Pod koniec ubiegłego roku w prestiżowym wydawnictwie Random House w Nowym Jorku ukazał się najnowszy tom wierszy Billy'ego Collinsa pod tytułem "Kłopot z poezją". Collins to być może jedyny poeta amerykański utrzymujący się z pisania wierszy. Jego książki niezmiennie zajmują pierwsze miejsca na listach poetyckich bestsellerów. Do niedawna był poetą-laureatem przy Bibliotece Kongresu USA, a obecnie piastuje zaszczytne stanowisko poety-laureata stanu Nowy Jork. Lecz mimo stutysięcznych nakładów jego tomów, licznych nagród i honorów, Billy Collins wciąż jest w pewnym sensie kłopotem dla krytyków, którzy zarzucają mu stylistyczną gładkość i tematyczną powtarzalność przejawiającą się w zainteresowaniu paradoksem. Skąd zatem bierze się siła jego poezji? Być może właśnie z bezkompromisowości i dociekliwości
w znajdowaniu paradoksów. Wiersze Collinsa wydają się świadome postmodernistycznej "przepaści", to znaczy umowności wielkich i małych narracji, jak i samego narratora. Ale potrafią one o tej przepaści mówić z humorem, co decyduje o ich powodzeniu wśród czytelników. W przeciwieństwie do takich poetów jak John Ashbery Collins używa ironii, która nie burzy realizmu czy też iluzji "patrzenia" przez język na świat. Co nie zmienia faktu, że również dla Collinsa realizm jest iluzoryczny. Poeta prowadzi z czytelnikiem rodzaj podwójnej gry: z jednej strony głosi koniec poezji wywodzącej się z romantyzmu, a z drugiej robi to w sposób narracyjny i właśnie romantyczny. I ta dwuznaczna sytuacja sprawia największy kłopot krytykom. Na szczęście nie czytelnikom...
p
Obliczono, że na każdy egzemplarz Biblii Gutenberga... zużyto skóry 300 owiec
- z artykułu na temat drukarstwa
Widzę je, jak stoją ściśnięte w zagrodzie
za kamiennym budynkiem,
gdzie mieści się drukarnia,
rzucają się na wszystkie strony,
próbując znaleźć trochę miejsca,
i są do siebie tak podobne,
że policzenie ich
byłoby niemal niemożliwe,
i nie da się stwierdzić,
która z nich poniesie w świat nowinę,
że Pan jest pasterzem,
jedną z niewielu rzeczy, jakie już wiedzą.
mówiło się w ogólniaku na kogoś,
kto depcząc sznurówki przewracał się na korytarzu
i rozrzucał wokół książki i zeszyty.
A ktoś, kto wpadał na otwarte drzwi szatni,
był znany jako Einstein,
który wymyślił jazdę tramwajem w nieskończoność.
Później geniuszem stawał się ktoś,
kto potrafił wziąć kawałek kredy i wyeskortować pi
do stu cyfr po przecinku,
albo ktoś, kto stał na rusztowaniu z napisem na plecach,
albo rysował wodny młyn na marginesie,
albo zapuszczał w nocy cichą muzę.
Ale kilka dni wcześniej, idąc drewnianą ścieżką,
pomyślałem, że łabędzie na tafli zbiornika
to prawdziwi geniusze:
wymyśliły one, jak latać,
jak być równocześnie pięknym i pełnym siły,
i jak znajdować partnerów na całe życie.
W sumie dwudziestu czterech geniuszy
(bo policzyłem je wszystkie, jak to robił Yeats)
na spokojnej, krystalicznej toni -
czterdziestu ośmiu, jeśli dodamy także ich odbicia,
albo równo pięćdziesięciu, jeśli dorzucić mnie
i psa, który biegł daleko przede mną,
mieliśmy choć na tyle oleju w głowie, że tego dnia
wyszliśmy na dwór - pies obwąchiwał ściółkę,
ja trzymałem głowę prosto w jasnym powietrzu poranka.