Dziennik Gazeta Prawana logo

Nie mogę dłużej popierać neokonserwatyzmu

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Słynny amerykański filozof polityki Francis Fukuyama bierze rozbrat z neokonserwatyzmem, do którego rozwoju walnie się przyczynił. Wydany przez niego w roku 1992 "Koniec historii" stał się inspiracją dla polityki obecnej administracji, w tym dla decyzji o inwazji na Irak, która miała doprowadzić do zbudowania w tym kraju liberalnej demokracji. Niestety - żali się Fukuyama - Bush odczytał "Koniec historii" w taki sam sposób, w jaki Lenin odczytał Marksa - uznał, że historia wymaga świadomej organizacji, kierownictwa i nadzoru. "Ciągle sądzę, że w długim okresie liberalna demokracja stanie się powszechnym systemem politycznym, jestem jednak bardzo sceptyczny co do prób przyspieszenia tego procesu" - mówi Fukuyama.

p

Czym grozi całkowita ślepota na tę sprzeczność, przekonaliśmy się w Iraku. Wcześniej, w czasie II wojny światowej i w okresie konfrontacji z blokiem komunistycznym, kluczową rolę odgrywały względy bezpieczeństwa. Zostaliśmy zaatakowani w 1941 roku, a potem czuliśmy się zagrożeni przez Sowietów. Kwestie moralne, chęć zaprowadzenia sprawiedliwości, odgrywały pewną rolę, ale zawsze były jedynie dodatkiem, sposobem utwierdzenia się w przekonaniu, że postępujemy słusznie. Kłopoty pojawiły się wraz z pomysłem, że Ameryka może użyć swojej przewagi militarnej, by rozwiązać problemy całego świata. W rzeczywistości nie jesteśmy w stanie tego zrobić, a nasza naiwność czyni rzeczy jeszcze gorszymi.

Oczywiście, nigdy nie leżało w interesie Stanów Zjednoczonych, by kraj, który chce produkować broń jądrową, napada na sąsiadów i łamie prawa człowieka, zarabiał krocie na eksporcie ropy naftowej. Jest wiele powodów strategicznych, by zapobiec takiej sytuacji. Zwolennicy teorii spiskowych sugerują jednak, że za działaniami rządzących kryją się jedynie interesy ekonomiczne. Że celem Amerykanów było zdobycie kontroli nad złożami ropy naftowej. To niezbyt odpowiada prawdzie. Światowy przemysł naftowy nie chciał wojny z Saddamem Husajnem. Wprost przeciwnie - dążył do zniesienia nałożonych na niego sankcji. Wtedy mógłby inwestować, kupować ropę i tak dalej. Jeśli chodzi o broń masowego rażenia, to myślę, że ludzie w administracji Busha naprawdę po prostu się pomylili. Winę ponosi także wywiad, który chyba wszędzie na świecie przesadza z oceną dowodów. Mam wrażenie, że jego analitycy do dziś myślą, że celem Saddama była produkcja broni jądrowej. Jednak nawet ta błędna ocena sytuacji nie musiała prowadzić do akcji zbrojnej. W okresie bezpośrednio poprzedzającym inwazję wywiad był o wiele ostrożniejszy w formułowaniu twierdzeń o związkach między irackim programem zbrojeniowym a terrorystami niż politycy.

Koniec historii" był często rozumiany jako twierdzenie, że wszyscy ludzie na świecie są spragnieni wolności i że doprowadzi to do sytuacji, w której wszystkie kraje świata staną się liberalnymi demokracjami. Nie to chciałem powiedzieć. Napisałem książkę o modernizacji. Tym, co uważałem za uniwersalne, nie było pragnienie liberalnej demokracji, lecz chęć życia w nowoczesnym społeczeństwie z rozwiniętą technologią, wysokimi materialnymi standardami życia, dobrą opieką medyczną i szerszym dostępem do świata. W dłuższej perspektywie wszystko to może zagwarantować jedynie liberalna demokracja. Nie oznacza to jednak, że ludzie, którzy chcą nowoczesności, chcą również liberalnej demokracji i że przejście do niej może dokonać się w dowolnym momencie. Żadna z udanych demokratycznych transformacji wspieranych przez USA w ostatnich 20 latach - a było ich wiele, poczynając od Filipin w 1986 roku, do Gruzji w 2003 i Ukrainy w 2005 - nie została wywołana przez Amerykę. Możemy i powinniśmy pomagać narodom, które chcą demokracji, ale nie powinniśmy wierzyć, że jest ona naturalnym stanem, który zapanuje wszędzie, gdzie obalimy dyktaturę.

Właśnie. Według Kena Jowitta odczytali oni "Koniec historii" w taki sam sposób, w jaki Lenin odczytał Marksa. Uznali, że przewidywania są trafne, lecz żeby mogły się sprawdzić, historia wymaga świadomej organizacji, kierownictwa i nadzoru. Ciągle sądzę, że w długim okresie liberalna demokracja stanie się powszechnym systemem politycznym, jestem jednak bardzo sceptyczny co do prób przyspieszenia tego procesu. Ten sceptycyzm jest wynikiem długiej ewolucji moich poglądów. Jeśli porówna pan wydaną w 1992 roku książkową wersję "Końca historii" z oryginalnym artykułem z 1989, zauważy pan, że wprowadziłem mnóstwo zastrzeżeń dotyczących kultury, poziomu rozwoju i relacji między światem polityki a ekonomii.

W przeciwieństwie do innych neokonserwatystów, nigdy nie byłem przekonany o słuszności inwazji na Irak. Pod koniec lat 90. byłem zwolennikiem przyjęcia twardszej polityki wobec Bagdadu, ale przed 11 września nikt poważnie nie rozważał opcji militarnej. Wiosną 2002, na rok przed inwazją, zostałem zaproszony do udziału w tworzeniu długoterminowej strategii amerykańskiej walki z terroryzmem. To w tamtym okresie doszedłem do wniosku, że wojna nie ma sensu. Okazało się, że moi koledzy mieli zupełnie odmienne zdanie. W roku 2004 byłem zdumiony tym, że większość neokonserwatystów uznała operację w Iraku za bezsporny sukces - mimo że nie znaleziono tam broni masowego rażenia, mimo że kraj pogrążył się w chaosie i mimo że Stany Zjednoczone, za sprawą jednobiegunowej strategii promowanej przez Charlesa Krauthammera, znalazły się w izolacji niemal na całym świecie. To wtedy pomyślałem, że neokonserwatyzm - zarówno jako polityczny symbol, jak i pewien kierunek myślenia - stał się czymś, czego nie mogę dłużej popierać.

Na prawicy oprócz opcji neokonserwatywnej mamy do czynienia także z jacksonowskim nacjonalizmem, który jest najsilniejszy w stanach zdominowanych przez republikanów, w środowiskach, z których wywodzi się wielu żołnierzy walczących na Bliskim Wschodzie. Ci ludzie poparli wojnę w Iraku, bo wierzyli, że toczy się ona w obronie USA - a nie po to, by ustanowić tam demokrację. Ich tradycyjną receptą jest izolacjonizm. Zwycięstwo takiej opcji w polityce amerykańskiej jest mało prawdopodobne, w przeciwieństwie do powrotu realizmu w stylu Henry'ego Kissingera, którego adwokatami są konserwatyści, choćby Brent Scowcroft, ale również wielu Demokratów, którzy po prostu nie lubią Busha. Według mnie tak naprawdę potrzebujemy zupełnie innej opcji. Wydaje mi się, że istnieje duże poparcie dla pozycji centrowej, w której zwraca się uwagę na takie rzeczy jak sprawiedliwość, prawa człowieka i ogólna przyzwoitość rządów, lecz równocześnie mniej jest działań jednostronnych. Stany Zjednoczone nie powinny dokonywać inwazji według własnego widzimisię i nie powinny ignorować opinii międzynarodowej, przynajmniej w taki sposób, jak robiła to administracja Busha.

Nie jestem pewien, czy Hillary Clinton jest w stanie wygrać wybory, mimo że prawdopodobnie uda jej się uzyskać nominację Partii Demokratycznej. Bez względu na to, kto zostanie następnym prezydentem, nie spodziewałbym się jednak żadnej dramatycznej zmiany, bo ta już się dokonała. Administracja Busha w jego drugiej kadencji jest bardzo różna od tej, którą pamiętamy z początku prezydentury. Najlepszym tego dowodem jest powrót do wielostronnej dyplomacji, która ma rozwiązać problem północnokoreańskiego programu jądrowego. Postanowiono także napisać na nowo Strategię Bezpieczeństwa Narodowego. Następnemu prezydentowi pozostanie prawdopodobnie tylko zmiana sposobu traktowania więźniów w Guantanamo czy Abu Ghraib.

Nie. Kluczowe znaczenie będzie mieć rozwój sytuacji w Iraku i to, do jakiego stopnia USA utrzymają tam swoją obecność wojskową.

Iran jest o wiele trudniejszym problemem niż Irak. Nie jest, rzecz jasna, liberalną demokracją - brakuje w nim tolerancji dla mniejszościowych religii, nie istnieje swoboda stowarzyszania się, a wolność jednostki nie jest chroniona. Trudno też mówić o rządach konstytucyjnych, bo dowolne prawo może zostać obalone przez strażników rewolucji. W najlepszym przypadku przypomina II Rzeszę, w której istniał parlament mogący krytykować ministrów, lecz ostatnie słowo zawsze należało do Kaisera. Iran nie jest jednak również dyktaturą pozbawioną jakiejkolwiek legitymacji, jaką był Irak Saddama Husajna. Nie możemy być pewni czy Irańczycy, gdyby dać im możliwość wyboru, nie wybraliby ludzi, którzy dziś nimi rządzą.

Takie opinie są dowodem nieporozumienia, jeśli nie wręcz ignorancji. Luter nie nauczał pluralizmu i liberalizmu. Wywołał falę nietolerancyjnego religijnego fanatyzmu. Pomyślmy na przykład o Genewie Jana Kalwina. Dopiero po okresie polityki opartej na konfliktach religijnych nauczyliśmy się, że walki i wzajemne zabijanie się nie są rozwiązaniem. To właśnie chcemy dziś powiedzieć muzułmanom...

Ludzie tacy jak Barry Rubin czy Max Boot postawili tezę, że kiedy Arabowie mówią, że troszczą się o los Palestyńczyków, tak naprawdę wyrażają niezadowolenie z niedemokratycznych systemów politycznych we własnych krajach, których nie mogą zaatakować bezpośrednio. To prawda, że arabskie reżimy cynicznie wykorzystują problem palestyński do odwracania uwagi od własnych niepowodzeń. Jednak amerykańska polityka wspierania Izraela jest naprawdę niepopularna w arabskich społeczeństwach. Kiedy Arabowie mówią, że nie lubią naszej polityki zagranicznej, powinniśmy im wierzyć, a nie wysyłać ich na kozetkę do psychiatry, wmawiając im, że nie mówią tego, co myślą.

W żadnym wypadku. Trzeba jednak przyznać, że to wsparcie ma swoją cenę. Poza tym nie powinniśmy naśladować izraelskiego stylu uprawiania polityki zagranicznej. Izrael ma powody, by nie wierzyć organizacjom międzynarodowym, a wszelkie działania zbrojne planować w sposób ofensywny. Stanom Zjednoczonym taki agresywny realizm nie jest potrzebny. Są najpotężniejszym państwem na świecie i mogą sobie pozwolić na okazywanie większego zaufania partnerom.

Rząd Olmerta jest dowodem istotnej zmiany, jaka dokonała się na izraelskiej prawicy. Porzucono ideę wielkiego Izraela i zdecydowano się na bardziej realistyczny scenariusz. Niestety ta zmiana dokonała się w momencie, gdy nie ma palestyńskiego partnera do rozmów. Nowy rząd będzie kontynuować jednostronne wycofywanie się z Zachodniego Brzegu, ale nie będzie ono uznane przez Palestyńczyków. Hamas - który według mnie wygrał wybory nie dzięki radykalizmowi wobec Izraela, lecz dzięki aferom korupcyjnym za rządów Fatahu - po prostu nie jest zainteresowany wynegocjowaniem rozwiązania dwupaństwowego.

Prawdę mówiąc, uważam że Europa ma o wiele poważniejszy problem z islamem niż Ameryka. W przypadku Ameryki mamy do czynienia ze skutkiem takiej, a nie innej polityki zagranicznej, w Europie - z problemem wewnętrznym wynikającym z napływu imigrantów. Islamski radykalizm jest produktem ubocznym modernizacji, wynika z chęci odzyskania mocnej, jasno zdefiniowanej tożsamości w nowoczesnym i pluralistycznym społeczeństwie. Muzułmańscy imigranci w Europie odczuwają tę potrzebę określenia się silniej niż mieszkańcy Sudanu czy Afganistanu, bo żyją w bardziej zmodernizowanym otoczeniu. W rezultacie to Europa Zachodnia, a nie Bliski Wschód jest największą wylęgarnią terrorystów. Mohammed Atta, lider zamachowców z 11 września, zabójca Theo van Gogha oraz ludzie, którzy zaatakowali londyńskie metro - wszyscy stali się islamskimi radykałami w Europie. Postawa rdzennych Europejczyków tylko pogarsza sprawę. Europejskie społeczeństwa nie oferują imigrantom alternatywnych tożsamości, ponieważ na Starym Kontynencie - inaczej niż w USA, gdzie obywatelstwo ma charakter czysto polityczny - faktyczna przynależność do wspólnoty jest kwestią etniczną bądź religijną. Europejczycy muszą na nowo sformułować pojęcie tożsamości narodowej, tak by stała się ona bardziej dostępna dla imigrantów.

Warto podjąć próbę budowy takiej europejskiej tożsamości, ale nie wróżę jej wielkiego sukcesu. Narody Europy mają bardzo silne poczucie tożsamości i olbrzymią ilość historycznych wspomnień. To wszystko nigdy się nie rozpuści w ogólnym poczuciu bycia Europejczykiem. Także szanse na to, że Unia Europejska rozszerzy się na cały świat - jak chcą tego niektórzy euroentuzjaści - są bliskie zeru. Nawet jej ekspansja we wschodniej Europie, akcesja Turcji, stoi w obecnej chwili pod wielkim znakiem zapytania. UE stała się możliwa dzięki wyjątkowemu doświadczeniu, jakie było udziałem Europy w XX wieku - doświadczeniu II wojny światowej, Holocaustu oraz innych koszmarnych rzeczy, które przyczyniły się do powstania postnarodowej świadomości. Kraje europejskie okazały się gotowe oddać część swej suwerenności. Lecz nawet wtedy dał się odczuć znaczny opór wobec unifikacji i prób tworzenia europejskiej wspólnoty politycznej. W innych częściach świata, takich jak Rosja, Chiny, Japonia, Korea czy Ameryka Łacińska, nikt nawet nie będzie się zastanawiać nad przekazaniem suwerenności ponadnarodowemu tworowi.

Ze wszystkich rozwiniętych państw świata to właśnie Stany Zjednoczone najbardziej opierają się przekazaniu istotnych części suwerenności ciałom międzynarodowym. Widać to wyraźnie w ich stosunku do ONZ, Międzynarodowego Trybunału Karnego czy protokołu z Kioto. Administracja Busha szczególnie silnie opierała się przystąpieniu do tych porozumień, lecz nie sądzę, by wzbudziły one entuzjazm u prezydenta z Partii Demokratycznej. Dla małych krajów instytucje tego rodzaju są sposobem ograniczania władzy państw dużych i silnych. Stany Zjednoczone, które są duże i silne, nie chcą być ograniczane.

Przez multi-multilateralizm rozumiem sytuację, w której wzajemne zależności między państwami organizowane są przez szereg organizacji międzynarodowych, których kompetencje często nakładają się na siebie i które przez to czasami konkurują. Jest to realistyczna alternatywa wobec planów reformy i wzmocnienia ONZ, bo takie pomysły nigdy nie zdobędą w Ameryce wystarczającego poparcia. W zasadzie multi-multilateralizm już istnieje. USA są członkiem tysięcy organizacji międzynarodowych. W dziedzinie bezpieczeństwa czy wymiaru sprawiedliwości nie chcą współpracować. Ale w Międzynarodowej Unii Telekomunikacyjnej czy w ISO, które zajmuje się standaryzacją - owszem. A w WTO pogodziły się z szeregiem decyzji arbitrażowych, które godziły w amerykańskie przedsiębiorstwa. W warunkach globalnej gospodarki USA nie mogą żyć nie współpracując.

Rzeczywiście jest trochę niepokojących znaków na horyzoncie. Między innymi - podejmowane przez rządy europejskie, w tym polski, próby przeciwdziałania przejęciu lokalnych przedsiębiorstw przez międzynarodowe koncerny. To samo można zarzucić Stanom Zjednoczonym, gdzie ostatnio zablokowano przejęcie portów na Wschodnim Wybrzeżu przez firmę z Dubaju. Swoją drogą, w Europie ten protekcjonistyczny trend przyczynia się do narastania trudności z asymilacją imigrantów. Zasady prawa pracy są tak mało elastyczne, że ci ludzie - którzy w niektórych miastach stanowią 40 do 50 proc. mieszkańców - nie mogą znaleźć zatrudnienia i są przez to pozbawieni możliwości przyczyniania się do rozwoju społeczeństwa. Utrzymujące się wielopokoleniowe bezrobocie wzmacnia ich przekonanie, że należą do zupełnie odrębnej społeczności niż cała reszta. Jednak nawet pomijając kwestię asymilacji imigrantów, Europejczycy powinni uelastycznić prawo pracy. Sprzeciwiają się temu, ponieważ we wprost niewyobrażalny sposób mylą skutek z przyczyną. Ostatnio widać to było podczas francuskich protestów przeciw elastyczniejszym warunkom umów o pracę dla absolwentów. Protestujący chcieli chronić miejsca pracy, ale tak daleko posunięta ich ochrona jest sama w sobie przyczyną bezrobocia. To wszystko nie musi być jednak objawem jakiegokolwiek nieuchronnego trendu. Ludzkość tak bardzo korzysta z globalizacji, że jej nagły koniec wydaje się mało prawdopodobny. Na przykład Stany Zjednoczone i Chiny są dziś tak silnie związane, że próba rozplątania tych więzi miałaby zgubny charakter dla obydwu stron.

Nie tylko bezpieczeństwa. Oznacza także pomyślność gospodarczą i szereg innych rzeczy. Jej pozytywne skutki po prostu trudno jest przecenić. To dzięki globalizacji Chiny i Indie, dwa największe kraje świata, zdołały w ciągu zaledwie 10 lat radykalnie zmniejszyć rozmiary nędzy.

p

, ur. 1952, amerykański filozof, ekonomista, politolog, były wicedyrektor Zespołu Planowania Politycznego Departamentu Stanu USA, obecnie profesor George Mason University w Waszyngtonie, członek zespołu konsultantów korporacji RAND. Sławę przyniósł mu opublikowany w 1989 roku esej "Koniec historii", w którym wieszczył ostateczne zwycięstwo liberalnego ładu na świecie. W Polsce ukazały się m.in. "Koniec historii i ostatni człowiek" (1997), "Koniec człowieka. Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej" (2004), a ostatnio "Budowanie państwa. Władza i ład międzynarodowy w XXI wieku" (2005). W "Europie" nr 20 z 17 maja br. opublikowaliśmy tekst Fukuyamy "W interesie Ameryki".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj