Dziennik Gazeta Prawana logo

Liga dyktatorów

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Robert Kagan zwraca uwagę na błąd popełniony przez wielu obserwatorów spraw międzynarodowych, którzy zakładali, że Chiny i Rosja "nieuchronnie" zmierzają w kierunku liberalnej demokracji. Kierunek ten miał być rzekomo wymuszony ich ekonomicznym rozwojem. Tymczasem oba kraje nie tylko same nie przechodzą procesu demokratyzacji, ale wspierają autokratyczne reżimy na całym świecie. "Rosja i Chiny muszą mieć dostęp do rynków liberalnego Zachodu i mają wspólne interesy z zachodnimi państwami liberalnymi. Innego rodzaju interesy łączą je jednak ze sobą nawzajem i z innymi autokracjami. Nikt nie powinien być zaskoczony, jeśli powstanie nieformalna liga dyktatorów pod patronatem Moskwy i Pekinu".

p

Od początków istnienia liberalizmu w XVIII wieku jego nieuchronny konflikt z autokracją kształtował po części politykę międzynarodową. "Epokowe starcie wolności z despotyzmem" - jak to określił James Madison - decydowało o biegu historii w XIX i w znacznej mierze także w XX wieku, gdy siły liberalne toczyły zarówno zimne, jak i gorące wojny z różnymi formami autokracji.

Wielu uznało, że starcie to zostało zakończone w 1989 roku po upadku komunizmu, ostatniej "prawomocnej" autokracji, a w roli głównego źródła globalnego konfliktu zastąpiły je dawne spory religijne, etniczne i kulturowe. Pogląd ten z pozoru potwierdziły wydarzenia 11 września 2001 roku i wzrost radykalizmu islamskiego.

Tymczasem współczesna epoka może okazać się kolejną rundą konfliktu między liberalizmem i autokracją. Głównymi jego uczestnikami po stronie autokracji nie będą bliskowschodnie dyktatury, w które teoretycznie wymierzona jest doktryna Busha, lecz dwa wielkie mocarstwa, Chiny i Rosja, reprezentujące stare zagrożenie, dla którego brak miejsca w nowym paradygmacie "wojny z terrorem".

Jeśli kogoś ta konstatacja zaskakuje, to dlatego że żadne z tych państw nie poszło drogą, którą przewidywała większość obserwatorów. Pod koniec lat 90., przy wszystkich niedoskonałościach Borysa Jelcyna, polityczna trajektoria Rosji wydawała się z grubsza posiadać zachodni, liberalny kierunek. Jeszcze w 2002 roku zakładano, że Chiny zmierzają ku większej liberalizacji w polityce wewnętrznej i pogłębieniu integracji z liberalnym światem. Sinolodzy i analitycy polityczni dowodzili, że niezależnie od woli pekińskich przywódców jest to niezbędny warunek przekształcenia Chin w efektywną gospodarkę rynkową.

Dzisiaj założenia te wydają się wątpliwe nawet ich autorom. Coraz rzadziej słyszymy o demokratyzacji Rosji oraz integracji tego kraju ze światem. Chiny nadal integrują się z globalnym porządkiem ekonomicznym, ale niewielu obserwatorów mówi o nieuchronności liberalizacji politycznej. Dotychczasowa strategia Zachodu polegała na próbach włączenia tych dwóch krajów w międzynarodowy porządek liberalny, "oswojenia" ich i przygotowania w nich gruntu pod liberalny ustrój. Strategia ta oparta była na założeniu, że będą się one stopniowo przekształcały w społeczeństwa liberalne. Jeśli jednak Chiny i Rosja będą w najbliższych dziesięcioleciach mocnymi filarami autokracji, trwałymi i być może nawet rozkwitającymi gospodarczo, to nie można oczekiwać, że przyswoją sobie zachodnią wizję niepowstrzymanego marszu ludzkości ku demokracji i obaleniu ustroju autokratycznego. Należy raczej oczekiwać, że będą robiły to, co zawsze robiły autokracje: odpierać zakusy liberalizmu, aby zapewnić sobie długie trwanie.

W miarę dyskretnie, lecz w ramach wyraźnego planu, tak właśnie postępują Rosja i Chiny - w Sudanie i Iranie, gdzie budują wspólny front celem zablokowania dążeń liberalnego Zachodu do nałożenia sankcji, oraz na Białorusi, w Uzbekistanie, Zimbabwe i Birmie, gdzie na przekór globalnemu liberalnemu porozumieniu wspierają różnej maści dyktatury. Wszystkie te działania można zlekceważyć jako służące realizacji czysto materialnych interesów. Chiny potrzebują sudańskiej i irańskiej ropy, a Rosja potrzebuje setek milionów dolarów ze sprzedaży broni i reaktorów jądrowych. Tymczasem w ich decyzjach chodzi o coś więcej niż tylko wąsko pojęte interesy gospodarcze. Obrona tych rządów przed naciskami liberalnego Zachodu odzwierciedla zasadnicze interesy ustrojowe rosyjskiej i chińskiej autokracji.

