Guy Sorman przygląda się uważnie tak chwalonemu m.in. przez Josepha Stiglitza skandynawskiemu modelowi gospodarczemu w jego szwedzkiej odmianie. I nie widzi powodów do nadmiernego entuzjazmu. Okazuje się, że liberalne mechanizmy, choć skuteczne, są traktowane jako rozwiązania awaryjne, zaś normą w wielu dziedzinach pozostaje nieefektywne państwowe zarządzanie. Tak naprawdę Szwedzi przywiązani do swego modelu biednieją, a szwedzka gospodarka staje się coraz mniej konkurencyjna.
p
W latach 70. Szwedzi uważali się za lud wybrany potrafiący pod rządami socjaldemokratów łączyć ze sobą bogactwo i solidarność: nikt nie był biedny, niewielu było bardzo bogatych. Dochód na głowę mieszkańca dawał wtedy Szwecji trzecie miejsce w świecie i wydawało się, że mechanizm jest doskonały. Prywatne przedsiębiorstwa - w szczególności zaś pięćdziesiąt niezwykle wydajnych firm międzynarodowych - wytwarzały kapitał; państwo zajmowało się edukacją, służbą zdrowia, emeryturami dla wszystkich; zaś związki zawodowe, do których należało (i wciąż należy) 85 proc. pracowników, po 1930 roku porzuciły walkę klas. Cały ten system zyskał błogosławieństwo Kościołów luterańskich. Akty przemocy stanowiły rzadkość, kradzieże były niemal nieznane, korupcja nie do pomyślenia.
Protestujących było niewielu i wydawali się malowniczy: reżyser Ingmar Bergman opuścił Szwecję na jakiś czas, by uniknąć najwyższych na świecie podatków, a pisarz Jan Myrdal oskarżał społeczeństwo o to, że jest niemal totalitarne, zaś państwo o stosowanie nadzoru i konformizm. W 1991 roku ów szwedzki model zawalił się w jednej chwili, kiedy rząd chciał go maksymalnie zradykalizować, podnosząc podatki i deficyt powyżej poziomu możliwego do zniesienia. Przedsiębiorstwa dostały zadyszki, przedsiębiorcy zaprzestali wszelkich inwestycji, urzędy państwowe stały się skostniałą biurokracją. W latach 1991-1994 liberalny rząd wprowadził zasadnicze zmiany: Szwecja na nowo ruszyła naprzód. Jej stopa wzrostu, niski poziom bezrobocia, solidarność społeczna, wydajność przedsiębiorstw na nowo wywołują zazdrość. W Sztokholmie tłoczno jest od obserwatorów.
Ale czy wciąż istnieje jakiś szwedzki model? Pozornie zachowano podstawowe zasady: prywatna gospodarka, usługi publiczne finansowane z wysokich podatków, negocjacje związkowe, skromne państwo. Jednak za tą socjaldemokratyczną fasadą (partia wróciła do władzy w 1994 roku i już jej nie oddała) sposoby zarządzania szwedzkim modelem zostały całkowicie zmienione: jeśli patrzeć na nie np. z francuskiej perspektywy, niektóre z nich wydają się więcej niż liberalne, wręcz ultraliberalne. I tak służba zdrowia (którą na poziomie lokalnym zarządzają władze miejskie i hrabstwa) jest po ogłoszeniu przetargu zarządzana przez przedsiębiorstwa prywatne. Co bardziej zadziwiające, Szwecja to jedyny na świecie kraj, gdzie wprowadzono bon oświatowy zalecany przez Miltona Friedmana: dzięki temu rozwiązaniu każda rodzina może bezpłatnie posłać dzieci do szkoły prywatnej. Około 10 proc. Szwedów posługuje się takim czekiem, co doprowadziło do zamknięcia paru szkół państwowych. Tak więc - zależnie od tego, czy oceniamy go pod kątem zasad, czy zarządzania - "model szwedzki" wydaje się socjaldemokratyczny albo ultraliberalny. Ale czy wciąż jest to jakiś model?
Dzięki pragmatyzmowi i reprezentatywnemu charakterowi związków zawodowych, dzięki powszechnemu umiarkowaniu ideologicznemu odnowa systemu stała się możliwa bez protestów: ta zdolność wprowadzania innowacji, osiągania skutecznego konsensusu jest wyjątkowa; pozostaje jednak naturalnie zakotwiczona w odrębnej, zapewne niedającej się naśladować kulturze narodowej.
Czy rzeczywiste rezultaty działania "szwedzkiego modelu" są równie wyjątkowe jak jego zdolność do odnowy? To już mniej pewne. Biorąc pod uwagę dochód na głowę mieszkańca, w ciągu ostatnich 30 lat Szwecja spadła z czwartego na czternaste miejsce wśród krajów OECD: stopa wzrostu jest znacznie niższa niż w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Danii. Spośród 50 wielkich szwedzkich przedsiębiorstw, siły napędowej szwedzkiej gospodarki, wszystkie utworzono przed powstaniem "modelu szwedzkiego", przed wprowadzeniem wysokich podatków, monopoli na usługi publiczne i niemal niemożliwych do sforsowania barier dla zwalniania pracowników. Jedynym wyjątkiem jest Ikea, ale jej założyciel przeniósł siedzibę firmy do Holandii i wyemigrował do Szwajcarii. Małe i średnie przedsiębiorstwa pozostają nieduże, ponieważ system fiskalny nie pozwala się bogacić; szwedzkie elity są nieliczne i bardzo bogate, bo zgromadziły swoje bogactwa przed wprowadzeniem "modelu szwedzkiego".
A bezrobocie? Prywatna przedsiębiorczość nie tworzy miejsc pracy, jedynie sektor usług publicznych zatrudnia nowych pracowników. Jeśli odejmiemy nieusprawiedliwione nieobecności, pokrywane przez ubezpieczenie społeczne, oraz wcześniejsze przejścia na emeryturę, rynek pracy jest anemiczny; bezrobocie wśród ludzi młodych, którzy osiągnęli wiek produkcyjny, wynosi 20 proc.
Usługi publiczne? Kolejka w szpitalu, jak we wszystkich krajach socjalistycznych, stała się sposobem zarządzania pacjentami. Solidarność? Milion imigrantów i uchodźców politycznych stwarza nowe społeczeństwo - wielokulturowe, lecz nieufne. Czy Szwecja uniknie ruchów ksenofobicznych, tak teraz popularnych w sąsiedniej Danii i Holandii? We wszystkich społeczeństwach istnieje pewna możliwa do zweryfikowania zasada: wysokie podatki oraz sposób ich redystrybucji są akceptowane, jeśli społeczeństwo jest spójne kulturowo. Kiedy takie nie jest, gangrena nieufności zaczyna toczyć solidarność społeczną.
Niemniej jednak Szwedzi, nawet stając się biedniejszymi, nawet stojąc w szpitalnej kolejce, pozostają przywiązani do swego modelu. Liberalne partie polityczne biorą to pod uwagę, umiarkowanie krytykując ten model: sugerują tylko zbliżenie do "modelu duńskiego", zwanego modelem elastycznego bezpieczeństwa.
To ostatni krzyk mody: w Danii zwolnienie z pracy stało się bardzo proste, towarzyszą mu jednak wysokie odszkodowania oraz aktywna polityka zarządzania bezrobociem. To ostatnie jest niskie, a wzrost gospodarczy wysoki: czy dzieje się tak ze względu na elastyczne bezpieczeństwo? Liberałowie, tak jak niektórzy francuscy socjaliści, chcą w to wierzyć. Johnny Munkhammar z Fundacji Timbro uważa jednak, że szwedzki model oparty jest na alienacji i ignorancji. Według niego Szwedzi nie zdają sobie sprawy z tego, że stali się relatywnie biedniejsi, ani z tego, że modele anglosaskie - w Stanach Zjednoczonych, Irlandii, Wielkiej Brytanii, Islandii, a nawet Finlandii i Estonii - są wydajniejsze. Co gorsza, socjaldemokraci stworzyli sytuację, w której większość Szwedów nie może żyć bez pomocy państwa: co zostało skonfiskowane przez podatki, podlega potem redystrybucji - tej jednak dokonuje socjaldemokratyczna biurokracja, zapewniając sobie w ten sposób potulność obywateli. Model szwedzki, wedle Munkhammara, jest więc nieskuteczny i niemoralny; ponadto Szwedzi boją się z niego zrezygnować. We wrześniu przyszłego roku oczekiwane jest ponowne zwycięstwo socjaldemokratycznej większości wraz z lewicowymi i ekologicznymi sojusznikami. Liberałowie w Szwecji są więc wzywani na pomoc wyłącznie w przypadku krachu; tak było też w Wielkiej Brytanii w 1979 roku, w Stanach Zjednoczonych w 1980 roku, we Francji w 1986 roku. Jednak choć na modelu szwedzkim pojawiły się rysy, to nie upada on w przeciwieństwie do innych socjaldemokracji zachodniej Europy - Niemiec czy Francji.
Czy należy więc życzyć sobie jego upadku, który zmusiłby do myślenia? My tego nie życzymy.
p
, ur. 1944, pisarz, publicysta związany z "Le Figaro Magazine". Wydał m.in.: "Amerykańską rewolucję konserwatywną" (wyd. pol. 1983), "Rozwiązanie liberalne" (wyd. pol. 1985), "Le progre`s et ses ennemis" (2001) i "Made in USA" (wyd. polskie 2005). Niedawno nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się jego książka "Rok Koguta". Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - w nrze 24 z 14 czerwca br. opublikowaliśmy jego tekst "Islam w Europie".