskiego "Drzemka rozsądnych". Jego zdaniem zasadnicza część diagnoz zawartych w książce pozostaje - nawet w perspektywie wydarzeń ostatnich kilku miesięcy - trafna i aktualna: III RP była państwem chorym, które wymagało dogłębnej przebudowy. Jednak tworzenie zrębów mającej ją zastąpić IV RP okazało się porażką, utknęło w martwym punkcie. Dlaczego? Błąd tkwi - wedle Gowina - w połączeniu wzniosłego moralizmu z całkiem przyziemnym makiawelizmem, które dokonało się w PiS-owskiej praktyce rządzenia. Problemem jest też brak zaufania do racjonalnych procedur i debat, który spowodował fiasko koalicji PiS-PO. "Gdyby po ostatnich wyborach liderzy zwycięskich partii umieli oprzeć rozmowy koalicyjne na racjonalnych przesłankach, bylibyśmy dzisiaj znacznie bliżej IV RP".
p
Zdzisław Krasnodębski przez wiele lat znany był jedynie niewielkiemu gronu badaczy nowoczesnej i ponowoczesnej myśli społecznej. Dopiero wydana trzy lata temu "Demokracja peryferii" spotkała się z szerokim oddźwiękiem i wywołała burzliwe spory. Książka była bilansem klęski, jaką - w ocenie autora - okazała się III RP. Jej grzech pierworodny polegał na bezrefleksyjnym naśladowaniu rozwiązań przejętych z zachodniej Europy. W ten sposób wyrzekliśmy się tego, co oryginalne w polskiej tradycji. Co gorsza, owa imitacja opierała się na iluzji, gdyż rzekomo sprawdzone na Zachodzie rozwiązania mają niewiele wspólnego z tamtejszą rzeczywistością. W istocie projekt "polskiego liberalizmu", który stał się teoretyczną podbudową III RP, imitował ideologiczne wzorce charakterystyczne nie tyle dla zachodniego liberalizmu, co dla współczesnej myśli lewicowej.
Opowiedziawszy się za jednostronnie pojętym modelem modernizacji Polski, jego zwolennicy za największe zagrożenie uznali tradycyjnie nastawioną część społeczeństwa, która oskarżona została o uleganie szowinistycznym fobiom, religijny obskurantyzm czy żądzę zemsty na ludziach dawnego systemu. Na tak rozrysowanej nowej mapie podziałów owi ludzie dawnego systemu znaleźli się z kolei po stronie postępu. Dlatego jednym z najważniejszych składników "polskiego liberalizmu" była - w oczach Krasnodębskiego - rezygnacja z rozliczenia komunizmu. Kwintesencją postawy tego historycznego relatywizmu wartości stało się hasło z prezydenckiej kampanii Aleksandra Kwaśniewskiego: "wybierzmy przyszłość".
Wbrew temu, co można by sądzić po tym (w najwyższym stopniu uproszczonym) streszczeniu, "Demokracja peryferii" była przede wszystkim socjologiczno-filozoficzną rozprawą na temat idei i wartości stojących za konkretnymi decyzjami politycznymi. Adresatami krytyki Krasnodębskiego były przede wszystkim elity intelektualne, które dostarczyły teoretycznych ram dla projektu III RP. Również do nich nawiązuje tytuł najnowszej książki wykładowcy uniwersytetu w Bremie: "Drzemka rozsądnych".
Jest to tom esejów i publicystyki Krasnodębskiego, powstałych w ostatniej dekadzie (chyba nie przypadkiem cezurą w sposobie myślenia autora o III RP był wybór Kwaśniewskiego na prezydenta). Znajdziemy tu teoretyczne rozważania o związkach moralności i polityki czy religii i etyki, namysł nad tradycjami polskiego republikanizmu i romantyzmu, rozważania o aktualności etosu "Solidarności". Nacisk położony jest jednak znów na diagnozę schorzeń postkomunizmu, tym razem jednak nie ich teoretycznych podstaw, lecz raczej praktycznych przejawów. Widziany od tej strony postkomunizm to "nie tylko nominalni postkomuniści, to także pewna forma społecznego działania i zachowania, to kultura polityczna, to zestaw nieformalnych reguł dookreślających formalne reguły i instytucje, przejęte z ogólnego modelu demokracji parlamentarnej". Ten nieformalny układ społeczny deprawujący polską gospodarkę, kulturę, a zwłaszcza politykę, został bezlitośnie obnażony przy okazji afery Rywina.
"System Rywina" to układ interesów, w którym prawo i instytucje państwowe są narzędziem w rękach "grupy trzymającej władzę", rekrutującej się głównie spośród dawnego aparatu peerelowskiego, który dokooptował część środowisk postsolidarnościowych. Jak dramatycznie pisze Krasnodębski, "największą przeszkodą w modernizacji Polski nie są małorolni rolnicy, lecz polskie >>elity<<, to >>towarzystwo<< z kapitałem, wpływowe, zasobne i pewne siebie. Scala ono wszystkie dziedziny życia w jedną >>wierchuszkę<<, jak za dawnych czasów. Pod demokratyczną powierzchnią w istocie w Polsce ukształtował się ład monocentryczny, oligarchiczny. Wydaje się, że ta rządząca warstwa tak odporna jest na wszelkie procesy zmiany i unowocześnienia, że trudno wiązać zbyt daleko idące nadzieje na to, że członkostwo Polski w Unii Europejskiej doprowadzi do jej rozbicia, rozproszenia i umożliwi budowę w Polsce gospodarki rzeczywiście rynkowej i demokracji typu zachodniego. To raczej >>towarzystwo<<, całkiem dobrze rozumiejące się ze swoimi zagranicznymi partnerami, będzie próbowało dostosować słabe i podatne na korupcję struktury europejskie do swoich sposobów działania i obyczajów".
Ubiegłoroczne wybory miały przypieczętować upadek postkomunizmu. Zdzisław Krasnodębski wiązał z nimi nadzieje na zasadniczą przebudowę systemu polityczno-gospodarczego, na powstanie IV RP. Analiza aksjologicznych korzeni nowego porządku to kolejny z ważnych wątków książki. Autor wskazuje przede wszystkim na republikańskie tradycje I Rzeczypospolitej, z ich naciskiem na wolność rozumianą jako samorządność, podmiotowość obywateli, ich udział w życiu publicznym i dążenie do zbiorowego samookreślenia. Etos republikański odżył w ruchu "Solidarności", która "jest mitem, ale mitem w prawdziwym sensie tego słowa - opowieścią o początku, o źródle, z którego wypływają konstytutywne normy i ideały". Inne elementy tego etosu to "naród rozumiany jako solidarna, związana wartościami, pamięcią, symbolami, ale też otwarta i przyjazna dla obcych wspólnota tradycji, kultury i historii", oraz religia, której zbiorowe rytuały potwierdzają i odnawiają poczucie wspólnoty i tożsamości.
Diagnozy Krasnodębskiego, początkowo ignorowane, z czasem zaczęły wywoływać żywy rezonans - zarówno krytyczny (czego skrajnym przykładem jest opublikowany w "Europie" w nr. 16 z 19 kwietnia br. pamflet Marcina Króla), jak i pozytywny. Bez wątpienia socjolog z Bremy jest jednym z najważniejszych uczestników sporu na temat kondycji współczesnej Polski.
Należę do tych, którzy podzielali krytyczny osąd Krasnodębskiego na temat stanu III RP. Podobnie jak on na początku dekady uznałem za konieczną gruntowną przebudowę naszego państwa. Obaj wiązaliśmy ogromne nadzieje z rządami, które miały wyłonić się po ubiegłorocznych wyborach. I obaj przeżyliśmy głębokie rozczarowanie.
Z niektórych passusów "Drzemki rozsądnych" wydaje się rozlegać chichot złośliwego demiurga historii. "Zarysowują się dwa czarne scenariusze przyszłości Polski. Jeden - mało prawdopodobny - że Lepper odniesie sukces, wywróci system polityczny do góry nogami i przyłączy nas do Białorusi. Drugi - niestety prawie pewny - że Lepper wzmocni układ i wszystko zostanie, jak było". Kto z czytelników zorientował się od razu, że w stwierdzeniu tym chodziło o rząd Leszka Millera, a nie Kazimierza Marcinkiewicza?
W ocenie przyczyn i skutków fiaska koalicji PO-PiS różnię się od Zdzisława Krasnodębskiego. On większą odpowiedzialnością obarcza polityków Platformy niż PiS-u, ja odwrotnie. On z zaciśniętymi zębami zaakceptował zawarcie przez partię braci Kaczyńskich koalicji z Samoobroną, ja widzę w tym zaprzeczenie - i zaprzepaszczenie na długie lata - ideałów "Solidarności". Jego zdaniem zmiany mimo wszystko idą w dobrym kierunku - "Rzeczpospolitej Trzeciej i pół", ja z każdym dniem czuję się coraz bardziej obywatelem "Rzeczpospolitej Trzeciej minus". Zgadzamy się jednak - jak sądzę - iż ideę IV RP trzeba schować (definitywnie? na jakiś czas?) do lamusa. Co jest przyczyną fiaska tej koncepcji? Czy fałszywa okazała się diagnoza schorzeń III RP? Czy to raczej program IV RP zawierał w sobie ziarno autodestrukcji? Czy też po prostu zawiedli politycy?
Na pierwsze pytanie odpowiadam zdecydowanie negatywnie. Doświadczenia polityczne, które tymczasem zdobyłem, utwierdzają mnie w przekonaniu o głębokim kryzysie, w jakim znalazły się polskie państwo i polityka. Jeśli coś się w moim oglądzie spraw zmieniło, to jest to tylko przykre odkrycie, jak znaczna część postsolidarnościowej klasy politycznej została - na bardzo zresztą różne sposoby - zainfekowana chorobą postkomunizmu.
Nie mam natomiast jasnej odpowiedzi na dwa pozostałe pytania. Jedna z przyczyn fiaska projektu IV RP wydaje mi się jednak oczywista. Autor "Drzemki rozsądnych" słusznie krytykował III RP za niedostatek moralności w polityce. Wydaje się, że postulat "umoralnienia" polityki traktowany jest przez działaczy Prawa i Sprawiedliwości z wielką powagą - tak wielką, że zdają się przypisywać sobie monopol na czyste intencje, a swoim działaniom przypisują moralną nieomylność. Największy jednak problem w tym, że ów polityczny moralizm miesza się w ich sposobie uprawiania polityki z podejściem rodem z pism Carla Schmitta. Polityka to dziedzina bezwzględnego podziału wróg-przyjaciel, a zarazem sfera, w której celem ostatecznym jest władza. Taka mieszanka moralizmu z makiawelizmem nie przyniesie, obawiam się, nic dobrego.
Zdzisław Krasnodębski bardzo przenikliwie opisał niedostatki politycznego liberalizmu, z jego skłonnością do zastępowania wartości procedurami. Kiedyś przyznawałem autorowi "Demokracji peryferii" całkowitą rację. Doświadczenia ostatnich miesięcy sprawiły jednak, że doceniłem walory takiego sposobu uprawiania polityki, jaki rekomendował John Rawls: "Rywalizujące partie, przedstawiając koncepcje dobra publicznego i kierunki polityki mające na celu organizację celów społecznych, zabiegają o aprobatę obywateli zgodnie ze sprawiedliwą procedurą w warunkach wolności myśli i zgromadzeń, w których zapewniona jest realizacja autentycznej wartości wolności politycznej. Zasada uczestnictwa zmusza tych, którzy są u władzy, aby w sposób odpowiedzialny reprezentowali interesy elektoratu, tak jak on je odczuwa". Rzeczowa debata pozwala wypracować rozumny kompromis, uwzględniający możliwie dużo niesprzecznych elementów programu i wartości potencjalnych koalicjantów. To o brak takiej debaty rozbiła się koalicja PO-PiS.
Gdyby w latach 90. w polskiej polityce było więcej moralności, nie doszłoby do kryzysu III RP. Ale gdyby po ostatnich wyborach liderzy zwycięskich partii umieli oprzeć rozmowy koalicyjne na racjonalnych - by tak rzec, Rawlsowskich - przesłankach, bylibyśmy dzisiaj znacznie bliżej IV RP. Postkomunizm legł w gruzach. Ale my wciąż błąkamy się po nich bezładnie.
p
, ur. 1961, publicysta, absolwent filozofii UJ, dr nauk politycznych, współtwórca i rektor Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Tischnera, były redaktor naczelny miesięcznika "Znak". W 1995 roku wydał książkę "Kościół po komunizmie", jedną z pierwszych diagnoz działania polskiego Kościoła w warunkach demokracji. Oprócz tego opublikował m.in. "Zaangażowanie czy defensywa. Katolicy w życiu politycznym Polski i Niemiec" (wraz z M. Spiekerem, 1997) oraz "Kościół w czasach wolności" (1999). Współautor wywiadów rzek z ks. Józefem Tischnerem i abp. Józefem Życińskim. Obecnie jest senatorem z ramienia Platformy Obywatelskiej. W "Europie" nr 24 z 15 czerwca ub.r. opublikowaliśmy wywiad z Gowinem "Kościół i Polska pokolenia JP II".