Roger Scruton krytycznie analizuje nową postać teorii Francisa Fukuyamy o "końcu historii". Jej uniwersalistyczny optymizm nie został wedle Scrutona poddany żadnej rewizji. Przekonuje o tym choćby dokonana przez Fukuyamę interpretacja radykalnego islamizmu. Przedstawia go jako "nową politykę tożsamości", która nie podważa zasadniczego kierunku rozwoju dziejów zmierzających ku zwycięstwu liberalnej demokracji.
">>Polityka tożsamości<< - pisze Scruton - niczego nie tłumaczy: wszystko zależy od tego, o jakiej tożsamości mówimy. Jeśli ktoś chce wrzucić islam w nurt historii powszechnej, musi pominąć następujące fakty: szariat nie uznaje prawa świeckiego, apostazję karze śmiercią, chrześcijanom i żydom przyznaje jedynie prawa >>traktatowe<<, a poganom żadnych".
p
Francis Fukuyama posiada dar otaczania optymistycznym amerykańskim blaskiem mistycznych wizji niemieckich romantyków. Bierze od Hegla apokaliptyczną ideę końca historii i zamiast postawić ją na głowie, jak to uczynił Marks, zdejmuje z niej żałobne szaty i odziewa ją w karnawałowy kostium wartości demokratycznych. W "Końcu historii i ostatnim człowieku" Fukuyama zapożycza swoją tezę, że historia dobiegła kresu, od Alexandre'a Koje`ve'a, który także połączył ją z sarkastycznym gestem powitania Nietzscheańskiego "ostatniego człowieka". Kojeve wpłynął na całe pokolenie powojennych intelektualistów francuskich swoimi wykładami z "Fenomenologii ducha", w których do osłabionego organizmu Heglowskiego wstrzyknął solidną dawkę Nietzschego i Heideggera, wprawiając schorowane ciało w interesujące przedśmiertne konwulsje. Każdy, kto chce zrozumieć, co Koje`ve naprawdę miał na myśli, ogłaszając koniec historii, powinien pamiętać, że był on nienawidzącym życia Rosjaninem, zdeklarowanym stalinistą i urzędnikiem, który odegrał istotną zakulisową rolę w powołaniu GATT oraz Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Moim zdaniem Kojeve był niebezpiecznym psychopatą, który przywiózł ze sobą z Rosji ten sam nihilistyczny fanatyzm, który ożywiał bolszewików, człowiekiem czerpiącym euforyczną radość z przekonania, że wszystko wokół niego jest skazane na zagładę. Nie potrafił spojrzeć na żadne ludzkie osiągnięcie bez rozkoszowania się myślą o czekającej je destrukcji. Mieszkał w Götterdämmerung własnej wyobraźni, jednocześnie pragnąc stworzyć swoiście posthistoryczny, uniwersalny, biurokratyczny ustrój, który zlikwidowałby wszelkie autentyczne więzi międzyludzkie i wyprodukował jedyną rzecz, na której naprawdę mu zależało: ostatniego człowieka, pozbawionego miłości i życia homunkulusa, którego doskonale znał, ponieważ miał go w sobie.
To głównie dzięki Kojeve'owi i Jeanowi Monnetowi projekt europejski przybrał swoją obecną postać - nieelastycznej i niereformowalnej biurokracji dążącej do zniszczenia nie tylko lojalności narodowych, ale także kultury chrześcijańskiej i demokratycznych instytucji, które rozkwitały w poszczególnych państwach Europy. Unia Europejska powinna unaocznić wszystkim - zarówno zwolennikom tej koncepcji, jak i patrzącym na nią z przerażeniem - że "koniec historii" nie jest prognozą, lecz projektem, który wcale nie musi się powieść. Projektem równie odległym od demokracji jak wcześniejszy projekt "końca historii", z którym wychowywał się Kojeve: plan rewolucji komunistycznej, w którym "rządzenie ludźmi zostaje zastąpione przez zarządzanie rzeczami". Ta prognoza Fryderyka Engelsa była jedynym marksistowskim proroctwem, które się spełniło: za komunizmu rządzenie ludźmi rzeczywiście zostało zastąpione przez zarządzanie rzeczami, ponieważ ludzie stali się rzeczami. Czytając między wierszami najnowszego posłowia Fukuyamy do "Końca historii i ostatniego człowieka", odnoszę wrażenie, iż uświadomił on sobie, że Unia Europejska nie zmierza w kierunku demokratycznym, że narastająca tendencja do stawiania praw grupowych ponad prawami jednostki oddala UE od wartości oświecenia (podobnie sprzeczne z ideałami oświecenia były także komunizm i faszyzm) oraz że bezduszna i nierozliczana przez nikogo biurokracja, którą UE chce ustanowić na całym kontynencie, jest antytezą ideałów zawartych w Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Całkiem niewykluczone, że Europa zmierza w stronę "końca historii", ponieważ stan ten obejmuje świadome odrzucenie własnej tożsamości historycznej. Jednak kraj, w którym mieszka Fukuyama i na którym przetestował - za pomocą kilku osobistych obserwacji - tezę odziedziczoną po Kojevie, zmierza w innym kierunku, który w ogóle nie jest "kierunkiem", lecz codziennym przemieszczaniem się żywego organizmu, spajanego przez tożsamość narodową, patriotyzm i kulturę judeochrześcijańską drażnioną przez żyjące z tym organizmem w symbiozie liberalne pasożyty. Postawcie Europę i Amerykę obok siebie, jak czyni to obecnie Fukuyama, a z pewnością zobaczycie uderzającą różnicę: między tworem, który świadomie umieścił na swoich sztandarach "koniec historii" i krajem, który świadomie umieścił na nich tylko samego siebie. Tymczasem tu i tam historia zgodnie ze starym powiedzeniem polega na tym, że "różne rzeczy dzieją się jedne po drugich". Fukuyama porównuje terrorystów islamskich do ludzi, których znamy z własnego podwórka: bolszewików, skrajnych nacjonalistów, nihilistów z Grupy Baader-Meinhof. Wszyscy oni zgłaszają sprzeciw wobec nowoczesnego świata, poszukując nieskażonego społeczeństwa, które nie zna zjawiska alienacji - społeczeństwa, które według islamskiego teoretyka Saida Qutba rozkwita tylko "w cieniu Koranu". Moja odpowiedź jest następująca: tak i nie. Fukuyama przypisuje Samuelowi Huntingtonowi tezę, że w nurcie dziejowym demokracja liberalna występuje po chrześcijaństwie, z czego wynika, że nie istnieje powszechne prawo historii, zgodnie z którym społeczeństwa ludzkie na całym świecie zmierzają w kierunku liberalno-demokratycznym, coraz lepiej opanowując arkana gospodarki kapitalistycznej. Kontrargumenty Fukuyamy nie są całkowicie przekonujące. Radykalny islamizm jest według niego wersją "nowoczesnej polityki tożsamości". To jednak niedostatecznie wyjaśnia poczynania islamistów. Wersją "nowoczesnej polityki tożsamości" jest również angielski toryzm, który jednak z grubsza akceptuje oświeceniową wizję rozdziału życia publicznego od prywatnego, opiera się na umiłowaniu prawa świeckiego i wolnych instytucji oraz nigdy nie wypuścił ze swoich szeregów terrorysty - najskrajniejszym przypadkiem torysa o tego typu inklinacjach jestem ja. "Polityka tożsamości" niczego nie tłumaczy: wszystko zależy od tego, o jakiej tożsamości mówimy. Jeśli ktoś chce wrzucić islam w nurt historii powszechnej, musi pominąć następujące fakty: szariat nie uznaje prawa świeckiego, apostazję karze śmiercią, chrześcijanom i żydom przyznaje jedynie prawa "traktatowe", a poganom żadnych. Ponadto nie zawiera w sobie żadnych mechanizmów zmiany, ponieważ "droga idżtihad (tworzenia przepisów, których nie ma ani w Koranie, ani w Sunnie) jest zamknięta". Uważam, że z tych powodów islamizm nie tylko jest ogromnym i potęgującym się problemem dla zachodnich demokracji, ale również nie daje się pogodzić z uniwersalistycznym poglądem na historię człowieka. Fukuyama nie ma racji, traktując Hegla jako pierwszego filozofa historycystę. Uprzedzili go Ibn Chaldun (1332-1406) i Giambattista Vico (1668-1744). Ibn Chaldun poczynił ważne spostrzeżenie, że procesami historycznymi rządzi nie tylko kultura i wiedza, ale również wola reprodukcji. Oceniał, że wola ta więdnie, kiedy ludzie przyzwyczają się do życia w luksusie i dlatego dynastie rosną w siłę i upadają zgodnie z quasi-biologiczną logiką. Jest to hipoteza ewidentnie zbyt uproszczona, ale wprowadza element, którego brakuje w większości teorii historycystycznych, zwłaszcza teorii niemieckich, które pociągały Koje`ve'a i Fukuyamę, a mianowicie przypomina o niezbywalnym dziedzictwie ludzkiej biologii. Znaczną część tego, co przypisujemy historii, powinniśmy raczej przypisywać biologii - między innymi agresję, ekspansjonizm terytorialny, a może nawet szukanie kozłów ofiarnych, rasizm i to wszechobecne uczucie, które Nietzsche nazywa resentymentem. Chrystus uczył nas, byśmy przezwyciężali w sobie te impulsy i drogo za to zapłacił. Być może jednym z dalekosiężnych efektów Jego ofiary jest to, że historia europejska w dużej mierze przypomina proces stopniowego wyzwalania się od ponurej rzeczywistości życia gatunkowego. To jednak tylko potwierdza tezę, którą Fukuyama przypisuje Huntingtonowi: że marsz dziejów w stronę demokracji liberalnej jest lokalnym osiągnięciem kultury chrześcijańskiej.
p
, ur. 1944, filozof. Założyciel Conservative Philosophy Group, której działalność wpłynęła na zmianę klimatu opinii publicznej w Wielkiej Brytanii w latach 70. i 80. Spośród licznych jego książek w Polsce wydano m.in.: "Intelektualiści nowej lewicy", "Przewodnik po filozofii dla inteligentnych", "Co znaczy konserwatyzm", "Zachód i cała reszta". W "Europie" nr 10 z 8 marca br. opublikowaliśmy jego tekst "Triumf ignorancji w >>społeczeństwie wiedzy<<".