Ivan Krastev omawia dwie wydane niedawno ważne książki dotyczące problematyki międzynarodowej: "Power and the Idealists" Paula Bermana (jej fragment drukujemy w dzisiejszej "Europie") oraz "America at the Crossroads" Francisa Fukuyamy. Obie są dziełem ludzi będących dysydentami czy wręcz uciekinierami z własnego obozu politycznego: Berman to liberał popierający interwencję w Iraku, zaś Fukuyama to rozczarowany neokonserwatysta. Obaj zgadzają się, że "era humanitarnego interwencjonizmu, której dała początek wojna o Kosowo, dobiegła końca, a >>stulecie wolności<<, które miało być epoką powszechnej demokratyzacji i globalnego społeczeństwa obywatelskiego, trwało mniej niż dziesięć lat". Obaj też obawiają się powrotu klasycznego realizmu politycznego `a la Kissinger, który całkowicie lekceważy kwestie ideowego zaangażowania i demokratyzacji.
p
Kiedy czytałem książkę Paula Bermana "Power and the Idealists" oraz niedawno opublikowany manifest polityczny Francisa Fukuyamy "America at the Crossroads", przypomniało mi się przenikliwe spostrzeżenie Charlesa Wrighta Millsa, że "trudno jest sformułować jakikolwiek problem, dopóki nie wiemy, czyj to jest problem". Wielki spór o to, czy powinniśmy eksportować demokrację i w jaki sposób należy to robić, który wybuchł po orędziu prezydenckim Busha w 2004 roku, wyznaczył linię frontu, która oddziela nie tylko przyjaciół od wrogów, ale również przyjaciół od byłych przyjaciół. Trzy lata po inwazji USA na Irak jeden z najbardziej znanych prowojennych liberałów (Berman) i jeden z nielicznych antywojennych neokonserwatystów (Fukuyama) dochodzą w swoich książkach do zaskakująco zgodnego wniosku: era humanitarnego interwencjonizmu, której dała początek wojna o Kosowo, dobiegła końca, a "stulecie wolności", które miało być epoką powszechnej demokratyzacji i globalnego społeczeństwa obywatelskiego, trwało mniej niż dziesięć lat. Nieznalezienie w Iraku broni masowego rażenia, tortury w więzieniu Abu Ghraib, groźba wybuchu wojny domowej w Bagdadzie i przerażająca perspektywa nuklearnego Iranu sprawiły, że nawet prawdziwi wyznawcy sceptycznie oceniają szanse powodzenia "wilsonizmu w wersji kowbojskiej" uprawianego przez administrację Busha dla osiągnięcia deklarowanych celów. Z niedawnych sondaży opinii wynika, że znaczna większość społeczeństwa amerykańskiego nie popiera wojny w Iraku. Sondaże przeprowadzane w innych krajach wskazują, że amerykańska "soft power" słabnie, natomiast na całym świecie wciąż umacnia się antyamerykanizm. Z kolei "wojny o karykatury", które wstrząsnęły Europą i Bliskim Wschodem na początku roku, stanowiły sygnał ostrzegawczy, że najgorsze dopiero przed nami. W kontekście tych niepokojących zjawisk nie powinno zaskakiwać, że w polityce zagranicznej triumfalnie powraca realizm `a la Kissinger jako jedyna rozsądna filozofia w obliczu kryzysu zglobalizowanego świata. I na tym polega problem, zarówno dla liberalnych interwencjonistów, jak i dla neokonserwatystów. Powrót realizmu jako głównego paradygmatu w polityce międzynarodowej przeraża i Bermana, i Fukuyamę, co stwarza wspólny kontekst dla odczytania tych dwóch bardzo różnych od siebie książek. Berman i Fukuyama są zgodni, że powrót paradygmatu realistycznego to niebezpieczna tendencja, której należy się przeciwstawić. Całkowicie odmienne poglądy wyrażają natomiast w kwestii tego, kto ponosi winę za ten niefortunny obrót wydarzeń i jak należy temu przeciwdziałać.
Według Paula Bermana, liberalnego jastrzębia z legitymacją Partii Demokratycznej i autora wpływowej książki "Terror and Liberalism", napisanej po zamachach na WTC, winę za porażkę humanitarnego interwencjonizmu ponosi nie tyle Bush i jego nieudane działania w Iraku, ile politycy europejscy z pokolenia '68. Sprzeciw "hipisów u władzy" - takich jak były niemiecki minister spraw zagranicznych Joschka Fischer - wobec inwazji na Irak zrobił z interwencji amerykańskiej złą wojnę prowadzoną przez niewłaściwych ludzi. Berman uważa, że gdyby Europejczycy przyłączyli się do obalania Saddama Husajna, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.
Dla Francisa Fukuyamy, do niedawna neokonserwatysty z legitymacją Partii Republikańskiej i autora "Końca historii", biblii neokonserwatystów, o porażce wilsonowskiej perspektywy otwieranej przez nowe stulecie przesądziła już sama decyzja Busha o inwazji na Irak. Te dwa sprzeczne spojrzenia na "tragedię iracką" łączy to, że obie książki są protestem dysydentów przeciwstawiających się poglądom obowiązującym w ich kręgach intelektualnych i politycznych. Autorzy wzięli na siebie poważne ryzyko, że spotkają się z wrogością i niezrozumieniem nie tylko swoich tradycyjnych oponentów, ale również najbliższych przyjaciół. W dzisiejszych czasach, gdy obowiązuje zasada "bądź konformistą w domu i kontestatorem na zewnątrz", postawa ta zasługuje na intelektualne uznanie i moralny podziw.
Esej Bermana jest historią politycznych meandrów pokolenia radykałów, którzy w 1968 roku obrzucali policję kamieniami. Autor śledzi ewolucję tych ludzi, którzy z wyznawców lewicowego antyimperializmu, donośnego antyamerykanizmu i pacyfizmu stali się zagorzałymi piewcami liberalnego antytotalitaryzmu i zwolennikami interwencji NATO w Kosowie. Według Bermana humanitarny interwencjonizm był projektem pokoleniowym, a wojna o Kosowo wojną generacji kontrkulturowej. Walczyliśmy o wolność dla ludzi, którzy byli inni od nas i mieszkali w kraju pozbawionym ropy naftowej i znaczenia geopolitycznego. Gdyby w tamtym czasie dominował paradygmat realistyczny, interwencja byłaby nie do pomyślenia. "Ludobójstwo nie jest wrogiem realistów" - powtarza kilkakrotnie Berman. W swoim pięknie napisanym pamflecie wyraża podziw dla tych przedstawicieli pokolenia '68, którzy nie trafili do gabinetów rządowych - André Glucksmanna, Bernarda Kouchnera czy Adama Michnika, i którzy poparli decyzję Ameryki, by obalić Saddama Husajna. Natomiast tych spośród dawnych hipisów, którzy zostali politykami - takich jak Joschka Fischer i Daniel Cohn-Bendit - oskarża o zdradę ideałów ich pokolenia, jaką było opowiedzenie się przeciwko wojnie Busha.
Berman pisze porywająco i łatwo można ulec zawartym w jego książce emocjom, ale problem z jego stanowiskiem jest taki, że daje ono odpowiedzi tylko na nieliczne ze stawianych przez autora pytań i nie pozwala zbudować żadnej strategii. Pytanie, dlaczego koalicja kosowska złożona z liberalnych interwencjonistów i neokonserwatystów rozpadła się w Iraku, jest osią obecnego sporu, ale Berman nie udziela na nie przekonującej odpowiedzi. Brak zgody między liberalnymi interwencjonistami a neokonserwatystami ma głębsze korzenie niż niedotrzymane zobowiązania moralne, niełatwe życiowe wybory czy banalny antyamerykanizm, który wciąż pozostaje żywy wśród części przynajmniej europejskich przedstawicieli pokolenia '68. Spór ten jest poważniejszy i ma charakter zasadniczo ideologiczny. Jego genezy należy szukać w latach 30. ubiegłego wieku i sprzecznych postawach wobec Republiki Weimarskiej. Idąc za Leo Straussem, neokonserwatyści uważają, że nie warto było jej bronić. Ich zdaniem zasadniczą przyczynę upadku międzywojennych demokracji w Europie stanowiła słabość liberalizmu i błędne rozumienie polityki przez liberałów. Z kolei liberałowie uważają, że Republiki Weimarskiej warto było bronić i że nikczemna antyweimarska koalicja radykalnej lewicy i radykalnej prawicy wyniosła Hitlera do władzy i skazała międzywojenne demokracje na śmierć. Winą za rozrost totalitaryzmu w latach 30. neokonserwatyści obarczali liberalizm, a liberałowie upatrywali sprawcy tej tragedii w niepodlegającym żadnym rygorom brutalnym kapitalizmie.
Spór liberałów z neokonserwatystami o Weimar niczym w hollywoodzkim remake'u odżył w amerykańskiej debacie publicznej. Wojna z terrorem wypowiedziana przez USA po zamachach z 11 września dla neokonserwatystów była także wojną z liberalizmem. Neokonserwatyści wraz ze swymi sojusznikami odrzucili liberalizm jako doktrynę tolerancji, która równa się kapitulanctwu. Za podstawowy błąd liberalizmu uważają to, że nie definiuje on wroga, a jest to kategoria kluczowa z punktu widzenia bezpieczeństwa. Według neokonserwatystów liberałowie negują rzecz oczywistą: że świat i Ameryka są w niebezpieczeństwie. W kręgach neokonserwatywnych panowało przekonanie, że w dzisiejszej demokracji liberalizm nie jest zagrożony, lecz sam stanowi zagrożenie. W duchu Schmitteańskiej krytyki liberalizmu neokonserwatyści z pasją dowodzili, że ideologia dominująca przed zamachami na WTC (i będąca ich pośrednią przyczyną) opierała się na następującym liberalnym założeniu: "Samo pojęcie wroga zostało wyrugowane z naszego słownika moralnego i politycznego". Jak to mocno ujął Lee Harris, dla liberałów "wróg był przyjacielem, dla którego na razie za mało zrobiliśmy". Liberałowie byli postrzegani nie jako sojusznicy, lecz jako obciążenie w globalnej wojnie z terrorem. W przededniu inwazji na Irak liberalni interwencjoniści i neokonserwatyści byli poróżnieni nie z powodu odmiennych stanowisk w konkretnych kwestiach politycznych - takich jak protokół z Kioto, doktryna wojny prewencyjnej czy unilateralizm - lecz z powodu odmienności w filozoficznym ujęciu relacji między demokracją i liberalizmem. Neokonserwatyści, którzy w latach 70. i 80. przyznawali się jeszcze do liberalnych korzeni i lubili określać się jako "liberałowie, którzy dostali w twarz od rzeczywistości", po 11 września zachowywali się raczej jak aroganccy eks-liberałowie, którym uderzyła do głowy władza. Wypowiedzieli wojnę liberałom, jeszcze zanim podjęli próbę "wykurzenia" terrorystycznego wroga.
W odróżnieniu od Paula Bermana Francis Fukuyama wykazuje dziwny brak zainteresowania obecną waszyngtońską zabawą w obarczanie się nawzajem winą za obecną sytuację. Jego obawy o wzrost wpływu realistów na amerykańską politykę zagraniczną mają bardziej praktyczny, aczkolwiek równie osobisty charakter. Zdaniem Fukuyamy porażka iracka całkowicie kompromituje neokonserwatywną koncepcję polityki zagranicznej i Ameryce grozi wybuch antyneokonserwatyzmu. Z ewentualnym zwycięstwem antyneokonserwatystów wiąże się ten problem, że w dziedzinie polityki zagranicznej neokonserwatyści na początku stulecia w wielu istotnych kwestiach mieli rację, a ich przeciwnicy się mylili. W przeciwieństwie do wielu swoich byłych przyjaciół Fukuyama nie ma wątpliwości, że neokonserwatyzm jest skazany na klęskę. Nie próbuje negować, że wojna iracka była pomysłem neokonserwatystów i nie próbuje pomniejszać skali porażki. Nie stara się ani bronić, ani atakować dziedzictwa neokonserwatywnego, chce tylko zbudować na nim jakąś sensowną strategię. Nie uważa neokonserwatyzmu za "pogląd", lecz za spójną doktrynę. Wyróżnia cztery zasady, które charakteryzują neokonserwatywne myślenie o polityce zagranicznej. Pierwsza z nich mówi, że ustrój państw, z którymi Ameryka utrzymuje stosunki, nie jest bez znaczenia i że amerykańska polityka zagraniczna musi odzwierciedlać najgłębsze wartości wyznawane przez liberalno-demokratyczne społeczeństwo. Po drugie, potęga Ameryki jest i powinna być wykorzystywana do realizacji celów o charakterze moralnym. Po trzecie, ambitne projekty z dziedziny inżynierii społecznej należy traktować nieufnie. Po czwarte, prawo międzynarodowe i instytucje międzynarodowe nie mają dostatecznego umocowania i są mało skuteczne w roli gwarantów bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Zgodnie z analizą Fukuyamy przyczyn tragicznej pomyłki neokonserwatystów w Iraku należy doszukiwać się w tym, że nie dostrzegli sprzeczności między wyznawanymi przez siebie zasadami aktywizmu w polityce zagranicznej i odrzucenia inżynierii społecznej. Neokonserwatyści, którzy w latach 60. wręcz rwali się do wytykania palcem niezamierzonych skutków ubocznych wielkich projektów społecznych administracji Johnsona, zamienili się w inżynierów społecznych par excellence, występujących z projektami budowy państwa w Iraku i transformacji Bliskiego Wschodu. Historia znowu sobie z nas zadrwiła: walka Fukuyamy o duszę neokonserwatyzmu boleśnie przypomina walkę między marksistowskimi intelektualistami a awanturniczymi "leninistami", która kształtowała ideowe ramy komunizmu.
Analizując fundamentalne zasady neokonserwatywnego myślenia o polityce zagranicznej, Fukuyama przekonuje, że zasada pierwsza ("nie jest nam wszystko jedno, czy mamy do czynienia z dyktaturą, czy z demokracją") nie oznacza automatycznie opowiedzenia się za polityką zmiany reżimów bądź teorią "pax democratica". Z kolei przekonanie, że potęgę Ameryki należy wykorzystywać do realizacji celów o charakterze moralnym, nie oznacza podpisania się pod koncepcją dobroczynnej hegemonii Ameryki, zaś sceptyczny stosunek do prawa międzynarodowego i instytucji międzynarodowych jako gwarantów pokoju i sprawiedliwości nie oznacza poparcia dla unilateralnych działań. Zdaniem Fukuyamy z neokonserwatywnego programu polityki zagranicznej powinniśmy ocalić dwa jego najcenniejsze elementy, czyli niezamykanie oczu na ustrój innych państw oraz wspieranie rozwoju gospodarczego i budowy praworządnych instytucji. Fukuyama, który nie przestał być autorem "Końca historii", uważa, że "na dłuższą metę obszar demokracji prawdopodobnie ulegnie zwiększeniu, ale uniwersalny charakter demokratycznych instytucji nie usprawiedliwia chuligańskiego podejścia do propagowania demokracji". Rehabilitując teorię modernizacji, Fukuyama opowiada się za polityką zagraniczną w znacznie większym stopniu skupioną na rozwoju gospodarczym. Kładzie nacisk na stworzenie odpowiednich warunków dla sukcesu demokracji i odcina się od globalnego propagowania doktryny wolności głoszonej przez administrację Busha.
Czytając manifest programowy Fukuyamy, zastanawiałem się, czy autor "Końca historii" nie toczy batalii, która została już w dużym stopniu przegrana. Historia uczy, że głosy dysydentów zawsze giną pośród ogólnej wrzawy, kiedy ich stronnictwo zmierza ku porażce. Tak było z rozczarowanymi komunistami i tak przypuszczalnie będzie z rozczarowanymi neokonserwatystami. Ale poglądy dysydentów, chociaż z reguły przegrywają, są bardzo potrzebne i właśnie temu książka Fukuyamy zawdzięcza swoją ogromną wagę. Nie trzeba być prowojennym liberałem ani antywojennym neokonserwatystą, żeby obawiać się powrotu realizmu w polityce zagranicznej. Realizm zdroworozsądkowy (zupełnie inna para kaloszy) podpowiada, że świat nie stanie się bezpieczniejszy, kiedy powrócimy do paradygmatu Kissingerowskiego, opartego na moralnym relatywizmie, wierze w "racjonalność" reżimów i niechęci do przyglądania się ustrojom innych państw. Berman myli się w swojej ocenie słuszności interwencji irackiej, ale z pewnością ma rację, kiedy podkreśla znaczenie wojny idei i pilną potrzebę zrozumienia ideologicznych celów i korzeni politycznego islamu.
Czytając konfesyjne książki prowojennego liberała i antywojennego neokonserwatysty, życzliwy obserwator zaczyna rozumieć, że u źródeł upadku projektu "stulecia wolności" legła błędna interpretacja zakończenia zimnej wojny oraz błędna interpretacja militarnego zaangażowania w Kosowie, które miało charakter przypadkowy. Oba te zdarzenia można w gruncie rzeczy zaliczyć do kategorii cudów. "Na cud można zareagować dwojako - pisze Fukuyama. - Można powiedzieć >>cuda się zdarzają<< i rozbudzić w sobie oczekiwanie, że będą się one mnożyć na całym świecie. Druga reakcja to podziękować Bogu, że nam się tak wyjątkowo poszczęściło, schować zarobek do kieszeni i zadumać się nad niepowtarzalnością wydarzeń, których właśnie byliśmy świadkami". Niestety, zarówno liberalni interwencjoniści, jak i neokonserwatyści ulegli złudzeniu, że "cuda się zdarzają". Usiłowali wpisać cud do księgi prawa natury. W wyobraźni politycznej architektów "stulecia wolności" świat był zaludniony Polskami (wedle optymistów) i Serbiami (wedle "realistów"). Projekt globalnej rewolucji demokratycznej był wersją baśni o śpiącej królewnie: wystarczy, że Książę Wolności zabije smoka i pocałuje księżniczkę, a globalna większość demokratyczna zbudzi się ze snu. Ta przepowiednia historyczna nie spełniła się, zarówno jeśli chodzi o skuteczność globalnej kampanii propagującej demokrację, jak i o możliwość prowadzenia wojen humanitarnych na dużą skalę. Liberalni interwencjoniści i neokonserwatyści popełnili ten sam błąd: zuniwersalizowali wschodnioeuropejskie doświadczenia polityczne ostatnich dwóch dziesięcioleci. Koniec zimnej wojny i demokratyzacja Europy Wschodniej, które doprowadziły do powstania na tym obszarze proamerykańskich demokracji liberalnych z gospodarką wolnorynkową, to nie był model, który dałoby się powielić w takich regionach świata jak Bliski Wschód.
U zwycięzców zanika ciekawość, pisał Carl Schmitt, i podobnie jak w wielu innych sprawach miał rację. U zwycięzców zimnowojennych ciekawość uległa atrofii. Takie ogólnikowe pojęcia jak tyrania i totalitaryzm przesłoniły im specyfikę rozmaitych represyjnych reżimów na całym świecie. W globalnym pędzie do demokratyzacji zagubiła się wrażliwość na kontekst. I dlatego każdy demokratyzator powinien przeczytać pean Bermana na cześć politycznego dziedzictwa pokolenia '68 i przewartościowanie programu neokonserwatywnego przez Fukuyamę. Na półkach księgarskich wciąż brakuje wschodnioeuropejskiego spojrzenia na koniec "stulecia wolności". W ostatecznym rozrachunku było to stulecie wschodnioeuropejskie. A uogólnienie wschodnioeuropejskiego doświadczenia demokratyzacji położyło tej epoce kres.
p
, ur. 1965, politolog, analityk spraw międzynarodowych, prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii - think tanku doradzającego w obszarze polityki zagranicznej i wewnętrznej. Wykłada na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie i w Instytucie Remarque'a na New York University. Zajmuje się przede wszystkim zagadnieniami związanymi z sytuacją społeczeństw postkomunistycznych. Autor m.in. książki "The Anti-Corruption Trap" (2004). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - w nrze 43 z 26 października ub.r. zamieściliśmy jego tekst o rosyjskiej polityce zagranicznej "Putinowskie >>społeczeństwa obywatelskie<<?".