Dziennik Gazeta Prawana logo

Polityka i uczucia

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Marcin Król, polemizując z Rafałem Matyją i Andrzejem Nowakiem, zwraca uwagę, że nadzieje na to, iż polityka będzie się opierać na zaufaniu czy tym bardziej na rozumianej po arystotelesowsku przyjaźni są płonne. Życie polityczne nigdy (przynajmniej w epoce nowożytnej) nie było domeną uczuć, a przede wszystkim pragmatycznej kalkulacji. I właśnie profesjonalnego pragmatyzmu najbardziej - zdaniem Króla - brakuje polskim politykom.

p

W swoim interesującym szkicu Rafał Matyja ("Europa" nr 10 z 8 marca br.) sformułował trafną bez wątpienia tezę: w polskiej polityce powstała "Sytuacja", która sprawia, że wysiłki, intencje i zachowania polityków nie mogą wykroczyć poza pewną barierę i dlatego niemal na nic się nie zdają. Barierę tę stanowi powszechny brak zaufania. Rzeczywiście dominuje on w świecie polityki, co niezwykle utrudnia jakiekolwiek pragmatyczne postępowanie. Jednak - chociaż obserwacja jest trafna - Rafał Matyja pisze tak, jakby uważał, że w polityce kiedykolwiek istniało zaufanie. Otóż Homer, Szekspir i niemal wszyscy myśliciele polityczni, z wyjątkiem utopijnych socjalistów, uczą nas, że tam, gdzie mamy do czynienia z władzą, nie ma mowy o zaufaniu. Skoro nawet średniowieczne pojęcie "honoru" nie gwarantowało w polityce zaufania, to czego oczekiwać od czasów współczesnych. Rafał Matyja rozumnie zatem wskazuje na zjawisko, ale zjawisko to stanowi zaledwie symptom - można rozważać jedynie skalę braku zaufania, a wtedy rzeczywiście stwierdzimy, że sytuacja w Polsce jest dramatyczna.

Dramatyzm osiągnąłby zapewne poziom szekspirowski, gdyby nie to, że brak zaufania w medialnej demokracji przybiera często raczej humorystyczny niż dramatyczny wymiar. Jednak nasze poczucie, że politycy nie są już warci najmniejszej uwagi, nie jest roztropne, gdyż od polityki jako takiej nie mamy żadnej ucieczki. I nawet jeżeli jest tak, że wielu polityków nie ponosi osobistej odpowiedzialności za to, że uruchomili mechanizm malejącego zaufania, ponoszą odpowiedzialność za to, że ani im w głowie mechanizm ten jakoś powstrzymać, spowolnić, ograniczyć. Odpowiedzialność ta natomiast o tyle ich obciąża, że zachowują się tak, jakby byli bankierami, którzy co chwila zmieniają oprocentowanie kredytu, pożyczają pieniądze na rok, a domagają się zwrotu po miesiącu i nie sprawdzają danych klienta, a potem się dziwią, że jest niewypłacalny.

Polska polityka jest bowiem w rękach ludzi, którzy nie są politykami profesjonalnymi. Gdyby nimi byli, wiedzieliby, że naturalny brak zaufania do ludzi trzeba zastąpić budowaniem odpowiednich instytucji, które takie zaufanie wymuszają. I że nawet w najbardziej dramatycznych sporach powinien wyraźnie być obecny wpływ nie tyle "kultury demokratycznej", bo w jej istnienie nie wierzę, lecz zdroworozsądkowego przekonania, że trzeba będzie zawierać koalicje, więc nie można palić wszystkich mostów za sobą, że czasem trzeba pójść na kompromis i że najlepiej robić to po cichu. Tu całkowicie zgadzam się z Rafałem Matyją, że pomysł PO, by rozmowy koalicyjne prowadzić publicznie, należał do gatunku tych nieprofesjonalnych, dziecinnych zachowań. Jednak także inne partie polityczne - zwłaszcza PiS - za dużo mówią, co sprawia, że same ograniczają sobie pole manewru, gdyż łatwiej je potem trzymać za słowo, chociaż i to okazuje się niepodobieństwem.

Nadzieje Rafała Matyi na powrót zaufania uważam za chwalebne, choć naiwne, natomiast nadzieje Andrzeja Nowaka ("Europa" nr 22 z 31 maja br.) na zbudowanie w Polsce prawdziwej demokracji opartej na rozliczeniu z przeszłością i przyjaźni (w arystotelesowskim rozumieniu) mam za kompletnie poronione, a nawet niebezpieczne. Też marzyłbym o świecie, w którym demokracja jest zgodna z republikańskim ideałem. Jednak nie jest i nie będzie, co więcej, nie wierzę nawet w to, że demokracja może w dzisiejszych czasach realizować bliskie memu sercu ideały "dobra wspólnego", bowiem stała się ona w krajach Zachodu metodą na pragmatyczne, sprawiedliwe i gwarantujące rozwój gospodarczy rządzenie. I niczym więcej. Stąd instytucje, których tak nie lubi Nowak, czyli media, trybunały konstytucyjne czy banki centralne będą bardziej wpływowe i liczne, a nie odwrotnie, bo demokracja, z jaką mamy do czynienia, to demokracja ekspercka i zapewne na razie, w perspektywie kilku dekad, inaczej nie będzie. Wynika to przede wszystkim ze stopnia skomplikowania rzeczywistości, z tego, że dobra służba zdrowia lub dobrze skonstruowane podatki wymagają wielkiej wiedzy, jakiej nie posiadają nawet najbardziej światli obywatele. Dlatego brak profesjonalizmu polityków jest w Polsce tak dotkliwy, bo kiedy słyszymy, co mówią na temat NBP czy Trybunału Konstytucyjnego, to jakbyśmy słyszeli projekty polityczne, jakie dwóch starszych panów układa sobie przy porannej kawie na ławeczce w parku. I to jest fatalne.

Andrzej Nowak sądzi, że lekarstwem na te bolączki demokracji, na ten jej ekspercki kierunek rozwoju, który zaiste nie budzi także mojego entuzjazmu, może być polityka historyczna. Ale rozumowanie to jest nie tylko nieroztropne, lecz także niebezpieczne. Albo za politykę historyczną wezmą się politycy, a wtedy będzie fatalnie, bo jeszcze bardziej podzielą społeczeństwo, albo publicyści, którzy brakiem wiedzy i stronniczością także doprowadzą do pogłębiania podziałów, które w moim przekonaniu są znacznie mniejsze, niż się często sądzi.

Nie ma bowiem jednego sposobu patrzenia na przeszłość i nie ma jednego patriotyzmu. Jedną słuszną wizję przeszłości można narzucić tylko odgórnie i wtedy trzeba to zrobić siłą. Pozostaje zatem jedynie klasyczne rozwiązanie: powolna praca historyków i spokojna publiczna debata ludzi, którzy nie oskarżają nikogo, a próbują powiedzieć, co i jak rzeczywiście było. Elementem takiej spokojnej i roztropnej polityki historycznej powinna być także ocena okresu od 1989 roku. Za dowód choroby umysłowej uważam poglądy, które przekreślają niebywały dorobek tego okresu. "Sytuacja", o której pisze Rafał Matyja, to niejedyne dziedzictwo tych 17 lat. Natomiast problem, jaki warto byłoby postawić, to kwestia, dlaczego mamy tak pozbawioną profesjonalizmu klasę polityczną, która niemal w całości już była na scenie w 1989 roku, a często i wcześniej? Poszukując odpowiedzi, sugerowałbym trzy kierunki myślenia. Po pierwsze nadmierna personalizacja polskiej polityki - a przecież już Monteskiusz pisał, że polityka demokratyczna powinna być "zdepersonalizowana", czyli powinno rządzić prawo, a ludzie winni być jego anonimowymi wykonawcami. Po drugie nieustanne zrywanie ciągłości i brak nie tyle zaufania, co elementarnej lojalności, co sprawia, że nie ma i nie było sensownej opozycji ani razu w historii po 1989 roku, a zatem nie istniał proces edukowania polityków do przyszłego rządzenia. Po trzecie, w epoce pragmatyzmu polska polityka podlega zupełnie nierozumnej i niezrozumiałej dla społeczeństwa ideologizacji, a ideologowie nigdy nie są dobrymi pragmatycznymi politykami. Idiotyczny podział na tych, co "solidarni" i tych, co "liberalni", jest nadal podtrzymywany.

A co na to wszystko społeczeństwo? Nie wiem, bo nie wypowiadam się w jego imieniu. Zauważmy jednak, że brak roztropności polityków może doprowadzać do bardzo poważnych konsekwencji, zaś ideologizacja jeszcze te konsekwencje pogłębia, co widać na przykładzie obecnej Francji, gdzie protesty w niesłusznej sprawie zostały skwapliwie wykorzystane przez socjalistów i resztki komunistów. Dajmy więc może spokój zaufaniu, przyjaźni, prawdziwej demokracji, demosowi, pamięci i polityce historycznej, a spróbujmy walczyć w miarę naszych publicystycznych sił o pragmatyczną i profesjonalną politykę.

p

, ur. 1944, filozof, historyk idei, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Redaktor naczelny pisma "Res Publica Nowa". Zajmował się historią polskiej myśli politycznej: "Sylwetki polityczne XIX wieku" (1974; wraz z Wojciechem Karpińskim), "Style politycznego myślenia" (1979). Jeden z najważniejszych polskich przedstawicieli myśli liberalnej, której poświęcił książki: "Liberalizm strachu i liberalizm odwagi" (1996), "Bezradność liberałów" (2005). Ostatnio opublikowaliśmy jego tekst "Utylitaryzm Petera Singera" (nr 19 z 10 maja br.).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj