Zmiana partii rządzącej w USA wpłynęłaby korzystnie na amerykańską politykę zagraniczną - twierdzi Robert Kagan. Nie należy się jednak spodziewać, że ewentualne zwycięstwo Partii Demokratycznej w wyborach 2008 doprowadzi do jakiegoś fundamentalnego przełomu i powstania nowej strategii. "Następny prezydent, demokrata czy republikanin, może będzie lepiej współpracował z sojusznikami i sprytniej negocjował z przeciwnikami, ale zarówno światowe realia, jak i fundamentalne cele polityki zagranicznej USA pozostaną niezmienione".
p
Czy Stany Zjednoczone dobrze na tym wyjdą, jeśli następny wyścig prezydencki wygra kandydat Partii Demokratycznej? Istnieje kilka przesłanek, które każą udzielić odpowiedzi twierdzącej, nawet jeśli ktoś nie jest wyborcą tej partii.
Demokraci muszą znowu przejąć w swoje ręce amerykańską politykę zagraniczną, co leży nie tylko w ich interesie, ale również w interesie całego kraju. Długie przebywanie w opozycji czasem popycha partie w stronę defetyzmu, utopii, izolacjonizmu albo jakiejś kombinacji tych elementów. Uzasadniona krytyka nieuchronnych błędów partii rządzącej może się wyrodzić w odrzucenie przez partię opozycyjną własnych zasad. Republikanie, którzy za czasów Ronalda Reagana i George'a Busha seniora popierali ekspansywny internacjonalizm, w latach 90. w obliczu quasi-internacjonalizmu prezentowanego przez administrację Clintona, zboczyli w stronę quasi-izolacjonizmu. W ciągu dwóch kadencji prezydenckich Woodrowa Wilsona internacjonalistyczna partia Theodore'a Roosevelta zaczęła się przekształcać w izolacjonistyczną partię Williama Boraha.
Osiem lat spędzonych w Białym Domu przez Billa Clintona pozwoliło demokratom otrząsnąć się z wietnamskiej traumy i powrócić do koncepcji liberalnego interwencjonizmu, ale lata rządów George'a W. Busha skłoniły wielu z nich do przejścia na pozycje izolacjonistyczne. Między Scyllą porażek obecnej administracji i Charybdą lewicowych krytyków z własnej partii zwolennicy Clintona albo wyrzekli się swoich dawnych przekonań, albo spuścili smętnie głowy. Ostatnio zaczynają dawać oznaki życia i mogą znowu objąć stery, jeśli w 2008 roku wygra odpowiedni kandydat demokratyczny. To nie byłoby takie złe. Nie sposób już dłużej utrzymywać, że ekipa Clintona w Departamencie Stanu była mniej kompetentna od republikanów, którzy przyszli po nich. Ale co się stanie z tymi demokratami, jeśli ich zawodnik poniesie w 2008 roku porażkę?
Za wyborem demokraty przemawia nie tylko ocalenie duszy partii, ale również zjednoczenie kraju przed ciężkimi czasami, które nas czekają. Ostatnio gdy w Białym Domu mieszkał demokrata, utrzymywanie świata pod kontrolą wydawało się w miarę wykonalne. Potem nastąpiły zamachy z 11 września, które skomplikowały sytuację. Ponieważ jedyną powrześniową polityką zagraniczną, jaką znają Amerykanie, jest polityka Busha, wielu z nich - zwłaszcza wśród demokratów - uważa, że gdyby prezydentem został ktoś inny, świat znowu dałoby się utrzymywać pod kontrolą. Bez problemu pozyskalibyśmy sojuszników do walki z al-Kaidą, wywierania presji na Iran czy zluzowania wojsk amerykańskich w Iraku. Z zagrożeniami radzilibyśmy sobie bez użycia wojska, za pomocą zręcznej dyplomacji i "soft power". Niewykluczone, że niektóre zagrożenia w ogóle by zniknęły.
Wszystko to jest jedynie czczą fantazją. Następny prezydent, demokrata czy republikanin, może będzie lepiej współpracował z sojusznikami i sprytniej negocjował z przeciwnikami, ale zarówno światowe realia, jak i fundamentalne cele polityki zagranicznej USA pozostaną niezmienione. Rozproszone zagrożenia świata pozimnowojennego nie zjednoczą i nie zmobilizują naszych europejskich sprzymierzeńców, tak jak kiedyś jednoczył ich i mobilizował Związek Radziecki - nawet zagorzały multilateralista w Białym Domu nie zdoła nakłonić ich do tego, by wydawali więcej pieniędzy na obronność albo przestali kupować ropę od Iranu. Sprytniejsza strategia negocjacyjna wobec tego ostatniego może - ale nie musi - zwiększyć szanse na powstrzymanie tamtejszego programu nuklearnego. Za pomocą "soft power" jedynie w ograniczonym stopniu można rozwiązać takie problemy jak Korea Północna czy Sudan.
Pole manewru nowej administracji nigdy nie jest tak szerokie, jak wyobrażają sobie jej zwolennicy i dlatego amerykańską politykę zagraniczną generalnie cechuje ciągłość. Gdyby w 2008 roku demokraci rzeczywiście objęli władzę, ich podejście do świata po 11 września tylko marginalnie by się różniło od podejścia Busha. I to zasadniczo podobne podejście musieliby narzucić swoim wyborcom.
Pod tym względem rok 2008 byłby powtórką z roku 1952. Partia Republikańska nie rządziła od 20 lat, kiedy Dwight Eisenhower objął urząd prezydenta. Przez ten czas wydarzyło się Monachium, II wojna światowa i początek zimnej wojny. Wielu republikanów uważało, że za wszystkie złe rzeczy, które wydarzyły się na świecie w ciągu dwóch dziesięcioleci, winę ponosi Franklin D. Roosevelt i demokraci. FRD "wciągnął nas" w wojnę z Japonią, a potem oddał Europę Wschodnią Sowietom w Jałcie. Z kolei Harry Truman przyjął katastrofalną strategię powstrzymywania. Był to okres, kiedy brylowali Joe McCarthy, Robert Taft i tacy Realpolitiker jak Walter Lippmann. Ale kiedy dowodzenie zimną wojną przejął Eisenhower i republikanie, wieszanie psów na "tchórzliwej polityce powstrzymywania" ustąpiło miejsca jej powszechnej - aczkolwiek niechętnej - akceptacji.
Kraj by na tym skorzystał, gdyby do podobnego przejęcia pałeczki doszło po wyborach w 2008 roku. Charakter i światopogląd prezydenta z reguły ma większe znaczenie niż to, jaką partię polityczną on (a w tym wypadku być może ona) reprezentuje. Demokraci, podobnie jak republikanie, mogą wystawić kandydata, któremu żadna rozsądna osoba nie powierzyłaby amerykańskiej polityki zagranicznej. Z drugiej strony republikanie mogą nominować kogoś zdolnego do pozyskania szerokiego poparcia demokratów, co przynajmniej częściowo położyłoby kres szkodliwej polaryzacji poglądów społeczeństwa na politykę zagraniczną. Sądzę jednak, że dzisiejsza polityka zagraniczna dobrze na tym wyjdzie, jeśli druga partia również otrzyma swoją szansę.
p
, ur. 1958, neokonserwatysta, ekspert w Carnegie Endowment for International Peace. Autor m.in. bestselleru "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" (wyd. pol. 2003). W czasie prezydentury Ronalda Reagana pracował w Departamencie Stanu. Publikuje w "The New Republic", "Washington Post" i "Weekly Standard". Mieszka w Brukseli. W "Europie" nr 20 z 17 maja br. zamieściliśmy jego tekst "Liga dyktatorów".