Rosja i Chiny niezbyt przychylnym okiem patrzą też na zachodnie próby propagowania ustroju liberalnego na całym świecie, a zwłaszcza w regionach o strategicznym znaczeniu dla tych państw. "Kolorowe rewolucje" na Ukrainie, w Gruzji i Kirgistanie spotkały się z ich wrogim i nieufnym przyjęciem. Zachodni liberałowie postrzegają zawirowania polityczne w tych krajach jako element naturalnej ewolucji w stronę liberalizmu i demokracji, tymczasem Rosjanie i Chińczycy nie widzą w tych zdarzeniach niczego naturalnego, są to dla nich bowiem wspierane przez Zachód zamachy stanu, które mają zwiększyć jego wpływy na tych strategicznie istotnych obszarach świata.

Czy aż tak bardzo się mylą? Czy skuteczna liberalizacja Ukrainy, odbywająca się przy zachęcie i wsparciu zachodnich demokracji, nie jest wstępem do włączenia tego kraju do NATO i Unii Europejskiej - czyli poszerzenia obszaru hegemonii liberalnego Zachodu? W czasach konfliktu między liberalizmem a autokracją interesy strategiczne i ideologiczne z reguły mieszają się ze sobą po obu stronach. I tak Chińczycy - co zrozumiałe - pragną zachować dostęp do zasobów ropy naftowej w razie konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi, dążą zatem do poprawy stosunków z rządami Sudanu i Angoli (które nie cieszą się przychylnością Zachodu), z Hugo Chavezem w Wenezueli oraz z rządem Birmy - w zamian za dostęp do portów. Nieustannie walczą o głosy na forum ONZ, by mieć silniejszą kartę w rozgrywce z Tajwanem i Japonią. Czynią zatem awanse takim przywódcom jak Robert Mugabe z Zimbabwe, kolejny autokrata, na którego Zachód patrzy z odrazą. Kiedy europejscy liberalni interwencjoniści w rodzaju Marka Leonarda krytykują Chiny za gotowość do "bezwarunkowego wspierania politycznego, gospodarczego i zbrojeniowego autokratycznych reżimów", nasuwa się pytanie, dlaczego Chińczycy mieliby postępować inaczej. Czy jedna autokracja poświęci swoje interesy, aby przyłączyć się do zachodniego potępienia innej autokracji?

Europejczycy powinni zwrócić uwagę na paradoksalny fakt, że Chiny i Rosja wiernie przestrzegają jednej z kardynalnych zasad międzynarodowego porządku liberalnego - a mianowicie domagają się, by wszelkie działania międzynarodowe posiadały mandat Rady Bezpieczeństwa ONZ - chcąc uniemożliwić realizację innego zasadniczego celu międzynarodowego liberalizmu, czyli zapewnienia podstawowych praw wszystkim ludziom na całym świecie, czasem wbrew prześladującym ich rządom. Przez ostatnie 20 lat mieliśmy więc do czynienia z sytuacją, w której Amerykanie i Europejczycy wprowadzali nowe liberalne normy umożliwiające interwencje w takich krajach jak Kosowo, Rwanda i Sudan, natomiast Rosja i Chiny korzystały z prawa weta, by zapobiec takiej "ewolucji" norm. Należy się spodziewać, że w przyszłości czeka nas więcej takich konfliktów.

Świat jest skomplikowany i nie daje się sprowadzić do manichejskiej walki między liberalizmem i autokracją. Rosja i Chiny nie są naturalnymi sojusznikami. Oba te kraje muszą mieć dostęp do rynków liberalnego Zachodu i oba mają wspólne interesy z zachodnimi państwami liberalnymi. Innego rodzaju wspólne interesy łączą je jednak ze sobą nawzajem i z innymi autokracjami. Wszystkie kraje niedemokratyczne czują się oblężone w epoce rzeczywistej ekspansji liberalizmu. Nikt nie powinien być zaskoczony, jeśli w reakcji na tę ekspansję powstanie nieformalna liga dyktatorów pod patronatem Moskwy i Pekinu. Pytanie brzmi, jak w tej sytuacji postąpią Stany Zjednoczone i Europa. Niestety Al-Kaida nie jest jedynym - ani chyba nawet największym - wyzwaniem, przed którym stoi dzisiaj liberalizm.

p

, ur. 1958, neokonserwatysta, ekspert w Carnegie Endowment for International Peace oraz w German Marshall Fund. Autor m.in. bestselleru "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" (wyd. pol. 2003). W czasie prezydentury Ronalda Reagana pracował w Departamencie Stanu. Publikuje w "The New Republic", "Washington Post" i "Weekly Standard". Mieszka w Brukseli. W "Europie" nr 13 z 29 marca br. zamieściliśmy jego tekst "Nuklearny Iran".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj