Dziennik Gazeta Prawana logo

Niepewny sojusznik

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Czy intelektualiści są odpowiednimi sojusznikami dla polityków? Rozmowa "Europy" z Francisem Fukuyamą wydaje się temu przeczyć. Jego "Koniec historii" był nie tylko jedną z ważniejszych książek początku lat dziewięćdziesiątych. Był także najgłośniejszym manifestem zachodniego optymizmu. U schyłku ZSRR amerykański filozof sformułował tezę, że zachodni model ustrojowy łączący liberalną demokrację z wolnorynkowym kapitalizmem stanie się - a właściwie już jest - modelem dominującym. Jego akceptacja w skali całego globu jest tylko kwestią czasu, skoro po upadku komunizmu nie ma dla niego żadnej poważnej alternatywy.

Ponieważ amerykańscy neokonserwatyści - w przeciwieństwie do swoich wiecznie pesymistycznych i zrzędzących tradycjonalistycznych przodków - postanowili być po raz pierwszy historiozoficznymi optymistami, wybrali sobie książkę Fukuyamy na filozoficzny manifest.

Problem w tym, że takie alternatywy cały czas istniały, a zamachy z 11 września miały pokazać siłę jednej z nich. Fukuyama nawet wówczas nie zgłaszał jednak wątpliwości co do politycznego zastosowania swoich przemyśleń przez rządzących Ameryką neokonserwatystów. Był optymistą, jeśli chodzi o budowanie demokracji na Bliskim Wschodzie, a także w swojej ocenie perspektyw demokratycznej przebudowy Iraku.

Dzisiaj, kiedy perspektywa zbudowania w Iraku demokracji - i to takiej, która nie oddałaby natychmiast władzy w ręce proirańskich szyitów - okazała się odległa, pesymizm przeważył nad optymizmem, a Fukuyama stał się jednym z jego wyznawców. Rodzi się jednak pytanie, czy możemy sobie dzisiaj wyobrazić dobrą alternatywę dla militarnej obecności USA na Bliskim Wschodzie? Czy błąd Busha - bo z perspektywy kilku lat jego decyzja o interwencji zaczyna wyglądać na błąd - nie należy do kategorii błędów zmieniających w sposób nieodwracalny podstawowe przesłanki uprawiania polityki?

Nawet najbardziej zaprzysięgli krytycy neokonserwatywnych Republikanów, czyli amerykańscy Demokraci, o ile przejmą władzę w USA, nie będą się mogli wycofać z Bliskiego Wschodu, bo pozostawiliby cały region - także Izrael - sam na sam z rosnącą polityczną i militarną potęgą islamu. Przyznają to już zresztą głośno najbardziej realistyczni spośród nich tacy jak Hillary Clinton czy Joe Lieberman.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj