Dziennik Gazeta Prawana logo

Katolicy nie potrafią udowodnić swych racji

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Zdaniem Richarda J. Neuhausa katolicy powinni niezwykle ostrożnie podchodzić do ideologicznych projektów funkcjonujących w obrębie sfery publicznej. Nie mogą też traktować samego katolicyzmu jako jednego z takich projektów. Autorytatywne występowanie z pozycji "prawdy absolutnej" nie jest najlepszym sposobem obrony prawd wiary. "Powinniśmy raczej zaczynać od konkretnych zagadnień, wokół których istnieje niezgoda, nieporozumienie. I szukać indywidualnych doświadczeń prawdy".

p

Po pierwsze mamy do czynienia z bardzo znaczącą zmianą języka, w stosunku do tego, jakiego obecny papież używał, pełniąc funkcję prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Pamiętamy, że kardynał Ratzinger był rozpoznawalny jako ta osoba w Rzymskiej Kurii, która najodważniej, najbardziej wprost, wyrażała trudną, heroiczną wizję przyszłości chrześcijaństwa. Pisał o prawdopodobieństwie powrotu wierzących do katakumb, a nawet o możliwości nowych prześladowań chrześcijan - i to na Zachodzie. Jego stanowisko uchodziło - w potocznym odbiorze - za pesymistyczne, w odróżnieniu od optymizmu Karola Wojtyły, ufnie spoglądającego w przyszłość.

Na pewno nie. W rzeczywistości ani kardynał Ratzinger nie był pesymistą, ani Jan Paweł II optymistą. Optymizm jest po prostu kwestią optyki, miarą tego, co chce się widzieć, a czego nie. Chrześcijaństwa tak opisać nie można, gdyż jedyną właściwą kategorią opisu miejsca Kościoła w historii jest kategoria nadziei. I obaj papieże się w niej mieszczą. Tutaj nie ma innego odczytania doktryny, jest inne rozłożenie akcentów, inna wrażliwość duszpasterska. Jeśli przyjrzymy się pierwszej encyklice Benedykta XVI "Deus caritas est", to zauważymy, że wyraźnie składa się z dwóch części. W pierwszej papież podkreśla centralną prawdę wiary katolickiej: Bóg jest miłością, zmartwychwstały Chrystus u kresu historii zatriumfuje. W drugiej części encykliki Benedykt XVI zauważa, że celem Kościoła nie jest ustanawianie Królestwa Bożego na ziemi, bowiem Królestwo Boże nie jest z tego świata, człowiek na ziemi pielgrzymuje do swojej prawdziwej ojczyzny. W trakcie tej podróży wspólnota ludzi Kościoła ma być wspólnotą miłości, wyraźnie tym samym różniącą się od tego świata - pełnego napięć i niepokoju.

To raczej Jan Paweł II bardzo szybko zaczął wpływać na intelektualne wybory "pokolenia Ratzingera". Tym razem "światło szło ze Wschodu". Myśl Karola Wojtyły ukształtowana przez personalizm i fenomenologię pozostawiła trwałe ślady w nauce Kościoła, encyklikach, oficjalnych wystąpieniach. Wydaje mi się, że o Benedykcie XVI nie można powiedzieć tego samego. Podejrzewam, że chce pozostawić nauczanie magisterium Kościoła wolne od swoich pasji filozoficznych czy zainteresowań teologicznych.

W wystąpieniach Benedykta XVI bardzo często pojawiały się wyraźne postulaty należące do pewnej wizji antropologicznej. Papież wskazuje na istniejące we współczesnej kulturze napięcie pomiędzy różnymi koncepcjami osoby ludzkiej. Przy podejmowaniu moralnych decyzji istotne jest, czy osoba ludzka rozumiana jest jako produkt społeczno-kulturowy albo wręcz rezultat chemicznych procesów, czy to raczej rozum odgrywa priorytetową rolę w definiowaniu natury ludzkiej. Benedykt XVI razem z Kościołem podkreśla, że to rozum rozstrzyga o pełni człowieczeństwa. Rozum, który naturalnie jest zorientowany na Chrystusa. Zatem Benedykt delikatnie, ale wytrwale angażuje się w jedną z najważniejszych debat naszych czasów: pytanie o naturę człowieka, wyrastającą ze sporu ze zwolennikami koncepcji człowieka rozumianego jako konstrukt zmiennych kulturowych. Kościół oczywiście nieodmiennie podkreśla, że poprawne postawienie kwestii antropologicznej wymaga uwzględnienia rozumu i prawa naturalnego.

Twierdzę, że w tej materii katolicy muszą być bardzo ostrożni. Nie wolno nam mieszać ze sobą porządków, które z istoty nie są tożsame. Projektów ideologicznych nie sposób pogodzić z Królestwem Bożym. Kościół zawsze był zorientowany na horyzont eschatologiczny. Nie inaczej jest obecnie. Chrześcijanie powinni poddawać każdy doczesny porządek polityczny czy kulturowy osądowi ostatecznej prawdy Królestwa Bożego. Nie możemy jednak zapominać, że mamy konkretne zadania wynikające z odpowiedzialności za moment dziejowy, w którym się znajdujemy. Dla tych spośród nas, którzy nie mają powołania zakonnego, niezależnie od tego, czy znajdujemy się w przestrzeni aktywności politycznej, kulturowej, naukowej czy biznesowej, wynikają określone zobowiązania. Tam, gdzie zostaliśmy umieszczeni przez Opatrzność, mamy starać się o przybliżenie do prawdy i dobra. Zawsze jednak musimy być świadomi, że odbywamy pielgrzymkę do naszej prawdziwej ojczyzny, która nie jest z tego świata.

Z trafnością apokaliptycznych scenariuszy bywa różnie. Jednak nie sposób przeoczyć faktu, że późna nowoczesność przyniosła liczne katastrofy i że są one konsekwencją słabnięcia świadomości religijnej. W Ameryce mamy ponad milion aborcji rocznie, 40 milionów aborcji rocznie na całym świecie. Jeśli ktoś wierzy w to, że nienarodzone dziecko jest osobą ludzką przeznaczoną do życia wiecznego, to jest to straszliwa katastrofa. Dodajmy do tego eksperymenty na embrionach, eutanazję zalegalizowaną w niektórych miejscach na świecie. Apokaliptyczne tony są zresztą charakterystyczne dla reprezentantów różnych stronnictw, zarówno prawicowych, jak i lewicowych. Idee oświeceniowe obrały zróżnicowane kierunki rozwoju, zmieniały się ich trajektorie historyczne. Dlatego dziś musimy wzbraniać się przed różnymi rodzajami determinizmu, czy jest to ideologiczny determinizm w rodzaju marksizmu-leninizmu, czy też idealistyczny determinizm filozoficzny. Szczęśliwie w historii niezwykle rzadko udawało się doprowadzić idee do ich logicznych konsekwencji. Mamy raczej do czynienia z napięciem różnych idei, które wzajemnie się korygują i ograniczają tragiczne konsekwencje błędnych koncepcji.

Prawda może - ale nie musi - być osłabiana przez fakt, że jest zapośredniczona przez rozmaite filtry oraz uwarunkowania intelektualne czy kulturowe. Dla chrześcijan, którzy wierzą, że Bóg stał się człowiekiem, wcielił się w ludzką kondycję, oznacza to również, że tajemnica wcielenia objęła także najbardziej nawet różnorodne dokonania ludzkiej myśli i kulturowe uwarunkowania. Druga Osoba Trójcy Świętej urodziła się w konkretnym miejscu geograficznym, przynależała do konkretnej kultury, posługiwała się szczególnym językiem, podlegała ograniczeniom takim jak inni ludzie. Z tej prawdy wyprowadzić można bardzo mocne wnioski. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w odczuciu wielu osób koncepcja prawa naturalnego ma specyficznie "katolicką markę", tak że zatraca swoje uniwersalne znaczenie. To jest prawdziwa trudność. Samo brzmienie słowa "prawo" wywołuje współcześnie alergiczny odruch. Prawo to jest coś arbitralnego, naznaczonego z góry. Ja akurat nie jestem rygorystycznym orędownikiem argumentowania z pozycji prawa naturalnego, jak to czyni wielu z moich przyjaciół. Nawet nie z powodu tego, że się z nimi nie zgadzam, ale z powodu ograniczonych możliwości perswazyjnych samego zwrotu "prawo naturalne". Chociaż nie wiem, jakim lepszym słowem należałoby go zastąpić. Może trzeba mocniej zwracać uwagę na to, że istotą prawa naturalnego jest przekonanie, iż człowiek partycypuje w umyśle bożym? Wydaje mi się, że w przyszłości powinniśmy znaleźć argumentację, w świetle której stanie się oczywiste, że nasz rozmówca w swoich wyborach życiowych opiera się na gruncie prawa naturalnego, nawet jeśli nie używa tego zwrotu i nie zdaje sobie sprawy z istnienia takiego konceptu. Przykładowo: w rozmowie z osobami, które nie wierzą w istnienie prawd absolutnych, można spytać, czy wyobrażają sobie sytuację, że w jakimś kontekście kulturowym mogliby uznać gwałt za uprawniony. Zapewne wszyscy powiedzą, że nigdy gwałtu nie da się usprawiedliwić. Zatem gwałt jest bezwzględnie zły, rasowa dyskryminacja jest zła. Istnieją wobec tego pewne trwałe, nieulegające relatywizacji elementy. W drodze dialogu można dojść do wniosku, że obowiązuje coś takiego jak prawda moralna. Możemy zetknąć się z takim rozumieniem prawdy i fałszu, które - jeśli można tak powiedzieć - są oczywiste same przez się, które są naturalne, które są właściwie jak prawo.

Przypomniałbym, że współcześni ludzie są tak samo łatwowierni, ufni, niekonsekwentni w myśleniu, jak ich poprzednicy. Jednak w pewnych środowiskach, zwłaszcza w świecie akademickim, trzeba się stosować do reguł gry. A te są wyznaczane przez ducha podejrzliwości, dziedzictwo Nietzschego, Freuda i Marksa. Przypuszczam jednak, że kładzenie nacisku na problem osiągalności prawdy absolutnej nie jest dziś wcale najlepszym sposobem obrony katolicyzmu. Powinniśmy raczej zaczynać od konkretnych, szczegółowych zagadnień, wokół których istnieje niezgoda, nieporozumienie. I szukać porozumienia z konkretną osobą, szukać indywidualnych doświadczeń prawdy. W ten sposób - niekiedy tylnymi drzwiami - dochodzi się do katolickiego rozumienia prawdy absolutnej. Chcę jeszcze dodać, że nie można łatwo odrzucać podejrzliwego nastawienia nowoczesności. Zbyt wiele fałszywych nadziei roztaczano w toku historii. Wiem, że nie brakuje osób przekonanych, że cała historia ludzkości polega na machaniu flagą nadziei w obliczu lęku przed śmiercią. Lęk jest potężną siłą, przyczynia się do generowania różnych narracji odwracających uwagę od naszego największego wroga - śmierci, niszczycielki sensu i wszystkiego co znamy. Ale to nie tylko lęk rządzi rzeczywistością. A co z flagą zwycięstwa, zwycięstwa miłości nad śmiercią ujawnioną przez Chrystusa? Na tym właśnie polega chrześcijański zakład, chrześcijańskie ryzyko. Czy można dziś udowodnić, że chrześcijanie się nie mylą? Nie. Czy mimo to można być pewnym, że Chrystus zmartwychwstał i zwyciężył śmierć? Tak.

p

, ur. 1936, pisarz i teolog amerykański. Był pastorem protestanckim, który w 1991 roku przeszedł na katolicyzm i obecnie jest księdzem w diecezji nowojorskiej. Jest także redaktorem naczelnym katolickiego miesięcznika "First Things". W Polsce ukazały się m.in. "Biznes i Ewangelia" (1993) oraz "Śmierć w piątek po południu" (2001). W "Europie" nr 2 z 11 stycznia br. zamieściliśmy jego tekst "Nasz amerykański Babilon".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj