Dziennik Gazeta Prawana logo

Rosjanie nie chcą być Żydami XXI wieku

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 19 minut

Argumenty naszego dzisiejszego rozmówcy Gleba Pawłowskiego mogą u polskiego czytelnika budzić sprzeciw, uwidaczniają jednak po raz kolejny, jak fundamentalnie rosyjskie postrzeganie historii czy polityki różni się od tego, do którego przywykliśmy. Dotyczy to np. oceny XX wieku, który wedle Pawłowskiego był w znacznej mierze stuleciem rosyjskim - Rosja stała się wtedy rozsadnikiem politycznych idei, które dziś - paradoksalnie - wcielają w życie Unia Europejska i Stany Zjednoczone. Należy przy tym wyraźnie oddzielić marksizm jako ideologię od samego projektu sowieckiego, który był - co prawda wykoślawionym - ale jednak wysiłkiem zaprowadzenia powszechnej równości. "Przyzwyczailiśmy się do formułowania jednoznacznych ocen ZSRR. Tymczasem radzieckość jako pewien bagaż kulturowy nierozerwalnie związana jest z rosyjskością. W tym świetle jest czymś innym niż komunizm jako ideologia".

p

Oni zmieniali poglądy. I ja również. Ale istnieje, jak sądzę, pewna cecha wspólna: poczucie wolności i niezależności. Chodzi tu o niezależność duchową wiążącą się z gotowością do stawiania oporu, gdy jest się ciągniętym do jakiejś zagrody, w której ma się już przyszykowane miejsce. Co do samego Sołżenicyna - jest to człowiek z niezwykłym wyczuciem tego, co się aktualnie dzieje. On z uporem stara się zwrócić uwagę społeczeństwa rosyjskiego na priorytet społeczności lokalnych i "ziemskiej swobody". Ale tego społeczeństwo nie chce słuchać. Natomiast Sołżenicynowską geopolitykę i izolacjonizm pojmuje się niewłaściwie. Poszukuje się w niej "eurazjanizmu" albo "słowianofilstwa". Tymczasem Aleksander Sołżenicyn jest rosyjskim Europejczykiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Wracając do problemu dawnych opozycjonistów jako pewnej grupy - występują między nami zasadnicze różnice. Dość trudno jest się określać wobec tak różnych ludzi. Zresztą indywidualizm, niezdolność do gry zespołowej i działania politycznego, to jeden z powodów przegranej środowisk dysydenckich.

Większość dysydentów rosyjskich przespała pierestrojkę. Od samego jej początku odnieśli się do niej z nieufnością, węsząc w tym jakiś podstęp. Opozycjoniści rosyjscy - to już taka reguła - nie myślą politycznie. Oni nie dostrzegli w tej sytuacji szansy, którą trzeba wykorzystać, tak jak to uczyniło wielu opozycjonistów z innych krajów. Mam tu na myśli chociażby Adama Michnika czy Vaclava Havla, którzy nie zmarnowali politycznych możliwości wzmocnienia wolności. W Rosji to się nie udało. I dlatego dysydenci rosyjscy jako pewna zbiorowość w praktyce się nie zrealizowali. Wyjątkami są pojedyncze osoby, i to nie z pierwszego szeregu.

Mamy tu do czynienia z odmiennymi filozofiami społeczeństwa i polityki. Ja sam dopiero w ostatnich latach zacząłem myśleć politycznie. Wcześniej przyjmowałem wyłącznie etyczną perspektywę. Takie podejście projektowane na politykę rodzi niemożność zawierania jakichkolwiek kompromisów, co w efekcie czyni politykę niemożliwą. Z tej przyczyny wielu moich przyjaciół nie mogło zrealizować ogromnego, tkwiącego w nich potencjału politycznego. Kiedy przeoczy się odjazd pociągu, nie można już do niego wsiąść.

Latem roku 1989 Adam Michnik, przybywszy do Moskwy, szukał kontaktów - także za pośrednictwem rosyjskich dysydentów - z radzieckimi władzami, aby podjąć z ich przedstawicielami negocjacje, których przedmiotem byłoby zmniejszenie ryzyka związanego z liberalizacją polskiego reżimu. Żaden z rosyjskich opozycjonistów, także tych zamieszkałych na emigracji, nie pofatygował się wówczas do Waszyngtonu, Paryża lub Moskwy, by rozwiązywać realne polityczne problemy, czyli podejmować rozmowy z ludźmi mającymi wpływ na bieżące wydarzenia. Rosyjscy dysydenci po prostu siedzieli i czytali gazety. Ich polscy koledzy odegrali rolę w historii, w okresie ustanawiania niepodległej Polski mieli swoje pięć minut. W Rosji opozycja taką szansę zmarnowała.

Co do wielkich ideologii, mija epoka, kiedy stanowiły one bezpośredni czynnik polityczny. Ale one nie znikają - będą oddziaływać na myślenie i kulturę polityczną. Rosyjska kultura polityczna nie zmarnowała zeszłego wieku. Było to w znacznym stopniu rosyjskie stulecie. Dotyczy to również tego wszystkiego, co było w nim straszne. Teraz przeżywamy razem z całą Europą upadek. Nie widzę w niej żadnego kraju, który znajduje się w dobrym, intelektualnie płodnym stanie. Szczególnie dotyczy to nowych idei politycznych i nowych strategii kultury. Zapanowało królestwo intelektualnych epigonów, rzeczy wtórnych. Ale to jest tymczasowe. Epoka wyczerpania, zmęczenia pomału mija. Rosja być może doświadcza pewnego przegrzania, nadwerężenia. W jakimś stopniu straciła też kontakt z własną kulturą i dlatego jej elity i społeczeństwo często nie potrafią komunikować się z innymi narodami. Ale ów stan jest do przezwyciężenia. Czyni to już nowe pokolenie. Prowadzę wykłady dla studentów i dostrzegam wśród nich ludzi, którzy są inni aniżeli ich rodzice i dziadkowie.

Uważam, że dopiero dochodzimy do punktu, w którym możemy na to zjawisko spojrzeć całościowo. Przyzwyczailiśmy się do formułowania jednoznacznych ocen ZSRR. Tymczasem radzieckość jako pewien bagaż kulturowy nierozerwalnie związana jest z rosyjskością. W tym świetle jest czymś innym niż komunizm jako ideologia.

Jak wiadomo, ideologia komunistyczna posiada wiele wariantów. A Rosja niestety wypadła w jakimś momencie z rozwoju kultury marksistowskiej. Sądzę, że to nastąpiło mniej więcej pod koniec lat 50. Łączność z tym fermentem intelektualnym, który pojawił się we Francji, Niemczech, USA, nawet w Polsce, została przerwana. Rosja straciła zainteresowanie komunizmem jako doktryną intelektualną. Tymczasem radzieckość to coś innego.

Radzieckość określiłbym jako polityczne doświadczenie budowy tego, co Terry Martin nazwał "imperium akcji afirmatywnej". To pierwsza w historii próba wyrównania różnic rozwojowych pomiędzy poszczególnymi narodami i grupami etnicznymi. Potem takie wysiłki podjęły - dopiero pod koniec XX stulecia - Indie i USA. To jest bardzo bogate dziedzictwo.

Choć ZSRR był dziełem ludzi okrutnych i absolutnie nietolerancyjnych, to jednak w samym zamyśle tego państwa tkwił zamiar skorygowania konsekwencji polityki kolonialnej. W wielu sprawach władza radziecka kierowała się przeświadczeniem o swoim moralnym posłannictwie. I mnóstwo zbrodni związanych było właśnie z tą okolicznością. Ludzie, którzy przywłaszczyli sobie mandat na realizację szczytnych ideałów, mogą w jakimś momencie zacząć tracić poczucie granic tego mandatu. W takim wypadku będą uważać, że ich zmysł moralny stoi wyżej niż ustawodawstwo i prawa człowieka. Niemniej jednak radzieckość ma swoich spadkobierców, co jest jednym z rezultatów XX wieku.

Zaskoczę pana, bo nie wymienię wśród nich Rosji. Są nimi natomiast niepodległe państwa środkowej Azji. Niejedno z nich nie powstałoby, gdyby Związek Radziecki nie prowadził w swoich granicach polityki "budowania narodu". To była w istotnym sensie dekolonizacja. Kolejnym spadkobiercą jest rzecz jasna Unia Europejska. To druga na wielką skalę próba realizacji tego, co niegdyś próbował stworzyć ZSRR - próba bardziej pozytywna. Polega ona na "akcji afirmatywnej" wyrównującej szanse rozwoju poszczególnych krajów, a zarazem nienaruszającej tożsamości narodowej ich mieszkańców. Również w polityce USA dostrzegam wiele elementów radzieckiego dziedzictwa. Niestety, nie brakuje wśród nich i takich, które nie są pozytywne.

USA są spadkobiercami radzieckiej polityki dzielenia świata na strefy wpływów. Tutaj stosują radzieckie chwyty. Mam na myśli syntezę ideologizacji działania ze stosowaniem gróźb użycia siły. Amerykańscy politycy nawet nie zauważają tego, że powielają pewne postawy, które nie sprawdziły się w wydaniu radzieckim. Rosja nie powinna popełniać tych błędów, które popełniają świadomi lub nieświadomi spadkobiercy radzieckości. Kultura rosyjska stoi przed zadaniem obróbki materiału, jakim jest dziedzictwo ZSRR. To wymaga wyważonego, spokojnego, chłodnego spojrzenia. Tu nie może być miejsca na nostalgię i paranoję - na zjawiska, które w Rosji też występują. Nie mamy przecież gwarancji, że okażemy się mistrzami w dziedziczeniu. Tutaj nie ma sprawiedliwości. Ten, kto jest intelektualnie i kulturowo silniejszy, może otrzymać większy spadek niż pozostali. Są kraje, które mogłyby uzyskać przewagę nad Rosją w walce o dziedzictwo XX wieku. W pierwszej kolejności należy tu wymienić Polskę i Ukrainę. Ale Polska i Ukraina są na tyle zatroskane swoimi traumami, że można te kraje porównać jedynie z Rosją. To hamuje rozwój kultur, a Rosji daje potencjalną przewagę.

Jeśli sformułowalibyśmy to pytanie inaczej, i w dodatku całkiem cynicznie, brzmiałoby ono: dlaczego po roku 1991 Moskwa, a nie np. Kijów, mogła pretendować do duchowego, intelektualnego i politycznego spadku po Związku Radzieckim? Teoretycznie Kijów mógł wykonać skok do przodu i zostawić Moskwę na głębokich peryferiach. Ale to się nie wydarzyło, ponieważ Kijów rzucił się do walki o wirtualny mit jednolitego narodu ukraińskiego. Do tego mitu nikt nie pretendował, a Kijów na tę walkę zmarnował 15 lat. Polska, w mniejszym stopniu niż Ukraina, również traci mnóstwo sił na walkę o cenne dla niej mity.

Na przykład rzekome zagrożenie rosyjskie. Śledzę polską politykę i poraża mnie to, jaką rolę odgrywa w niej wątek rosyjski. Na poziomie dyskusji publicznej wątek ten nie niesie ze sobą żadnej realnej treści. To jest obciążenie, które polityka dobrowolnie nakłada na samą siebie. Ono utrudnia rozwój stosunków międzypaństwowych. Polski minister obrony narodowej, komentując problem gazociągu bałtyckiego, porównywał ten projekt do paktu Ribbentrop-Mołotow. Obawiam się, że w Europie nikt tego nie mógł pojąć. To jest jakaś aberracja. Ale muszę przyznać, że w Rosji takie aberracje bardzo się ceni i odpowiada na nie własnymi aberracjami.

Znam tę argumentację - i to właśnie w polskiej wersji. Jestem przekonany, że jest w niej wiele obłudy. Mamy tu do czynienia z próbą racjonalizacji politycznego defektu. Pan wspomniał o Izraelu. Owszem, państwo to powstało w znacznym stopniu w oparciu o politykę historyczną. Ale dzisiaj Izrael przestawia się na nowe tory, które prowadzą do akceptacji sąsiedztwa przyszłego państwa palestyńskiego. To jest gruntowne przewartościowanie mitów założycielskich. I ważne osiągnięcie, gdyż w Izraelu cała kultura polityczna ufundowana jest na żydowskiej przeszłości. Uważam, że inne kraje mogą się na tym wzorować. Trzeba szukać mających odniesienie do dnia dzisiejszego form politycznej egzystencji, nie tracąc swoich związków z przeszłością. Bo przecież nikt - także Polska i Rosja - nie chce ich stracić.

Polska zajmuje się skupem jakiejś waluty, która nie ma wzięcia na rynku - w nadziei, że potem ta waluta odzyska swą wartość. Kompensuje w ten sposób swoje braki. Jeśli nawet polityka taka się powiedzie, to tylko wówczas, gdy Europa zacznie rozdrapywać stare rany. Wtedy wszystkie demony przeszłości zostaną wskrzeszone. Dlatego boję się dzisiejszego przypominania sobie nawzajem o Holocauście czy Katyniu. Jest prawdopodobne, że zostaną obudzone zbiorowe namiętności z przeszłości. Dotyczy to też Rosji, ale nie samego Putina. Przypuszczenie, że Putin spotyka się z Angelą Merkel na Syberii, żeby rozmawiać o jakimś kolejnym rozbiorze Polski, wskazuje na głębokie stadium paranoi.

A czy idea zjednoczonej Europy również nie budzi pewnych historycznych skojarzeń? To jest przecież także biurokratyczna struktura funkcjonująca ponad tymi państwami.

Z dużym przejęciem czytam teksty Vaclava Klausa. On jest głęboko antyutopijny. Dlatego nie zgadza się z wizją Unii Europejskiej jako pewnego odgórnie zaprogramowanego tworu pełniącego funkcję wspólnoty historyczno-cywilizacyjnej. W Rosji Unia też budzi obawy. Co ciekawe, przypominają one nastroje, jakie panowały w Europie Zachodniej w latach 20. wobec ZSRR.

Nie tylko. Przywódcy Związku Radzieckiego wyjaśniali, że nie wiedzą, jakie będą granice ich państwa, gdyż w jego skład może wejść każdy kraj, w którym zwycięży proletariacka rewolucja. Teraz mniej więcej coś podobnego, tylko innym językiem, wygłaszają przywódcy Unii. Oni też ponoć nie mają pojęcia, gdzie się zakończy proces jej rozszerzenia. Państwo czy też quasi-państwo, które nie potrafi określić swoich ostatecznych granic, zawsze będzie wywoływać obawy innych państw i skłaniać je w rezultacie do prowadzenia neurotycznej polityki bezpieczeństwa. Trzeba to zrozumieć.

Ja nie mówię, że zjednoczenie Europy jest czymś złym. Z mojego punktu widzenia krach ZSRR uczynił ścisłą integrację europejską czymś nieuniknionym. Nie przypadkiem procesy integracyjne nabrały przyspieszenia wraz z upadkiem Związku Radzieckiego.

Dzisiaj nie mamy przed sobą tych samych zadań, co dawniej, za czasów ZSRR i Układu Warszawskiego. Nie musimy się głowić nad tym, jak jednoczyć zróżnicowane narodowościowo ziemie czy kraje, nawet te znajdujące się poza eurazjatyckim kontynentem. Dzisiaj pojawia się inne zadanie. Chodzi o zbudowanie Rosji i uczynienie jej niezniszczalną. To ma być trwale istniejące państwo w Eurazji, któremu nie będzie zagrażało ryzyko rozpadu - ani w wyniku utopijnej rewolucji - jak w roku 1917 - ani w efekcie demokratycznej - jak w 1991.

Trzeba stworzyć państwo demokratyczne, które będzie wolne i ustanowione decyzjami swoich obywateli. To jest absolutny priorytet. Putin bezwarunkowo trzyma się koncepcji federacyjnej. Są też zwolennicy unitarnej Rosji. Jednak wszystkie strony tego sporu powinny uwzględniać specyfikę rosyjską. Nosicielem pierwiastka narodowego w Rosji nigdy nie był etnos, tylko terytorium. Nawet w Imperium Rosyjskim za rosyjską uchodziła tylko ziemia. Naród zaś określano po prostu jako prawosławny. Dlatego zamierzamy budować dość złożoną symbiozę różnych zbiorowości.

Tożsamość każdej z narodowości zamieszkujących Rosję wyrasta ze związków z ziemią. Dlatego w Rosji nie ma zgody na amerykański wariant jednej narodowości z jedną nazwą - wariant nie uwzględniający tego, z jakich krajów pochodzą mieszkańcy. Struktura etniczna Rosji jest jednocześnie bardzo złożona. Jedne regiony są pod względem etnicznym określone, a inne nie. To będzie w Rosji istnieć zawsze. I w tym sensie Europa może nas wielu rzeczy nauczyć. Tylko musi zaprzestać serwowania nam wykładów na rozmaite tematy. Powinna zacząć się komunikować z nami na roboczym, rzeczowym poziomie.

Przed wspomnianymi referendami niejednokrotnie słyszałem, że Europa jako superpaństwo powstaje w granicach imperium Karola Wielkiego. Takie wypowiedzi wywołują w Rosji nieufność. Pamiętamy bowiem, co się stało ze Związkiem Radzieckim, kiedy zaczął on przybierać charakter państwa unitarnego. Władza unitarna pożera wszelką autonomię i ostatecznie okazuje się niebezpieczna i dla narodowości, które jej podlegają, i dla swoich sąsiadów. Ponadto w Rosji pamiętamy, że już kiedyś istniała jedna, zjednoczona Europa. To była Europa Adolfa Hitlera. I my tego zapomnieć nie możemy, podobnie jak Żydzi nigdy nie zapomną Holocaustu.

Rosja jest wrażliwa na głosy, które obwiniają ją za wszelkie zło w świecie. Ja to nazywam próbą uczynienia z Rosjan Żydów XXI wieku. To nie jest tylko metafora. Często bowiem można się dziś spotkać z określaniem europejskiej tożsamości w oparciu o negatywny stosunek do Rosji: "Jesteśmy Europejczykami, nie to co ci Rosjanie". Wiele z naszych pretensji do Polski związanych jest z tym, że właśnie w Polsce odzywają się czasem bardzo radykalne głosy tego typu.

Moim zdaniem, eurazjanizm to przejściowa doktryna. Ale równie dobrze można popaść w drugą skrajność. Był taki okres w latach 90., w którym krążył po Rosji pogląd, że stanowienie narodu rosyjskiego powinno się odbywać pod kierownictwem MFW, z uwzględnieniem opinii waszyngtońskiej administracji. Ale to już przeszłość.

Władimir Putin twierdzi - chyba słusznie - że znajdujemy się w Europie. Pod względem kulturowym także. Na przykład kiedy Rosjanie prowadzą negocjacje z Irańczykami, tamtejsi politycy nie mają żadnych wątpliwości: uważają nas za takich samych przeklętych Europejczyków, jakimi są według nich narody zachodnie.

Tu nie chodzi o misję. W tej chwili świat znajduje się w nieuporządkowanym stanie. Im dłużej to będzie trwać, tym bardziej będzie niebezpiecznie. Rosja jest zainteresowana jak najszybszym ukształtowaniem się nowego porządku światowego. Ale nie może się to odbyć za cenę zdominowania przez jedno państwo wszystkich pozostałych. Taka sytuacja mogłaby w przyszłości doprowadzić do nastania epoki wojen.

Być może czeka nas wyczerpanie ważnych surowców strategicznych w różnych częściach świata. Nasili się więc walka o te surowce. Jednocześnie kontury nowego porządku światowego są niejasne. Rodzą się następujące pytania: jak mają wyglądać przyszłe instytucje światowe? Jaka siła będzie stała na straży porządku międzynarodowego? Czy będzie ona sprawiedliwa? Dlatego ważne jest, żeby nie nastała epoka hegemonii, dominacji, ponieważ to niczego nie rozwiąże. Stąd moje przypuszczenie, że amerykańska hegemonia przeniesie wszystkie bieżące konflikty w kolejne dziesięciolecie. I może dojść do konfrontacji między USA a Chinami. Europa nie będzie mogła pozostać na uboczu. Rosja też - gdyż graniczymy ze wszystkimi uczestnikami tej rozgrywki.

W najbliższych 10-20 latach czymś bardzo ważnym będzie zachowanie tej wielobiegunowości. Ona daje szansę wykonania manewru potrzebnego do budowy nowego porządku światowego. Dlatego Rosja opowiada się za wielobiegunowością, ale to jest decyzja tymczasowa. Ład globalny powinien być sprawiedliwy i gwarantować wolność wszystkim jego podmiotom. Jednak jaki on będzie, jak będzie się nazywał i jak wyglądał, trudno dziś powiedzieć.

p

, ur. 1951, politolog, profesor Uniwersytetu Moskiewskiego. W latach 70. dysydent związany z wychodzącym w Rosji i na emigracji pismem "Poiski" (Poszukiwania). Parokrotnie aresztowany i skazany na kilkuletnie przymusowe osiedlenie w Republice Komi. W drugiej połowie lat 80. zaangażował się w pierestrojkę. W 1995 roku był jednym z założycieli Fundacji Efektywnej Polityki, która przygotowywała kampanie wyborcze m.in. Borysa Jelcyna i Anatolija Czubajsa. Jest uważany za nieformalnego doradcę prezydenta Władimira Putina. W 2004 roku kierował na Ukrainie kampanią prezydencką prorosyjskiego kandydata, Wiktora Janukowycza. W "Europie" nr 19 z 11 maja ub.r. ukazał się wywiad z Pawłowskim "Dlaczego Rosja nie będzie przepraszać".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj