Przedstawiamy dziś fragment książki Paula Bermana "Power and the Idealists" poświęconej meandrom intelektualnego rozwoju zachodniej lewicy. Jedną z jej emblematycznych postaci jest francuski filozof Régis Debray. Pokolenie, do którego należał, dorastało w okresie powojennej prosperity obarczone specyficznym kompleksem niższości wobec własnych rodziców, walczących przeciwko faszyzmowi w ruchu oporu i w trakcie wojny domowej w Hiszpanii. "Młodzi rewolucyjni bojownicy wszelkiej maści wykrzykiwali swoje hasła, a jednocześnie dostrzegali, że w porównaniu z dorosłymi wiodą uprzywilejowany żywot burżujów". Szansą na rewolucyjne spełnienie stały się wydarzenia na Kubie - obalenie reżimu Batisty, wprowadzenie komunistycznych porządków i opór wobec działań Stanów Zjednoczonych. Dzięki poparciu Fidela Castro młody Debray stał się wkrótce klasykiem myśli rewolucyjnej.
p
W chwilach trzeźwości umysłu wolnych od lirycznych uniesień młodzi francuscy lewicowcy z pewnością mieli wątpliwości, czy podniosłe i wzywające do boju koncepcje mają jakikolwiek sens. Przyłączenie się do grupy młodzieżowej i zorganizowanie kilku ulicznych burd przeciwko ciemiężycielom ludu (z użyciem rewolucyjnych haseł bądź nie) należało do w miarę normalnych sposobów spędzania czasu dla młodych chłopców, a nawet dziewcząt. Ale dorośli przeszli przez piekło. Młodzież z lat 50. żyła w początkowym stadium epoki, którą później nazwano Chwalebnym Trzydziestoleciem - 30 lat nieprzerwanej ekonomicznej ekspansji Francji i szybkiego bogacenia się narodu: moment największej świetności kapitalizmu. To prawda, że demokracja francuska okresu powojennego nie była całkowicie stabilna i niezawodna. Imperium francuskie w różnych częściach świata ulegało gwałtownemu demontażowi, co w Indochinach i Algierii zaowocowało dość gwałtownymi wydarzeniami.
W tamtych czasach we Francji zawsze można było wskazać jakieś doraźne klęski i w miarę przekonująco dowodzić, że sytuacja w sumie jest fatalna, a lata 50. i 60. w gruncie rzeczy stanowią kontynuację okropności z lat 30. i 40. Ale w dłuższej perspektywie czasowej taki obraz był fałszywy. A zatem młodzi rewolucyjni bojownicy wszelkiej maści wykrzykiwali swoje hasła, a jednocześnie dostrzegali, że w porównaniu z dorosłymi wiodą uprzywilejowany żywot burżujów. Lewicowa starszyzna moralizatorskim tonem pouczała tych młodych ludzi, że powinni dziękować losowi. Pouczenia te zdemobilizowały całe pokolenie. Młodzi ludzie, targani wyrzutami sumienia, mając bolesne poczucie własnej bezwartościowości, uznali, że dorośli są bohaterami, a oni sami pozerami. Uświadomienie tego sobie było nie do zniesienia - przynajmniej dla niektórych.
Młody Bernard Kouchner, wzorem swego ojca, poszedł na studia medyczne i w tym samym czasie zapisał się do Komunistycznego Związku Studenckiego. Doskonale się odnalazł w tym środowisku. Pisał recenzje literackie do komunistycznego pisma studenckiego "Clarté". W swoim pierwszym artykule pochwalił "Buszującego w zbożu" J.D. Salingera - temat trochę wywrotowy jak na czasopismo komunistyczne, zważywszy że komuniści francuscy z reguły nie przepadali za amerykańską kulturą. Kouchner zasłynął ze swego porywającego śpiewu. Komunistyczny Związek Studencki uwielbiał te stare piosenki. A jednak z im większym zaangażowaniem śpiewali studenci, tym gorzej się czuli - każda zwrotka dobitnie pokazywała, że dorośli byli wspaniali, a studenci już tacy nie są. Régis Debray należał do przyjaciół Kouchnera z Komunistycznego Związku Studenckiego. Po latach opisał te uczucia najwnikliwiej ze wszystkich. Chwalebne Trzydziestolecie było klęską chwały - zauważył. Bojownicy, którzy walczyli w Hiszpanii albo w ruchu oporu, byli pokoleniem pierwszoligowym. Bojownicy pokolenia Debraya i Kouchnera musieli pogodzić się z faktem, że występują w drugiej lidze, są pokoleniem pośledniejszej miary niż generacja Malraux czy Camusa. Résistants, którzy nie mają czemu stawiać oporu - oto los studentów. Mimo wszystko udawali, że stawiają opór, a udawanie tylko pogłębiało ich kompleksy. Uciekali zatem w świat marzeń. Chodzili do kina.
Pod koniec 1958 roku Fidel Castro i Che Guevara wraz z garścią towarzyszy broni obalili dyktaturę Fulgencia Batisty w Hawanie. Z początku nikt nie znał zamiarów rewolucjonistów kubańskich, ale z upływem miesięcy stało się widoczne, że Fidel i jego towarzysze optują za sojuszem ze Związkiem Radzieckim. Znaczna liczba Kubańczyków uciekła z kraju. Na początku 1961 roku grupa tych rozczarowanych imigrantów, przede wszystkim prawicowych (chociaż trafiło się wśród nich też paru lewicowych antykomunistów) dokonała przy wsparciu Stanów Zjednoczonych inwazji militarnej w Zatoce Świń z nadzieją na wywołanie ogólnonarodowego powstania. Fidel i jego rząd bez większego trudu odparli inwazję. Była to jednak pełna grozy chwila dla rewolucji kubańskiej. Pośród studenckiej lewicy w różnych częściach świata, a zwłaszcza w Paryżu, zdarzenia te wywołały ogromne poruszenie. Na pierwszy rzut oka zjawisko to może wydawać się dziwne. Kuba leżała daleko i nie wiadomo właściwie, dlaczego spory między kubańskimi przywódcami rewolucyjnymi a kubańskimi uchodźcami i rządem amerykańskim - lokalne waśnie na zachodniej półkuli, pozbawione uniwersalnego wymiaru - miałyby szczególnie zainteresować młodzież przesiadującą w kawiarniach wokół Sorbony.
Ale niektórzy studenci dostrzegli w tym wszystkim uniwersalny wymiar. Walki w Zatoce Świń odczytali jako ponowny wybuch dawnej wojny jednoznacznie zakwalifikowanej przez historię: hiszpańska wojna domowa, starcie rewolucjonistów z faszystami, rozgorzała na nowo na odległych Antylach. Spora rzesza republikańskich weteranów z Hiszpanii po zwycięstwie Franco schroniła się w Związku Radzieckim i w 1961 wielu z nich stawiło się w Hawanie, aby wznowić bój, z pieśniami z okresu hiszpańskiej wojny domowej na ustach. Przywódcy sowieccy udzielili Hawanie poparcia, tak jak w latach 30. wspomagali hiszpańskich komunistów. Sceny solidarności na dalekiej Kubie stanowiły żywy dowód na to, że wbrew stereotypowym przekonaniom dni Międzynarodowych Brygad w Hiszpanii i francuskiego ruchu oporu nie przeminęły, że przeszłość była teraźniejszością, że dawne liryczne uniesienia były dzisiejszymi lirycznymi uniesieniami. A może nawet dzisiejsze wzloty przewyższały wczorajsze? Młodzi ludzie z kouchnerowskiego skrzydła Komunistycznego Związku Studenckiego patrzyli na dorosłych członków swojej partii z nabożnym podziwem, ale woleliby, żeby komuniści francuscy zerwali ze starą stalinowską ortodoksją. Młodzi ludzie pragnęli świeższego, bardziej atrakcyjnego, bardziej ludzkiego i nowocześniejszego komunizmu. Komunizm włoski był dla nich bardzo pociągający, ale jeszcze bardziej podobał im się komunizm kubański. Od socjalistycznych Antyli ciągnął ciepły tropikalny wiatr. A w każdym razie niektórym tak się wydawało.
We Francji inwazja w Zatoce Świń nikogo tak nie oburzyła jak Kouchnera i Debraya, którzy pomaszerowali do ambasady kubańskiej przy Avenue Foch w Paryżu i w duchu Międzynarodowych Brygad zgłosili się na ochotnika do walki na Kubie. Pracownicy ambasady zareagowali dyplomatycznie. "Odnotujemy panów zgłoszenie"... Czyli dziękujemy panom. Mimo to dwóch młodych bojowników z Komunistycznego Związku Studenckiego zdążyło już dokonać pokoleniowego odkrycia, które w późniejszych latach miało stać się udziałem niezliczonej rzeszy innych ludzi. Odkryli mianowicie, że historia jeszcze się nie skończyła. Pokolenie drugoligowe nie musiało pozostawać w drugiej lidze. Kouchner i Debray potraktowali to odkrycie bardzo poważnie i każdy z nich zareagował na swój sposób, wykazując się przy tym sporą kreatywnością. Konsekwencje dla wielu tysięcy czy raczej milionów ludzi na całym świecie w obu przypadkach okazały się całkiem znaczące.
Debray nie dał się zniechęcić urzędnikom z ambasady i na własną rękę poleciał do Nowego Jorku, pojechał autostopem do Miami i przedostał się na Kubę, mimo braku oficjalnego zaproszenia. Zgłosił się do kampanii walki z analfabetyzmem na kubańskiej wsi. Uczył czytania i pisania przez dwa miesiące, po czym spędził na Kubie jeszcze kilka miesięcy, a następnie przez półtora roku jeździł po Ameryce Łacińskiej. Było to coś więcej niż tylko studencka przygoda. W Wenezueli Debray przyłączył się do marksistowskich partyzantów, którzy usiłowali obalić wenezuelski rząd (w owym czasie co najmniej nominalnie socjaldemokratyczny, ale to nie przeszkadzało marksistowskim rewolucjonistom). Wędrował także po innych krajach i spisał swoje przeżycia.
Wszystko to, czego brakowało w kulturze politycznej amerykańskiego ruchu studenckiego w latach 60. - znajomość dziejów i doktryn rewolucyjnej lewicy - Debray miał w małym palcu. Z drugiej strony odebrał również na wskroś nowoczesne wykształcenie. W École Normale Supérieure filozof komunistyczny Louis Althusser zaczerpnął swoją dewizę od Lenina: "Marksizm jest wszechpotężny, ponieważ jest prawdziwy". Kierując się nią, Althusser upichcił na swoich seminariach kuriozalną doktrynę rewolucyjną, zarazem supernaukową i z lekka katolicką, bliższą antropologii niż czemukolwiek, co Marks mógłby uznać za marksistowskie. Również tę lekcję przyswoił sobie Debray: w odpowiednich rękach marksizm może być elastyczny, twórczy i aktualny.
W 1965 roku Sartre opublikował jeden z esejów Debraya w "Les Temps Modernes". W tym samym roku Che Guevara odwiedził Algierię i wpadł mu w ręce egzemplarz tego czasopisma. Che dopracowywał w Algierii szczegóły skomplikowanej operacji: Kuba miała eksportować cukier do Algierii, która miała przekazać go komunistycznym Chinom, te z kolei miały wysłać do Algierii amerykańską broń znalezioną w Korei Północnej po tamtejszej wojnie, a znad Morza Śródziemnego broń ta miała trafić na Kubę. To nie koniec całej akcji: Kubańczycy mieli przeszmuglować broń w skrzynkach przeznaczonych na oliwę z oliwek i dostarczyć ją marksistowskim partyzantom w Wenezueli. Wenezuelscy partyzanci mogli się zatem uzbroić bez ryzyka negatywnych konsekwencji, które mogły na nich spaść, gdyby odkryto u nich sowiecką broń. (Debray szczegółowo opisał tę historię w swoich wspomnieniach politycznych "Loués soient nos seigneurs", czyli "Chwała niech będzie naszym panom"). Tak przedstawiały się tajne stosunki handlowe między krajami awangardy rewolucji trzecioświatowej. Przygotowując tę skomplikowaną akcję, Che zajrzał do czasopisma Sartre'a i trafił na esej Debraya. Zaledwie 24-letni Debray został wkrótce zaproszony do ponownego przyjazdu na Kubę, tym razem jako gość samego Fidela. Umieszczono go w najbardziej luksusowym z hawańskich hoteli i wożono z jednej uroczystej imprezy na drugą, w całości na koszt państwa kubańskiego.
Wiele lat później, po wyrzeczeniu się swoich komunistycznych poglądów, Debray pracował jako doradca prezydenta Mitterranda do spraw zagranicznych, dzięki czemu mógł dokonać porównania dwóch głów państwa: Fidela i Mitterranda. Wypadło to bardzo pouczająco. Zwyczajny przywódca wieczorem idzie do domu, wraca do swojego życia osobistego. Mitterrand był normalnym przywódcą, tymczasem Fidel - jak wspominał Debray - zrezygnował z życia osobistego. Fidel był maniakiem swojej rewolucji, latyfundystą, który rządził swoim wyspiarskim narodem jak hacjendą, zajmując się nawet najdrobniejszymi szczegółami. Oto polityk przednowoczesny, condottiere żywcem przeniesiony ze średniowiecza, ze średniowiecznym obrazem samego siebie - autokrata, który, jak przystało na prawdziwego autokratę, nigdy nie śmieje się publicznie ani nawet prywatnie. Fidel był mistrzem słowa mówionego, nie pisanego, włączając się tym samym w tradycję europejskich faszystów, nie komunistów. Debray relacjonuje kubańską wizytę włoskiego powieściopisarza Alberta Moravii. Słuchał on jak zaczarowany oracji Fidela i doszedł do wniosku, że udział w hawańskim wiecu łączy w sobie przyjemności, jakie daje komunizm i faszyzm - można odczuwać moralną satysfakcję, jaka płynie z przyklaskiwania celom społecznym komunizmu, a jednocześnie smakować wzloty faszystowskiej retoryki w stylu Mussoliniego. Ale Debray w tamtych czasach patrzył na Fidela i kubański komunizm bez takiej ironii.
Debray przeszedł na Kubie szkolenie wojskowe. Pewnego dnia na strzelnicy uczył go sam Fidel. Przywódca kubański sławił zalety automatycznego karabinu Kałasznikowa, AK-47. "Dzisiaj trzech uzbrojonych w AK-47 ludzi ma taką samą siłę ogniową jak cała kompania na początku wieku - powiedział Fidel. - To oznacza, że trzech ludzi może rozpocząć wojnę!" Zapraszając Debraya na Kubę, Fidel chciał, aby ten zdolny młody uczeń profesora Althussera przerobił tę prostą konstatację na wielką teorię rewolucyjną - na eseje, które stanęłyby w jednym rzędzie z pismami Lenina albo nawet je prześcignęły, wprowadzając projekt rewolucyjny w epokę latynoamerykańskiego socjalizmu i powstań zbrojnych w Trzecim Świecie. Debray posłusznie stworzył "Révolution dans la révolution?", "Rewolucję w rewolucji?" - już sam tytuł sygnalizował zamiar wyjścia poza ramy wyznaczone przez Lenina i zrewolucjonizowania rewolucji, ale wyjścia pokornego, opatrzonego znakiem zapytania. Debray przyjął pogląd Mao, że rewolucję mogą zrobić nie tylko robotnicy, ale również chłopi. Dorzucił do tego przemyślenia Fidela na temat AK-47. Trochę wszystko przyprawiwszy tym i owym, stworzył teorię wojskowo-rewolucyjną powszechnie zwaną guevaryzmem, chociaż była to również teoria Fidela.
Debray wyjaśnił, że śmiesznie mała liczba partyzantów, mikroarmia, może ukryć się w dżungli i założyć bazę, w języku Che i Fidela zwaną "foco". Mając "foco", ognisko partyzanckie, mikroarmia mogła rozpocząć wojnę rewolucyjną. Partyzanci nie musieli czekać na sprzyjające warunki społeczne, lecz mogli je sami stworzyć. Mogli się obejść bez poparcia marksistowskiej partii politycznej, sami bowiem byli w stanie zbudować trzon nowej partii, której serce i dusza byłyby wojskowe, a nie polityczne. Mogli uzyskać poparcie wśród campesinos, stosując ostrożną i nieco dwuznaczną strategię - unikać zbytniego kontaktu z nimi i organizować spotkania w zapadłych wioskach, trzymając broń wymierzoną w wieśniaków, bo gdyby siły represji nagle wtargnęły do wioski, campesinos mogliby wiarygodnie twierdzić, że są ofiarami, a nie zwolennikami partyzantów. Mikroskopijna armia zdobywałaby zatem poparcie po części metodą terroryzowania campesinos, a po części artykułowania ich problemów - i stopniowo przekształcałaby się w masową partię-armię, bardziej wiejską niż miejską, bardziej chłopską niż proletariacką, bardziej wojskową niż polityczną. Taka partia-armia miała w przyszłości przejąć władzę w państwie.
Fidel wysyłał swoich najlepszych oficerów i towarzyszy do dżungli Ameryki Łacińskiej i Afryki, aby organizowali mikroarmie i inicjowali rewolucję zgodnie z tymi zasadami. W pierwszej linii tych zuchwałych ludzi znajdował się Che. Wielokrotnie - w Kongu, Argentynie i Boliwii - próbował zakładać "foco" i wszczynać wojny, ale nigdy niczego nie osiągnął. Boliwijczycy i CIA w końcu go wytropili i zabili. A jednak, mimo porażek Che, pewne elementy idei guevarystowskiej okazały się dobrze dostosowane do warunków latynoamerykańskich. W wielu regionach zamieszkanych przez campesinos panowała (i nadal panuje) tak prymitywna kultura polityczna, a ludność jest tak bardzo odizolowana od reszty społeczeństwa, że zupełnie obcy ludzie mogą przybyć znikąd, głosić choćby najbardziej zawiłe i niedorzeczne doktryny, zdobywać zwolenników dzięki dwuznacznemu moralnie połączeniu perswazji i przymusu - i rozpocząć wojnę.
Debray przekazywał tajne informacje między Che i Fidelem. W Boliwii nosił również broń, brał udział w zasadzkach i przeprowadzał rozeznanie terenu, chociaż udawał zwykłego dziennikarza. W 1967 roku, kiedy Che został w końcu wytropiony i zabity, Debraya aresztowano i ustawiono pod ścianą piwnicy, z sześcioma karabinami wymierzonymi w niego z odległości dziesięciu kroków. Skończyło się na odsiadce w boliwijskim więzieniu. Ale kiedy kisił się w celi, jego intelektualne wpływy szybko rozprzestrzeniły się na całym świecie. Fidel zbudował kult Che jako bohatera i męczennika i skutecznie rozniósł ten kult po całej kuli ziemskiej. "Rewolucja w rewolucji?" Debraya ulokowała się w samym sercu, a raczej mózgu tego rewolucyjnego kultu - marksistowska doktryna nadała sens porywającym zdjęciom Che, plakatom i hasłom wypisywanym na murach. Na samej Kubie Fidel wydał "Révolution dans la révolution?" w trzystu tysiącach egzemplarzy.
Cztery lata później, po wyjściu z więzienia, Debray stwierdził, że stał się postacią znaną na całym świecie - nie całkiem symbolem, jak Che, ale teoretykiem rewolucji, którego każde słowo było traktowane jak objawione przez bojowników zbrojnej - lub aspirującej do tego - lewicy w prawie całej Ameryce Łacińskiej i wielu innych regionach świata, łącznie z Europą. Prosto z boliwijskiego więzienia Debray udał się do Chile, gdzie został przywitany z najwyższymi honorami przez socjalistycznego prezydenta Salvadora Allende. Potem Debray - bohater nareszcie powrócił do Francji - Francji, która miała już za sobą maj i czerwiec 1968 roku. Rewolucja była na ustach wszystkich, a wizerunek Che na każdym murze, przynajmniej w niektórych dzielnicach. Można by oczekiwać, że Debray będzie krzyczał z zachwytu na ten widok. Był jednak człowiekiem z krwi i kości, a nie maszyną do produkcji teorii. Cztery lata w więzieniu zmieniły jego pogląd na świat i po powrocie do domu stwierdził, że poważnie rozmija się z panującymi dokoła nastrojami. Prawie wszystko w lewicowej agitacji po wydarzeniach z 1968 roku w Europie wydawało mu się trochę zwichrowane. Sądził, że młodzież popełnia wielki błąd, uprawiając kult Che. Jego fotografie, które urosły do rangi ikon, pokazywały uroczego człowieka, co Debray uważał za zwodnicze. W prawdziwym życiu Che był twardy, nie miękki. Dla lewicowych studentów plakaty z Che symbolizowały chyba ducha buntowniczej wolności - antyautorytaryzm '68 roku. Debray wiedział jednak doskonale, że Che nie głosił buntowniczej wolności.
Według definicji Debraya był on "stronnikiem krańcowego autorytaryzmu". Debray wiedział, że to Che, a nie Fidel, wprowadził na Kubie obozy pracy przymusowej w 1960 roku, na początku rewolucji. To Che zmilitaryzował codzienną pracę na wyspie, posługując się językiem "brygad", "pułków" i "bitew". Che był również człowiekiem, który nigdy się nie śmiał - absolutny pan samego siebie, metafizycznie opętany własnymi koncepcjami. Jeśli chodzi o kontestację studencką w Europie, Debray nie umiał potraktować tych wydarzeń poważnie. Althusser, którego wiernym uczniem pozostał, zawsze był przeciwnikiem lewicowej "spontaniczności", a kontestacja z 1968 roku to była spontaniczność do potęgi. Poza tym Debray dobrze znał dzieje lewicy i wiedział, że podczas każdych prawdziwie rewolucyjnych wydarzeń musi polać się krew, a w 1968 roku w Europie tego nie było, nawet na małą skalę. Zaskoczył go "brak ofiar w ludziach", jak to sarkastycznie określił. Kontestację uważał za "anarchistyczną psychodramę" - bunt drobnomieszczańskich pędraków, którym brakuje odwagi, by chwycić za broń i zrobić prawdziwą rewolucję. Rzecz jasna, całkiem sporo rozgniewanych lewicowców podzielało ten bezpardonowy pogląd i właśnie dlatego mikroarmie pokontestacyjne cieszyły się tak wielkim poparciem. Ale Debray był zbyt wielkim pragmatykiem, by uwierzyć, że z działań europejskich ruchów partyzanckich wyniknie coś pożytecznego. Zresztą w jego głowie nabierały już kształtu całkiem nowe myśli.
Te nowe idee naszły go w latach więziennych, czyli w okresie, w którym - jak napisał - "stał się wolny" w sensie intelektualnym. Długo zbierał się na odwagę, zanim dał wyraz tym nowym ideom - w przypadku oceny Che całe 20 lat. W końcu uznał, że Che nie poszedł do boliwijskiej dżungli po to, by odnieść zwycięstwo. Zdaniem Debraya najgłębszym zamiarem Che było ponieść porażkę, dać się zabić. Jego duchowa walka przeciwko światu i przeciwko samemu sobie wymagała jego własnej śmierci. Tak brzmiała straszna tajemnica Debraya - prawda, do której długo dochodził i z której ujawnieniem czekał jeszcze dłużej. Potem Debray zaczął podejrzewać, że Che nie był odosobniony w tym samobójczym pragnieniu. Być może dążenie rewolucyjne we współczesnym świecie zostanie kiedyś uznane za epizod w dziejach dążenia do śmierci? Może rewolucja i samobójstwo jakimś sposobem zbliżyły się do siebie? Z tego punktu widzenia ogromna popularność kultu Che na całym świecie nabrała trochę makabrycznego wymiaru.
Debray myślał w tym kontekście nie tylko o doktorze Guevarze. Myślał o prezydencie Allende, który zastrzelił się z AK-47 podczas zamachu stanu generała Pinocheta w 1973 roku, myślał o córce Allende, Beatriz, która zabiła się trzy lata później na Kubie. Myślał o profesorze Althusserze w Paryżu, który popełnił swoiste samobójstwo, mordując swoją żonę w 1980 roku, czyli w okresie, kiedy - jak zauważył Debray - całkiem sporo francuskich marksistów odebrało sobie życie. Debray nigdy nie pofatygował się spojrzeć za Ren na swoich niemieckich towarzyszy - charakterystyczne zaniedbanie ze strony francuskiego intelektualisty. Wiadomo jednak, co by zobaczył, gdyby się pofatygował. Czymże bowiem są dzieje XX-wiecznego niemieckiego ruchu rewolucyjnego, jeśli nie historią ludzi, którzy balansowali na krawędzi samobójstwa i często spadali w dół. Więzienne samobójstwa (o ile to były samobójstwa) przywódców Frakcji Czerwonej Armii, śmierć jednego rewolucyjnego towarzysza za drugim, ponura parada, zamieszki, które wybuchały po tych więziennych zgonach - tutaj już nie można było mówić o braku ofiar w ludziach.
A gdyby Debray rzucił okiem za ocean? W swoich wspomnieniach napomknął o amerykańskim ruchu Czarnych Panter - ruchu, który wzbudził tak ogromny podziw lewicy na całym świecie, zwłaszcza w Niemczech. Przywódcą Czarnych Panter był Huey Newton, "Najwyższy Sługa Ludu" - jak lubił się nazywać. Wzbogacił on literaturę teoretyczno-rewolucyjną, pisząc swoją wersję "Révolution dans la révolution?", tyle że manifest Newtona nosił tytuł "Rewolucyjne samobójstwo". Skutecznie targnął się na własne życie Abbie Hoffman, autor książki "Rewolucja dla draki". Debray nazwał samobójstwo "apoteozą przegranego". W coraz to nowym kraju odbierali sobie życie bojownicy, którzy postawili wszystko na planetarną rewolucję - lewicowi bohaterowie i przywódcy ogólnoświatowego ruchu, którego głównym teoretykiem był Régis Debray. I ludzie ci przegrali.
W swoich wspomnieniach Debray poświęcił kilka refleksji także dżihadystom rewolucji islamskiej. Dostrzegł w nich coś znajomego, albowiem ich miłość do samobójstwa nie była wyrazem jakiejś antropologicznej osobliwości społeczeństwa muzułmańskiego ani średniowieczną spuścizną islamu. Wręcz przeciwnie - samobójcze ciągoty dżihadystów stanowiły najwyższy wyraz nowoczesności.
p
, pisarz polityczny, członek redakcji lewicowego kwartalnika "Dissent", publikuje eseje na tematy polityczne i literackie m.in. w "New Republic" oraz "New York Times Magazine". Jeden z nielicznych lewicowych liberałów amerykańskich, którzy poparli interwencję w Iraku. Autor głośnej książki "Terror and Liberalism" (2003), w której głosił tezę, że radykalny islamizm jest w istocie intelektualnym spadkobiercą nowoczesnego zachodniego nihilizmu ucieleśnionego w ideologiach totalitarnych - fragment tej książki zamieściliśmy w "Europie" nr 7 z 16 lutego ub.r. Oprócz tego Berman opublikował m.in. "A Tale of Two Utopias" (1996) oraz ostatnio "Power and the Idealists" (2005).