Dogasający konflikt w Libanie był nie tylko kolejnym starciem Izraela z krajami arabskimi - twierdzi Fred Halliday. Świadczył o tym, że w rejonie Bliskiego Wschodu wytworzyła się nowa skomplikowana konstelacja "namiętności i interesów". Jej najważniejszą cechą jest to, że spaja ona w jedną całość problemy i konflikty uznawane dotąd za odrębne - wrogość między Izraelem i Palestyńczykami okazuje się bezpośrednio związana z wojną domową w Afganistanie czy problemem terroryzmu w Pakistanie. Dodatkowo każdy z elementów bliskowschodniej układanki ma ścisły związek z globalnym układem sił na świecie. "W takim właśnie wielowymiarowym kontekście, pod pewnymi względami przypominającym Europę z 1914 roku, należy rozpatrywać obecny konflikt między Izraelem a Hezbollahem, zapominając o dobrze nam znanych bilateralnych konfliktach arabsko-izraelskich".
p
Każda wojna jest inna, ale niektóre wojny są, jak się zdaje, bardziej "inne" od pozostałych. Ta nas zaskoczyła, choć zanosiło się na nią od dawna; jej konsekwencje są nieprzewidywalne, natychmiastowe, a przecież zarazem długofalowe. Lecz mimo rodzinnego podobieństwa, jakie łączy ją z innymi konfliktami z najnowszej historii regionu, ta wojna jest w kilku zasadniczych aspektach inna - i poważniejsza - niż wszystko, co działo się tu do tej pory. To jest coś więcej niż wojna arabsko-izraelska z rodzaju tych, jakie śledziliśmy pięciokrotnie od 1948 roku; to coś więcej niż kolejny rozdział wojny libańskiej, która zaczęła się w latach 1975-76 i trwała do roku 1990. Mówiąc najkrócej, jest to wojna o dominację i przetrwanie w regionie widzianym jako całość; wojna w nowo powstałej przestrzeni politycznej i strategicznej zwanej Większą Azją Zachodnią. Jej przyczyny i skutki będą odczuwalne w całym regionie, od Bejrutu i Tel Awiwu, po Bagdad, Kabul i Mumbaj. Mimo wszelkich oczywistych różnic i mimo mniejszej skali można tu zaryzykować porównanie z wojną, która wybuchła w Europie w 1914 roku. To także był konflikt planowany od dawna, choć wybuch nastąpił znienacka i jakby przypadkiem; tu także walka, gdy już się zaczęła, wciągnęła wszystkie poważniejsze państwa regionu, co dla wielu z nich miało potem dramatyczne konsekwencje.
Pierwsze wyzwanie, jakie stawia przed nami ta wojna, to konieczność oceny, w jakim stopniu poszczególne konflikty regionu - w Palestynie, Libanie, Iraku, Afganistanie, Iranie, itd. - są ze sobą wzajemnie powiązane. "Na Bliskim Wschodzie ludzie mylą wszystko ze wszystkim" - takie uwagi słyszy się zarówno w regionie, jak i poza nim, a szczególnie często w ostatnich dziesięcioleciach, odkąd bliskowschodni politycy i komentatorzy usiłują poukładać wydarzenia z poszczególnych krajów czy subregionów w jakimś szerszym, regionalnym, jeśli nie wręcz globalnym kontekście. Rozmaite fazy konfliktu arabsko-izraelskiego, wojny irańsko-irackie, rewolucja w Jemenie, wojny domowe w Sudanie i w Algierii, nie wspominając już o cenach ropy, rozmaitych zamachach, rozwoju partii islamistycznych oraz grup wojowników - wszystko to próbuje się przedstawić jako elementy większej układanki, albo wręcz "spisku", "zmowy" czy przemyślanego planu. Kiedy Saddam najechał na Kuwejt w 1990 roku, mówił coś o "powiązaniach" między tym zdarzeniem a palestyńską intifadą, która rozpoczęła się trzy lata wcześniej. Zaś nieżyjący już król Arabii Saudyjskiej, Fahd, uważał iracką okupację swego sąsiada za część "Haszymidzkiego okrążenia", w którym miały brać udział Irak, Jordania, OWP oraz Jemen.
Mamy więc pewien zintegrowany obraz zdarzeń, które rozgrywają się na poziomie lokalnym lub narodowym w regionie złożonym z 25 odrębnych państw. Obraz ten zostaje, rzecz jasna, wchłonięty - a przez to, kto wie, czy nie wzmocniony - przez sieć związków między tym, co dzieje się w dowolnej części Bliskiego Wschodu a procesami globalnymi czy międzynarodowymi. W poprzednich dekadach wymieniano tu zimną wojnę, globalny "spisek syjonistyczny", machinacje dawnych potęg imperialnych - Wielkiej Brytanii i Francji - a w ostatnich latach globalizację, uznawaną zresztą za kolejny rozdział w projekcie kolonialno-imperialnym. We wczesnych latach 90. dorzucono do tego worka jeszcze "plan Peresa", a w obecnej dekadzie - niezdarną, jeśli nie wręcz destrukcyjną amerykańską "promocję demokracji".
Kłopot jednak polega na tym, że obecnie "to" - czyli domniemana przynależność poszczególnych krajów i zdarzeń do większej regionalnej układanki - okazuje się w znacznym stopniu prawdą. Nie da się zrozumieć tego, co dzieje się dziś między Libanem a Izraelem, w Iraku czy Afganistanie, albo nawet w Turcji i Libii, jeśli nie widzi się tych zdarzeń w szerszym, regionalnym, a do pewnego stopnia także globalnym kontekście, przy czym ten ostatni obejmuje z jednej strony politykę Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś - zmieniające się interesy i wpływy Rosji, Indii i Chin. "Powiązania" między Zatoką Perską a konfliktem arabsko-izraelskim; między dotąd niemal całkowicie wyizolowaną polityką Turcji a światem arabskim; między odległym Afganistanem a życiem politycznym Iranu i krajów arabskich; między Pakistanem a Bliskim Wschodem jako całością - stały się w ostatnich latach rzeczywistością. Jest to rzeczywistość państw, które pilnie śledzą wzajemne poczynania w dziedzinie rozwoju nuklearnego i innych programów, po czym odpowiednio reagują. To, co jest rzeczywiste dla sił opozycyjnych i grup militarnych działających w rozmaitych państwach regionu, w dobie telewizji satelitarnej jest także rzeczywiste dla opinii publicznej. Wreszcie, jest to rzeczywiste z punktu widzenia świata zewnętrznego, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych i Europy, które starają się - z miernymi wynikami - uspokajać i opanowywać napięcia w regionie. Efekty tego widać na szerokim, z konieczności bardzo szerokim ekranie, obejmującym wszystkie poszczególne wojny i kryzysy - ekranie, który można określić mianem "Większej Azji Zachodniej".
Aż do lat 90. ubiegłego wieku większość z tego, co mówiono o "powiązaniach" w ramach jednego zintegrowanego regionu, można było uznać za przesadę. Przez ostatnie pół wieku, to jest mniej więcej od czasu, gdy państwa arabskie uzyskały niepodległość po II wojnie światowej, i od czasu pierwszej, przełomowej wojny arabsko-izraelskiej z lat 1948-49, podejście sceptyczne traktujące każdą rzecz osobno było w dużej mierze podejściem słusznym. W swojej własnej, egoistycznej wersji historii wojny 1948-49 Izraelczycy lubią co prawda wspominać, jak na ich młode państwo "napadły armie ośmiu krajów" - jakby spadła na nich zmasowana wrogość całego regionu. Jednak fakty są takie, że tylko trzy kraje - te, które graniczyły z Palestyną - wysłały jakiekolwiek znaczące siły: Egipt, Syria i Jordania. Z drugiej strony jednak apologeci sprawy arabskiej od dziesięcioleci obwiniają "syjonizm" o wszystkie problemy regionu - od korupcji, przez bezrobocie, po islamizm i brak demokracji, podczas gdy w istocie rzeczy ani Izrael, ani konflikt arabsko-izraelski nie mają z tymi problemami wiele wspólnego.
Tym razem jednak sprawy wyglądają całkiem inaczej, bo większość spraw, jeśli nie wszystkie, jest dziś powiązana w sposób dotąd niespotykany. Nie ryzykując zniekształcających uproszczeń, możemy dziś mówić o kryzysie, o wojnie, która obejmuje swoim zasięgiem cały region - tzn. państwa arabskie, Iran i Izrael. Możemy też mówić o regionie, który w ciągu ostatnich dziesięcioleci zmienił się i powiększył, tak iż wydarzenia, które dawniej dotyczyły miejsc odległych takich jak Afganistan czy Pakistan, po raz pierwszy zaczęły się wiązać ze stosunkami międzypaństwowymi świata arabskiego i Izraela. Od połowy lat 90. jesteśmy świadkami kształtowania się nowego regionu: już nie Bliskiego Wschodu, ale "Większej Azji Zachodniej". W efekcie tego procesu konflikty, z których każdy wydaje się odrębny - takie jak amerykańska inwazja na Irak w 2003 roku, kryzys w Afganistanie czy obecna wojna izraelsko-libańska - okazują się powiązane i wzajemnie się napędzają.
Widać tę zmianę w nowej panislamskiej świadomości, która wiąże kwestie arabskie z niearabskimi. Widać ją też - i jej przerażające niekiedy skutki - w sposobie myślenia części młodych muzułmanów mieszkających w Europie. Wreszcie zmianę tę odzwierciedla także język amerykańskiej strategii: na przykład wypowiedzi Busha dotyczące "Inicjatywy Większego Bliskiego Wschodu", która zresztą okazała się jednym z większych niewypałów stulecia. To symptomatyczne, że bushowski "Większy Bliski Wschód" obejmuje Afganistan, bo tego wymaga "wojna z terroryzmem", a jednocześnie omija kraj, który bardziej niż jakikolwiek inny odpowiada za rozprzestrzenianie się terroryzmu, islamskiego fundamentalizmu, broni nuklearnej i zwykłej korupcji w całym regionie - chodzi o "państwo zbójeckie" par excellence, czyli Pakistan. Przyszli historycy zechcą się zapewne dowiedzieć, dlaczego Iran zdecydował się na rozwijanie programu nuklearnego: otóż ma to istotny związek z decyzją Pakistanu z 1998 roku o rozpoczęciu prób nuklearnych. A jeśli przyszłych historyków zaciekawi, kto organizował, finansował i do dziś chroni talibów i Al-Kaidę - odpowiedź jest taka sama.
Tu właśnie należy szukać znaczenia najnowszej wojny Izraela z Hezbollahem; stąd należy wysnuwać jakiekolwiek dalsze prognozy. To naturalne, że wielu obserwatorów, tak w świecie arabskim, jak i w Izraelu, postrzega tę wojnę w kontekście co najmniej pięciu wcześniejszych wojen arabsko-izraelskich (tzn. 1948-49, 1956, 1967, 1973 i 1982). Punktów odniesienia nie brakuje. Poczucie zagrożenia, jakie panuje w izraelskich miastach, a także związek między interwencją z zewnątrz (ze strony Hezbollahu) a oporem Palestyńczyków w Gazie czynią tę sytuację porównywalną z wojną 1948-49; fakt, iż doszło do szeroko zakrojonej interwencji izraelskiej w Libanie, zachęca do porównań z rokiem 1982; wreszcie fakt, że ta wojna zawędrowała do Rady Bezpieczeństwa ONZ i została przerwana, czyni ją podobną do wydarzeń z 1956, 1967 i 1973 roku. Wielu starszych Izraelczyków i Arabów, nie wspominając o dojrzalszych obserwatorach zachodnich, może mieć dziś niemiłe poczucie powrotu do przeszłości: coś jakby nasz krewny alkoholik, który zobowiązał się solennie do odstawienia butelki, wrócił jednak do starych nawyków. Uczucie jest przykre, ale przynajmniej wiemy, co jest grane.
A jednak ta wojna jest inna. To nie jest ani szósta wojna arabsko-izraelska, ani powrót wojny libańskiej, ani wkroczenie drugiej intifady palestyńskiej w fazę międzynarodową, ani kolejna potyczka w "globalnej wojnie przeciw terroryzmowi". Każdy z tych opisów zawiera zaledwie cząstkę prawdy, bo ta wojna to raczej kolejny epizod w innym długotrwałym konflikcie o wielu ośrodkach zapalnych - w Afganistanie, Iraku, a teraz w Libanie. Mowa o konflikcie, w którym biorą udział szybko zmieniające się koalicje państw oraz ruchów politycznych i społecznych; konflikcie, który - widać to doskonale z perspektywy ponad 20 lat - rozwija się od drugiej połowy lat 70., a kluczowe znaczenie dla jego rozwoju miał rok 1979 i dwa strategiczne wybuchy: rewolucja irańska w lutym i sowiecka interwencja w Afganistanie w grudniu.
Ponad dwie dekady temu można już było dostrzec zarys obecnej "Większej Azji Zachodniej", a także zalążki powiązań, które po latach miały wydać tragiczne owoce. Z pewnością przyczyniła się do tego izraelska interwencja w Libanie z 1978 roku: jej pierwotnym celem, co warto przypomnieć, było tylko zabezpieczenie terenów "do rzeki Litani", po czym walki ciągnęły się jeszcze dwa lata. Jednak decydujące znaczenie miała rewolucja irańska i konsekwentne wsparcie nowego państwa dla libańskich szyitów. Te zdarzenia sprawiły, że konfrontacja izraelsko-libańska z 1978 roku zamieniła się w długotrwały konflikt, z którego następnie wyłoniły się struktury dzisiejszego Hezbollahu. To właśnie podczas wojny libańskiej z lat 80. Iran i jego libańscy sojusznicy po raz pierwszy stawili czoła Izraelowi i Stanom Zjednoczonym, zresztą nie bez znaczących militarnych i politycznych sukcesów. W tym samym czasie we wschodniej części regionu krzepło nowe państwo irańskie, sprawdzając swoje siły podczas ośmioletniej wojny z Irakiem, zaś USA i jego konserwatywni sojusznicy w świecie arabskim, korzystając z niewielkiej pomocy ze strony Izraela, wspierali afgańskich mudżahedinów, partyzantów i zabójców - tych samych, z których kręgu miał w przyszłości wyjść bin Laden i jego towarzysze.
Oryginalność obecnego konfliktu daje się zauważyć w kilku wymiarach. Po pierwsze, główni bohaterowie po stronie arabskiej to nie państwa, lecz zbrojne ugrupowanie polityczne, z którym znacznie trudniej będzie wynegocjować zawieszenie broni czy inne wiążące porozumienie. Istotne siły niepaństwowe pojawiły się w jednej tylko wojnie arabsko-izraelskiej - tej z lat 1948-49. Siły te zostały wówczas zmiażdżone i rozproszone w procesie podboju społeczeństwa palestyńskiego, ale wyłoniły się znowu po dwudziestu latach, tym razem jako niezależny byt polityczny. Po drugie, państwa zaangażowane po stronie Hezbollahu - a takimi niewątpliwie są Syria i Iran - będą to zaangażowanie realizować w zupełnie inny sposób, niż to czyniły państwa arabskie we wcześniejszych konfliktach. Nie są one bowiem zainteresowane ani rozejmem, ani wytyczaniem granic, ani negocjacjami pokojowymi. W ich interesie leży posługiwanie się Libanem jako kartą przetargową w negocjacjach z USA na całkiem inne tematy, a także wzmacnianie swojej nacjonalistycznej i radykalnej wiarygodności we własnych społeczeństwach i w całym regionie. Nie istnieje żaden prosty i bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy między rolą Iranu na terytorium Iraku (a jego wpływy są dziś większe niż wpływy amerykańskie) czy kwestią irańskiego programu wzbogacania uranu a poparciem Iranu dla Hezbollahu (do którego Izrael i Ameryka odnoszą się z rezerwą). Bezpośredniego związku nie ma, ale każda z tych kwestii stanowi część składową szerszego zjawiska: Iran zmierza do poszerzenia swoich wpływów w regionie, a także do konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi i ich głównymi sojusznikami - Egiptem, Arabią Saudyjską i Izraelem.
Kryzys w "Większej Azji Zachodniej" jest zatem bardziej złożony, wielowarstwowy i długotrwały niż którykolwiek z dotychczasowych kryzysów, którakolwiek z dotychczasowych rewolucji i wojen typowych dla Bliskiego Wschodu. Wojny, które toczą się dziś w Azji Zachodniej, odbywają się w ramach trójkąta: jeden bok to Iran wraz ze swymi radykalnymi sojusznikami (Syrią, irackimi partiami szyickimi, Hezbollahem i Hamasem), drugi bok to siły radykalnego powstania sunnitów w Iraku wraz z Al-Kaidą, a trzeci - to Stany Zjednoczone i ich sojusznicy w regionie. W niektórych przypadkach, jak w konflikcie w Libanie, dominujący okazuje się konflikt irańsko-amerykański; w innych - jak w Afganistanie czy Arabii Saudyjskiej - górę bierze wrogość na linii sunnici-USA; w Iraku natomiast cały ten trójkątny konflikt z dnia na dzień przybiera coraz wyraźniejsze i coraz bardziej krwawe formy, bo USA walczą zarówno z szyitami, jak i sunnitami, podczas gdy obie te społeczności mordują i terroryzują się nawzajem. W takim właśnie wielowymiarowym kontekście, pod pewnymi względami przypominającym Europę z 1914 roku, należy rozpatrywać konflikt między Izraelem a Hezbollahem, zapominając o dobrze nam znanych bilateralnych konfliktach arabsko-izraelskich.
Mamy do czynienia z nowym, bardziej "interaktywnym" Bliskim Wschodem - i nie jest to Bliski Wschód, o jakim wielu marzyło.
p
, ur. 1946, politolog brytyjski, specjalista w dziedzinie spraw bliskowschodnich, profesor na wydziale stosunków międzynarodowych London School of Economics. Jako komentator polityczny współpracuje m.in. z BBC. Opublikował kilkanaście książek na temat historii politycznej Bliskiego Wschodu oraz relacji między Zachodem i światem islamu, m.in.: "Iran, Dictatorship and Development" (1979), "Nation and Religion in the Middle East" (2000) oraz "The Middle East in International Relations" (2005). Po polsku ukazał się jego "Islam i mit konfrontacji" (2002). W "Europie" nr 27 z 6 lipca ub.r. zamieściliśmy jego tekst "Praktyka terroryzmu".