Jedną z najważniejszych norm konstytuujących współczesny liberalny Zachód - przyznajmy, bardzo szlachetnych i w zasadzie słusznych - miała być zasada tolerancji i otwartości w stosunku do Innego. Późny liberalizm obiecywał zniesienie zasadniczego i w dużym stopniu naturalnego rozróżnienia antropologicznego: rozróżnienia na swoje i obce, znane i nieznane, przyjazne i wrogie. Z naturą warto walczyć, z natury warto wychodzić, ale w tym akurat przypadku natura okazała się silniejsza. Liberalne elity akceptowały Innego, pod warunkiem że potrafiły go sobie wyobrazić jako kogoś w gruncie rzeczy bardzo podobnego do siebie. Dostrzeżenie inności Giertycha czy Leppera - używając polskiego przykładu - które nie musiałoby się oczywiście posuwać do akceptacji ich poglądów, ale wyrażałoby się przynajmniej w zdolności do chłodnej analizy genealogii tych polityków i ich elektoratów, przekraczało już możliwości liberalnego umysłu.
Jeszcze większe problemy pojawiają się wówczas, kiedy liberalny rozum napotyka na inność Rosji. Po roku 1990 wybieraliśmy sobie po stronie rosyjskiej takich rozmówców, którzy wraz z nami zdumiewali się, że liberalne Jabłoko zdobywa w demokratycznych wyborach mniejsze poparcie niż faszyzujący Żyrinowski, a większość Rosjan akceptuje Putina, jako nowego cara, który wyprowadzi ich z okresu postradzieckiej smuty.
Aby uniknąć podobnego błędu poznawczego w "Europie", postanowiliśmy pytać o Rosję zarówno ludzi, których oceny i diagnozy dobrze rozumiemy, takich jak Bukowski czy Szewcowa, jak też reprezentantów Rosji, której się boimy, co do której nie mamy powodu odczuwać nadmiernego zaufania.
Gleb Pawłowski należy do tych dysydentów, którzy jak Zinowiew czy Sołżenicyn po krótkim okresie buntu wybrali ostatecznie Rosję przeciwko Zachodowi. Na jego przykładzie widać, jak bardzo Rosjanie nie pogodzili się ze statusem narodu i państwa peryferyjnego. Przeciwnie, drogą retorycznej sztuczki ten wpływowy intelektualny doradca Władimira Putina pragnie nas - a może także siebie - przekonać, że Rosja, także w wersji radzieckiej, była w XX wieku centrum globalnej modernizacji. Tłumaczy, że obecne dążenie do wyrównywania poziomów ekonomicznego i społecznego rozwoju, do politycznego i kulturowego ujednolicenia świata - to kontynuacja dawnych ambicji ZSRR. Tyle że dziś realizowana przez USA i UE. Co zabawne, ta analogia nie służy krytyce Zachodu. Ma usprawiedliwić i dowartościować Rosję.