Czym historyczna narracja różni się od fikcji literackiej? Jaka jest relacja między nimi? Czy można w ogóle dotrzeć do tzw. prawdy historycznej? Nasz dzisiejszy rozmówca, Simon Schama, wydaje się dobrym adresatem tego rodzaju pytań zadawanych już od czasów starożytnych - jako badacz poruszający się na granicy między historią a literaturą i jako autor "Dead Certainties", książki odczytywanej niekiedy jako próba podważenia tradycyjnych dogmatów historiografii. Jego zdaniem historii nie da się w pełni oddzielić od narracji literackiej, co nie oznacza, że historycy powinni zrezygnować z dążenia do prawdy i stwarzać fikcje. Historia, która nie boi się "wielkiej narracji", lepiej przemawia do czytelnika i okazuje się intelektualnie bardziej stymulująca. Rozszerza obszar swobodnego myślenia - a to, jak twierdzi Schama, zawsze było i nadal pozostaje najważniejszym zadaniem historiografii.
p
Dead Certainties" to powieść. Powieść! O pisaniu historii, o konwencjach historycznych, które same w sobie są elementem sztuki i wpływają na to, co piszemy, co wysuwamy na pierwszy plan, jaki obraz wydarzeń przedstawiamy czytelnikowi. Zawsze dziwi mnie podejście tych osób, które próbują ją interpretować w inny sposób niż jako dzieło literackie. Powinienem zapewne na samym początku książki napisać bardzo wyraźnie, czym ona jest, żałuję, że tak nie zrobiłem. W "New York Timesie" mieli problem, gdzie umieścić recenzję - w dziale "beletrystyka" czy w dziale "literatura faktu". Cóż, to nie jest literatura faktu. To powieść o tym, jak autorzy radzą sobie z faktami. Nie mogłem przekonać moich wydawców w Ameryce, by uznali, że wydają powieść. Szkoda. Teraz zacząłem pisać powieść, obiecuję, że będzie zupełnie jasne i oczywiste od samego początku, że to literatura.
Przykro mi to słyszeć. Oczywiście, pisanie o historii jest kłopotliwe. Dotarcie do korzeni jakiegoś wydarzenia, wydobycie na powierzchnię motywów ludzi uczestniczących w nim, a następnie napisanie o tym, co się dokładnie zdarzyło, jest utrudnione nie tylko przez np. stan źródeł historycznych, ale także przez nas samych, przez nasze wyobrażenia, język, tradycję literacką, która nas kształtowała, nawyki intelektualne. Ale fakty istnieją i są realne. Auschwitz czy rewolucja francuska to bezwzględnie fakty, których nie ma powodu podawać w wątpliwość. Przyznaję, że tytuł "Śmierć pewników" miał prowokować. Jednak historia nie jest sztuką tworzenia fikcji.
Tak. Trudną sztuką. "Dead Certainties" pisałem 15 lat temu, w czasach, kiedy wciąż żywy był poststrukturalizm, w interesujący sposób podnoszący kwestię grania konwencjami jako przeszkodę w ustaleniu prawdy. Inspirowało mnie to - ale ja wcale nie myślę, że prawdy nie można odkryć ani opisać. O nie...
Owszem, wielu postmodernistów widziało w niej dzieło napisane po ich myśli. Niektórzy dostrzegli w mojej książce eksperymentalną prozę o pisaniu historii, fikcję. I to akurat było w porządku. Nie podobało mi się, kiedy widziano w niej jakiś kolejny argument na rzecz poglądu, że prawda jest niepoznawalna. Prawda jest ukryta. Największy problem miałem jednak nie z tym, że niektórzy postmoderniści docenili tę książkę, tylko z tym, jak reagowali na nią liczni moi koledzy. Niektórzy z nich chętnie zakuliby mnie w dyby, wlekli po dziedzińcu uniwersytetu w łańcuchach i pokutnym worze, dokonali publicznego ćwiartowania... Przyznaję, było sporo zamieszania.
Często staram się nadawać książkom styl powieści. Dlatego nieraz opisuję niezbyt istotne dla historyka, ale ważne dla uczestników zdarzeń drobiazgi, staram się oddać emocje i przemyślenia ludzkie, co nadaje książce wyrazisty charakter. Ale to wciąż praca historyka, który opiera się na źródłach, który interpretuje fakty, ale ich nie wymyśla. W mojej ostatniej książce piszę o niewielkim mieście na południu Stanów. Mieszkańcy czekają na powieszenie pewnego człowieka, ale wykonanie wyroku odwleka się z powodu przeszkód atmosferycznych, ciało skazanego ma przecież zostać od razu pogrzebane, a pogoda to uniemożliwia. Piszę, że leje deszcz - bo o tym wiem. Wiem dokładnie, ponieważ pewna bardzo ważna postać pisze obszerne listy do syna o całej sprawie i każdy z tych listów zawiera opis warunków atmosferycznych! Myślę, że jest w pewnym stopniu wybaczalne, jeśli autor książki wprowadzi coś od siebie w opisie pogody, ale już na pewno nie może zmyślać dialogów czy wypowiedzi. A przede wszystkim: jeżeli coś zmyślamy, musimy to czynić jawnie. Kiedy tylko pozwalasz sobie na wprowadzenie zmyślenia do książki, kończy się historia, zaczyna się powieść.
Historia i sztuka bardzo rzadko idą ręka w rękę, artyści jakoś nie chcą być historykami, bardzo rzadko troszczą się o przekaz rzeczywistej historii, wymyślają ją. Owszem, zdarza się czasem ktoś, kto chce utrwalić historyczny moment - ale to na ogół pozory. Na przykład Guérin, autor płótna przedstawiającego spotkanie Napoleona z Maurami w Egipcie - niektórzy powiedzą, że to odzwierciedlenie historycznej chwili, ale to starannie skomponowany materiał propagandowy. Kawał dobrej roboty. Pokonani wrogowie uginają się pod spojrzeniem Napoleona, który właściwie patrzy ponad nimi, jakby w przyszłość, ubrany w białe spodnie i granatową kurtkę mundurową. Z obrazu przebija pasja i cierpliwość wielkiego przywódcy.
Przyjmuję do wiadomości fakt, że malarz tak jak historyk idzie w swojej pracy na pewne ustępstwa. Ale malarz już na starcie stawia sobie inny cel - nie ustalenie prawdy, lecz nadanie kształtu własnej wizji artystycznej. Jego tworzywem jest wyobraźnia. Pisana historia wychodzi od stanu rzeczywistego (jeśli jest historią, a nie propagandą). Najwięksi malarze historyczni, jeśli tak ich można nazwać, osiągnęli sukces, ponieważ z zasady nie trzymali się dosłownie historii, którą malowali, ale szli za głosem talentu. Muzea malarstwa w Ameryce są pełne obrazów "historycznych", tyle że zapomnianych albo ignorowanych, bo o wartości sztuki nie może decydować inne kryterium niż artystyczne.
Abstrakcyjni malarze nie tworzą prac "specjalistycznych", ich zamiarem było stać się doskonale zrozumianymi dzięki uniwersalizacji języka przekazu. Humanistyka generalnie ma ten sam problem - ludzie podejmują badania nie z intelektualnej pasji, ale by zdobyć i utrzymać pracę. Skłania ich to do stawania się specjalistami w jakiejś wąskiej dziedzinie, w której badaniu będą niezastąpieni. Obsesja przypisów do przypisów zamiast porywającej narracji - tak to działa. Nie wydaje mi się jednak, że historycy są najbardziej wyrazistym przykładem tego zjawiska, naprawdę wielu moich kolegów mierzy się z wielkimi tematami, z wielką narracją. Mój kolega Eric Foner właśnie opublikował historię amerykańskiej wolności, ogromne dzieło o demokracji w Ameryce, od rewolucji do wojny domowej. Powstają takie prace, które kochałby XIX wiek, które doceniliby Thomas Carlyle czy Thomas Macaulay - moim zdaniem pierwszy historyk, który dziełem historycznym potrafił zdobyć szeroką publiczność.
Wiem, o czym pan mówi. Pokusa scholastyki, odejście od renesansu. Jednak podobne nastawienie nie przetrwało, naprawdę. "Złoty wiek" historii ma szansę powrócić, mimo że wielu historyków przestało pisać atrakcyjnie. Zwłaszcza w Ameryce i Wielkiej Brytanii naciska na autorów rzesza czytelników preferujących bogatą narrację, którzy pragną wielkich, nośnych intelektualnie prac historycznych.
Dziś już nie są potępiane.
Oczywiście wolny. Dojrzewałem w latach 60. Byłem lewicowcem, nie tak jak mój kolega Niall Ferguson - wciąż jestem na pewno dużo bardziej na lewo od niego. Z wiekiem zacząłem trochę moralizować - to pewnie łatwiejsze, kiedy człowiek staje się starszy. Ale wciąż czuję się swobodny.
Sentyment lewicy dla świata arabskiego jest faktem (co nie znaczy, że nie widać go czasem i na prawicy). We Francji decyduje o tym postkolonialne poczucie winy. W Wielkiej Brytanii bardzo silny jest nurt fascynacji przedkapitalistycznym społeczeństwem i naturą, wystarczy poczytać niezwykle plastyczne opisy T.E. Lawrence'a, zresztą nie tylko jego. Sroga, niepokonana pustynia, wielkie przestrzenie, więzi międzyludzkie charakterystyczne dla epoki przedprzemysłowej... Widać w tym było wspólną dla różnych kultur fascynację pewnego rodzaju arystokratyzmem wyrażanym w pogardzie dla zarabiania pieniędzy, dorobkiewiczostwa, technokratyzmu, w podejrzliwości wobec przybywających Żydów. Wizerunek świata arabskiego uwarunkowany był pragnieniami, które zrodziła cywilizacja zachodnia. A Tomasz Morus... Doceniam jego odwagę, opór, który stawiał Henrykowi VIII, tyranowi, do którego czuję szczerą niechęć. Ale nie był obrońcą wolności słowa czy nowocześnie pojmowanych "praw obywatelskich", jak to się czasem mówiło. Nie można obawiać się wyrażania własnych poglądów, jeśli chce się zajmować historią. I tyle. Historykom kładzie się jednak do głów, by byli wyważeni, ostrożni, by trzymali się zawsze w cieniu źródeł. Jeżeli ktoś w tym fachu naprawdę wierzy, że można być w pełni wolnym od własnych przekonań, to po prostu sam się oszukuje. Trzeba być świadomym, że osobowość silnie wpływa na to, co historyk pisze. Z drugiej strony rozumiem, że nie można budować swoich wypowiedzi jedynie na przekonaniach, obowiązkiem historyka jest pracowite dochodzenie do własnych wniosków z uwzględnieniem maksymalnej liczby dowodów. To daje mu możliwość osądzenia ludzkich przekonań i uczynków. Trzeba zrozumieć ludzi żyjących w przeszłości i zrozumieć czasy, w których żyli - tak dochodzi się do oceny ich poglądów. To wielki przywilej historyka, że gromadzi tak wiele sprzecznych opinii i wydaje na ich temat sądy. A zarazem obowiązek - oceny wiarygodności ludzi, którzy kiedyś coś napisali czy powiedzieli. Kluczową sprawą w tym zawodzie jest uczciwość intelektualna. Nie można ośmieszać cudzych poglądów z perspektywy własnej wiedzy, postępować jak starszy z młodszym - no, to teraz pokażę ci, jak to powinno było być, popatrz, jak ja bym to zrobił... Wobec studentów (i czytelników) również trzeba być szczerym, przedstawiać im to, w co się wierzy. Są wolni, mogą to przyjąć albo odrzucić, ale przynajmniej jasno przedstawia im się, o co nam chodzi. To najlepsze, co można robić. I uczciwe.
Piszę i wypowiadam się w sprawach bardzo różnych. Sztuka, sprawy codzienne, polityka, nawet sport. Zainteresowanie tym wszystkim to znak, że żyję.
Na pewno nie w większym stopniu niż przemyślenia płynące ze studiowania innych dziedzin. Teraźniejszość nie jest zaklęta w przeszłości. Historyk nie dostaje dzięki swojej pracy więcej oleju, którym oliwi się szare komórki. Myśleć tak jest rzeczą absurdalną. W rzeczywistości więcej pożytecznych przemyśleń i intuicji przychodzi do głowy dzięki studiowaniu sztuki inspirowanej niezależnym instynktem artysty tworzącego dzieła, których nie sposób jednoznacznie rozumieć. Sztuka, wielka sztuka jest niezależna od historii.
Oczywiście, zawsze jest dobrze zabrać głos plutokratom i pogłębić demokrację. Ale moje przekonanie nie ma nic z wspólnego z historią ani z tym, że jestem historykiem. Apeluję o to jako Simon - obywatel. Nie musiałem dojść do tego wniosku, badając historię! Historia ludzi jest opowieścią o wolności, czasem gorzką, czasem wzniosłą, czasem po prostu obrzydliwą, niemniej to wolność jest najbardziej frapującym wątkiem dziejów. Ale gdybym nie był historykiem, także miałbym podobne poglądy. Być może to, co ciągle opowiadam o historii - że zmusza do oceniania i wyrażania sądów - oznacza także, że zajmowanie się nią daje odwagę mówienia tego, co ma się na myśli? Jeżeli historykowi brakuje odwagi, po prostu nie może wykładać tego przedmiotu. Ja wykładam już 40 lat. Może daje mi to ten rodzaj brawury, o który pan pyta. Ale można to odwrócić - jeśli jesteś raczej bojaźliwy, lepiej nie zajmuj się historią, nie przestępuj progu uniwersytetu, a już na pewno nie pracuj ze studentami. Chyba obaj się z tym zgodzimy, prawda?
Niestety tak nie jest. Daje erudycję. Chciałbym wierzyć, że daje odporność na intelektualną miałkość. Ale czy daje mądrość? Większą niż np. zajmowanie się pisarstwem czy inną dziedziną? Absolutnie nie.
Mają je również filozofowie, muzykolodzy, malarze, muzycy... Najmądrzejsi ludzie, których poznałem, to przedstawiciele przedmiotów ścisłych - i filozofowie. Nie historycy. To nic przygnębiającego, wydaje mi się to naturalne, że aby zrozumieć pewne piętro stworzenia, musimy odwołać się do myślenia filozoficznego, nie historycznego. Podobnie złożona jest refleksja nad sztuką. Sztuka zaczyna się od niezgody na przemijanie, a prowadzi do fascynujących pytań - z dziedziny technologii i filozofii... To niezwykłe, że historycy mogą uchodzić za znacznie mądrzejszych niż naukowcy. To przecież oczywista nieprawda - choć niektórzy historycy naprawdę tacy byli. Trzeba zachować trzeźwe spojrzenie - historia nie pomaga w natychmiastowym radzeniu sobie z problemami współczesności, tak jak nie pomaga w uchylaniu się od rozwiązania naszych własnych. Historia nie rozstrzyga, jaka będzie przyszłość Iraku, gdzie odniesiono papierowe zwycięstwo, by przejść do stanu płynnej porażki. Studiowanie historii daje zapewne jakiś materiał do przemyśleń, ale nie może przesądzić o decyzjach.
Byłem zafascynowany możliwością pozostawania w kontakcie z ludźmi, od których dzieli nas ogromna odległość. Odległość lub czas... Ludźmi, którzy zostali od nas oddzieleni - tak to odczuwam - a przecież pod niejednym względem są do nas podobni. Historyk jest podróżnikiem. Wchodzi w cudzy świat i stara się tam zadomowić. Jeśli czuje się "tam" jak u siebie, jest dobrym historykiem. Zawsze drażniło mnie to, że jesteśmy uwięzieni w jednym życiu, zajmowanie się historią łagodzi to poczucie. Jak sięgam pamięcią, ta fascynacja przemierzaniem wielkiej odległości tkwiła we mnie. I nie znikła, chociaż - oczywiście - niektóre wyprawy w przeszłość to kontakt z najgorszymi koszmarami. Historia jest bardzo ludzka. To humanistyka, opowieść o rodzaju ludzkim. W tym sensie nie daje więcej naukowości ani umiejętności przewidywania niż poezja czy filozofia. Jej koncepcja jest bliższa poezji czy filozofii niż czemukolwiek innemu.
O tak. Nieufnie podchodzą do takiej tezy.
No tak, już Arystoteles oddzielał poezję - sztukę wyobraźni, swobodnego posługiwania się fikcją, od historii zobowiązanej do posługiwania się faktami. To absolutnie prawdziwe, nie mam nic przeciwko temu, by historia była spętana obowiązkiem ustalania faktów. Jednocześnie to sztuka wołająca o to, by w centrum zainteresowania umieścić rodzaj ludzki. Chcąc zrozumieć, co to znaczy wspólnota, kultura, państwo albo naród, sięgamy w przeszłość. Czy jesteśmy wspólnotą miłości, czy też nienawiści i wojny? Polem działania historyków jest utrwalona pamięć. Jeśli odetniesz pamięć historyczną, to odbierasz człowiekowi status mówiącego zwierzęcia. Człowiek to zwierzę, które pamięta i które dzieli tę pamięć z innymi. W każdej ludzkiej wspólnocie istnieje zbiorowa pamięć. Nawet tam, gdzie nie ma historyków, są ludzie, którzy przechowują zbiorową pamięć. To trochę rozstrzyga problem, czy historia jest potrzebna - i po co jest potrzebna. Pytać "dlaczego potrzebujemy historii?" to trochę tak, jakby zapytać "dlaczego potrzebujemy pogody?". Trudno jest znaleźć w Anglii okres, w którym nie byłoby historyków. Nawet w najgorszych czasach, po inwazji barbarzyńskiej, ktoś zawsze starał się utrwalić pamięć. To bardzo znaczące, że nie było żadnego stulecia, w którym nie byłoby historyków. W Wielkiej Brytanii ujawniały się ohydne skłonności, by historię zatrzymać w murach uniwersytetu; jeszcze w XIX wieku mocno trzymała się szkoła myślenia głosząca, że historia nie powinna być nigdy pisana dla dzieci, że nie powinno się do niej dopuścić kobiet ani młodych studentów - lecz wyłącznie wyrobionego czytelnika.
Tymczasem historii nie da się zamknąć w ramach pedantycznej nauki tajemnej. Zadania humanistyki są inne. I jeszcze coś. Pamięć skłania do stawiania pytań, o co w tym wszystkim chodzi. Intuicja Orwella, że w totalitarnym świecie "Roku 1984" historia stanie się wrogiem, a pamięć będzie usilnie wypierana przez naprędce tworzoną, wygodną "prawdę", była słuszna. Tak to wyglądało w tyraniach mezopotamskich, tak to wyglądało także w XX-wiecznych Chinach czy ZSRR. Wnikanie w historię automatycznie stawało się manifestacją oporu, a posłuszne jej przeinaczanie - oznaką zniewolenia. Historia jest jednym ze znaków rozpoznawczych Zachodu. Cywilizacja zachodnia ukształtowała się jako cywilizacja sporów. Ostatecznie historia to właśnie zapis niepokoju, zapis różnorodnych argumentacji. Jest niczym książka pełna starć i przeciwstawnych opinii. To nie sentyment skłania mnie do myślenia, że historia jest nieodłącznie powiązana z wolnością - te dwie rzeczy są naturalnie zrośnięte. Po 11 września stało się jasne, że historycy mogą się przysłużyć zrozumieniu tego, co powinno być za wszelką cenę bronione. Historia rozszerza zakres wolności, bo jest zapisem nieustannej debaty. Historyk, który cofa się przed uczestniczeniem w debacie, który żyje i pracuje tylko dla siebie, powinien raczej zostać teologiem. Chociaż i oni się spierają.
p
, ur. 1945, historyk brytyjski, obecnie wykładowca Columbia University. Jeden z najbardziej znanych i popularnych współczesnych historyków anglojęzycznych. Specjalizuje się w nowożytnych dziejach Europy. Opublikował m.in. bestsellerową historię rewolucji francuskiej "Citizens. A Chronicle of the French Revolution" (1989) oraz "The Embarrassment of Riches" (1987), książkę poświęconą "złotemu wiekowi" kultury holenderskiej. Interesuje się także historią sztuki - jest autorem biografii Rembrandta "Rembrandt's Eyes" (1999). Inne jego znane prace to m.in. "Landscape and Memory" (1995) oraz "Dead Certainties" (1991) - quasi-powieść poświęcona problemowi granic poznania historycznego.