Dziennik Gazeta Prawana logo

Zwijanie demokracji

5 listopada 2007, 12:09
Ten tekst przeczytasz w 30 minut

Obawy co do przyszłości polskiej demokracji wyrażane są przez liberalnych komentatorów niemal od początku rządów PiS. Krytyka nasiliła się w momencie zawarcia obecnej koalicji rządowej, gdy intencje budowy silnego bloku ludowo-narodowego stały się jasne. Dziś Paweł Śpiewak pisze wręcz o "zwijaniu demokracji". I podaje przykłady: wyrażane przez liderów rządzącej partii lekceważenie dla społeczeństwa obywatelskiego, jawnie deklarowany skrajny etatyzm, niechęć wobec Unii Europejskiej, wreszcie dopuszczenie do rządów sił "uważanych w Polsce na ogół za prymitywne, niegodziwe i egoistyczne". Wszystko to oznacza igranie z niebezpieczną pokusą autorytaryzmu, któremu zdaje się zresztą sprzyjać społeczny klimat: utrata wiary w demokratyczne zasady, zniechęcenie do demokratycznych instytucji, przekonanie o ich wyłącznie fasadowym charakterze.

p

Kilka tygodni temu dostałem od pewnego pisowskiego intelektualisty książkę z mało przyjazną dedykacją: "Pawłowi, dla którego ważniejsza jest demokracja niż Polska". Najpierw dotknęły mnie te słowa, ale potem zrozumiałem, że jeżeli autor książki rzeczywiście wierzył w to, co pisał, mylił się strasznie. Stworzył dziwaczną i obcą mi alternatywę - tak jakby projekt demokracji, stojąca za nią koncepcja praw obywatelskich czy idea wolności były w swej istocie obce Polsce i rodzimej tradycji, były czymś wręcz narzuconym. Mam tego intelektualistę za osobę bardzo poważną. Wiem, że wspiera swoimi radami prezydenta. Można więc domniemywać, że powtarza idee obecne w Pałacu. Z takimi tezami nie ma i nie może być żartów. Są zbyt poważne, a i krąg głoszących je osób bardzo wpływowy. Zdałem sobie sprawę z tego, że mimo długoletniej zażyłości, mimo że mamy za sobą podobne lektury, zbliżoną drogę akademicką, to jednak z autorem dedykacji dzielą mnie sprawy fundamentalne. W sprawach bieżących możemy mówić wspólnym językiem, razem narzekać (choć już nie ironizować, bo ironia jest dla niego tropem obcym i podejrzanym), ale wywodzimy się z bardzo odmiennych tradycji i tych różnic ani nie sposób, ani nie wolno niwelować.

Reprezentuję zdecydowanie inny niż mój pisowski intelektualista pogląd. Jestem przekonany, że Polska będzie albo demokratyczna, albo żadna. Jestem przekonany, że zarówno idea republikańska, jak i liberalna idea wolności są fundamentem naszego zbiorowego bytu. Jestem przekonany, że dzieje naszego kraju pokazują jedno: zawsze gdy demokrację ograniczano (przed wojną i po wojnie), gdy zwalczano opozycję polityczną (od czasów procesu brzeskiego), prześladowano mniejszości narodowe i religijne, dochodzili do władzy ludzie mali, bez wyobraźni, rodzaj politycznych pigmejów.

Dla mnie to alfabet, ale okazuje się, że nowe pokolenie intelektualistów prawicy igra z tak oczywistymi prawdami. Kokietuje poglądy pachnące autorytaryzmem, rządami silnej ręki. Stoi za tym mniej lub bardziej skrywana niechęć do tradycji Zachodu, na pewno do oświecenia. Antyeuropejskość czy może raczej przekonanie, że Europa zatraciła swoją męską siłę, że uległa lewicy, pacyfizmowi, relatywizmowi, feminizmowi, liberalizmowi (tu lista wrogów dla prawicowych intelektualistów jest nieskończenie długa), sprawia, że musimy szukać wzorców i reguł postępowania nie tyle we wspólnej ojczyźnie narodów, czyli w Europie, lecz jedynie we własnej historii. Idiom narodowy czy nacjonalistyczny powraca i nazywany bywa prawdziwym patriotyzmem. Okazuje się, że prawica nie potrafi się wyzwolić z endeckich korzeni. Krótka nawet wymiana zdań z redakcją tygodnika-nieboszczyka "Ozon", lektura esejów obecnych konserwatystów uświadamia mi stale, że podziały między nami są głębokie. Oni troszczą się o swoją tradycję w oderwaniu od wielkich i rzekomo obcych idei wolności i samostanowienia ludu skorodowanych przez nowoczesność. Owa krytyka nowoczesności robi często wrażenie pretekstu do tego, by sobie swobodnie pohulać i wybrzydzać (jak pewien senator z PiS) na wolność, liberalizm i samą nowoczesność. Bronią twardo zasady sprawiedliwości i wokół niej budują swoje polityczne credo - jakby zasada sprawiedliwości była za każdym razem czymś tak oczywistym jak tabliczka mnożenia. Choć - podpowiada nam znawca dusz ludzkich Nietzsche - tam, gdzie sprawiedliwość jest broniona z wyjątkową zapalczywością, nie chodzi o nią samą, ale przede wszystkim o zemstę. Prawica ideologiczna (ale i polityczna) uważa, że realizm wymaga porozumiewania się nawet z wrogami ich sprawiedliwości, byle tylko osiągnąć swój cel. Są realistami i pozwala im to tolerować w swoim kręgu dawnych komunistów, faszystów, a na pewno zwykłych idiotów. Sprawiedliwość jest również samousprawiedliwieniem własnych posunięć w imię misji dziejowej, której się dopatrują w historycznych posunięciach. Wiele osób odnajduje w tej postawie idiom bolszewicki. Aleksander Wat przytaczał aforyzm więzienny komunistów, którzy twierdzili, że wodzowie widzą lepiej ("im widnieje"). Echo tego sformułowania można odnaleźć w słowach propagandystów z PiS.

Dla mnie kwestią zasadniczą pozostaje problem jakości polskiej demokracji, jakości polskiej polityki, jakości, którą ocenimy przez porównanie i usytuowanie w wielkiej zachodniej rodzinie narodów. Ja wybieram standardy wspólne, powstałe w toku ewolucji świata zachodniego. Z pewnością nie wybiorę retoryki obcości, odmienności czy zwykłej prowincjonalności obecnej na prawicy.

Grozi nam - sprawę tę uważam za podstawową dla przyszłości naszej polityki i naszej kultury - cofanie czy zwijanie demokracji. Jest to proces zapoczątkowany grubo przed dojściem obecnej koalicji do władzy. Wykracza daleko poza spór PO-PiS. Wykracza poza obecną kadencję parlamentu. Spory międzypartyjne i personalne zdominowały media i zapominamy, że zasadnicze pytania polityczne zakorzenione są w problemach mających dłuższą niż paromiesięczna historię. Przez lata sprawę próbowała przypudrować i ukryć część elit liberalnych. Wszelkie krytyki demokracji - jak czynił między innymi Tadeusz Mazowiecki czy Waldemar Kuczyński - brano osobiście do siebie. Sprawiało to pokraczne wrażenie, że ten, kto mówi i pisze o niezbyt udanych efektach reform, kto kwestionuje wiele z dorobku III RP, jest i musi być wrogiem osobistym i politycznym zacnych skądinąd osób, a do tego z pewnością musi być wrogiem demokracji. Przynależność do pewnej grupy pokrywa się z posiadaniem "jedynie słusznych poglądów". Teraz te formacje i ci politycy dostają za to - i słusznie - lanie. Krytykują ich publicyści, i co gorsza całkowicie odrzucają wyborcy. Z partii założycieli III RP zostało bardzo niewiele.

Pisałem (nie tylko ja, ale i wielu poważnych badaczy) o fatalnie ustawionej scenie politycznej, wyobcowaniu procesu rządzenia, o psuciu państwa, partokracji oraz zawłaszczaniu majątków i władzy przez polityków. Przez lata pogląd ten uchodził jednak za skrajny i mało zasadny. Pisałem i piszę o tym z niepokojem nie dlatego, by występować przeciw demokratycznym procedurom, ale dokładnie dlatego, że słaba demokracja, słaba władza, anarchizacja polityki, korupcja prowadzić mogą do władzy polityków o autorytarnych skłonnościach. Jako pierwszy wspomniałem o potrzebie myślenia o IV Rzeczpospolitej. Nie mam powodu wstydzić się tej nazwy. Została użyta przez Jarosława Kaczyńskiego w sposób przeciwstawny moim intencjom. Mogę tylko żałować, że prezes Fundacji Batorego, zamiast poważnie pomyśleć o słabościach swojej formacji politycznej i słabościach rządów ostatnich lat, zarzucał mi oraz innym krytykom populizm. Aleksander Smolar poszedł na oczywistą łatwiznę intelektualną, nie chcąc widzieć rzeczy oczywistych. Od lat twierdzę, że stawką polityczną jest tu przyszłość dojrzałej demokracji.

Proces zwijania demokracji polega na tym, że coraz mniej osób chce i potrafi uczestniczyć w procesie demokratycznym, że maleje zaufanie do elit administracyjnych i politycznych, i wreszcie, że obywatele generalnie nie ufają prawu, sądom i instytucjom własnego państwa. Są bowiem przekonani o tym, że decyzje polityczne zapadają poza społeczną kontrolą, a społeczeństwo nie ma na nie nawet pośredniego wpływu. Obywatele - co dramatycznie pokazują liczne badania socjologów - uważają, że o ile doszło już do konsolidacji systemu kapitalistycznego, o tyle w sferze politycznej nie odeszliśmy zbyt daleko od praktyk czasów realnego socjalizmu. Nasza demokracja jest oceniana fatalnie i tak samo fatalnie bywa oceniana jej dojrzałość.

Najwyższy poziom nieufności do systemu demokratycznego osiągnęliśmy w czasie ostatnich wyborów parlamentarnych. Obecny Sejm i Senat reprezentują ledwie 40 proc. dorosłych obywateli, a więc pozbawione są (one i wszystkie ich decyzje) niezbędnej legitymacji. Obecna większość parlamentarna, która nadyma się i nie wiadomo dlaczego udaje realną większość, ma za sobą poparcie najwyżej co siódmego obywatela Polski. To śmiesznie mało. W ostatnich miesiącach, jak pokazują wszystkie badania socjologiczne, rośnie tylko liczba osób niezdecydowanych, które nie wiedzą, na kogo mają oddać głos. Od listopada procent osób niepewnych swojego wyboru zwiększył się czterokrotnie (16 proc. w czerwcu wobec 4 proc. w listopadzie 2005 roku). Rośnie i to od lat zniechęcenie Polaków nie tylko do poszczególnych partii, ale do polityki w ogóle. W czerwcu zaledwie co trzeci Polak (32 proc. - tak mało deklaracji wyborczych jeszcze nie notowano) wie, że głosowałby i wie na jaką partię. Wśród ogółu obywateli dwie największe partie mają poparcie w granicach 12-15 proc. Zaledwie co siódmy Polak decyduje zatem o sukcesie obecnego rządu i zaledwie co siódmy chce go zmienić, popierając opozycję. Jednocześnie zarówno rząd, jak i opozycja budzą rosnące rozczarowanie nie tylko publicystów, dziennikarzy, ale przede wszystkim ogółu Polaków. Krytyka polskiej polityki nie przekłada się na obojętność wobec wydarzeń politycznych. Oglądamy programy informacyjne i sporo o polityce rozmawiamy w kręgach towarzyskich.

Oczywiście nie chcę za ten stan rzeczy winić braci Kaczyńskich, a tym bardziej mojego ulubionego ministra Dorna. Nie mam zamiaru obciążać winą PiS i jego mało gustownych koalicjantów. Nie tylko, że maleje frekwencja wyborcza, ale maleje poparcie dla samej demokracji jako ustroju pożądanego. To jest zjawisko stosunkowo nowe. Dotąd sam ideał demokracji nie budził szczególnych wątpliwości. Niemal połowa Polaków ma poważne zastrzeżenia natury ogólnej do systemu, a od lat nieakceptowane jest wiele cech właściwych demokracji parlamentarnej. Polacy z niechęcią odnoszą się do istnienia partii politycznych i systemu partyjnego, choć trudno wyobrazić sobie demokrację bez partii. Nie cenimy wolności słowa. Małe, za małe na mój gust, jest zrozumienie dla konstytucyjnej zasady równowagi sił i władz. Nie stać nas na zrozumienie idei rządów prawa, co oczywiście prowadzi Romana Giertycha do ograniczenia roli przedmiotu zwanego wiedzą o społeczeństwie. Obecny minister od szkół chce - jak autor dedykacji - posłużyć się swoiście rozumianym patriotyzmem do walki z ideami demokracji. Bardziej niż demokrację w jej warstwie polityczno-prawnej cenimy - i to od wielu lat - demokrację jako stosowaną zasadę równości w sferze socjalnej i ekonomicznej. Demokracja to dla większości z nas względnie równy podział świadczeń, małe różnice w dochodach, państwowa kontrola rynku. Podkreślam, co najmniej od roku 1995 (wtedy notowano najwyższe poparcie dla demokratycznych zasad, największe zaufanie do państwa) pogłębiają się nasze złe odczucia wobec procedur i konsekwencji decyzji podejmowanych drogą demokratyczną.

Obywatele widzą załamywanie się wiary w wolnościowy system polityczny i zdają się być tyleż zatrwożeni, co bezradni i - co najgorsze - zrezygnowani. Popierają partie, które jak AWS obiecywały przywrócenie władzy obywatelom, które jak SLD (a cztery lata później PO i PiS) zapewniają, że pokonają korupcję, zbudują stabilne, efektywne państwo i porządek społeczny. Wydaje się wręcz, że Polacy kierują się w swoich wyborach równie silnie hasłami socjalnymi, co mocnymi, może zbyt wysokimi, etycznymi obietnicami przywrócenia porządku, moralności publicznej, rządów prawa. Każda kolejna formacja polityczna prowadziła do inflacji obietnic i jak do tej pory każda z nich wyczerpywała swój mandat wyborczy po mniej więcej dwóch i pół roku rządzenia. Potem już spadało gwałtownie poparcie, rosła ilość afer. Wyborcy się uczą, a ucząc popadają w niewiarę co do możliwości demokratycznych rozwiązań. Coraz mniej z nas wierzy w to, że coś da się zrobić, że można przywrócić standardy demokratyczne. Mamy poczucie, że zasadnicze decyzje dokonują się poza nami. Gdzie? Sami nie potrafimy na to pytanie odpowiedzieć. Ale nawet gdybyśmy znali odpowiedź, nie wiem, czy chcielibyśmy wpływać na los państwa, regionów, gmin, czy też wolelibyśmy tylko wskazać na elitę, ludzi, którzy za nas, nie kłopocząc nas swoimi własnymi sprawami, potrafiliby sprawnie nami rządzić. Gdzieś jeszcze w Polakach tkwi wiara w sprawnych technokratów i bezszelestnych fachowców. Zresztą my przestajemy wierzyć, że stać nas na dobrych zarządców i roztropnych polityków. Gdy w referendum mówiliśmy "tak" Europie, często słyszałem zdanie: "Głosuję za, bo ktoś musi nami porządzić, nie potrafimy dać sobie rady sami ze sobą". Coś jest na rzeczy.

Grozi nam zwijanie demokracji. Nie tylko może być jej mniej, ale zaniknie wiara w jej potrzebę i jej misję. Jeżeli demokracja jest przede wszystkim projektem etycznym, a nie tylko formalnoprawnym sposobem wyłaniania i legitymizowania władzy, jeżeli demokracja wymaga - poza sprawnymi instytucjami, spójnym, dobrym prawem, jako takim poziomem życia - aktywnych i względnie kompetentnych politycznie obywateli, to mam wrażenie, że w jej trwaniu zainteresowana jest mała część wyborców i niewielu polityków, którym w większości nie po drodze jest z tym, co z pogardą nazywają etosem, wartościami. Politycy korzystają z procedur wyborczych, by uzasadnić swoje prawo do władania. Mało który jednak troszczy się o jakość tych procedur i aktywność obywateli. Demokracja cofa się. Tym razem może obumierać nie na skutek energicznych protestów rozgniewanych robotników, górników, pikiet rolniczych, nie z powodu socjalnego niezadowolenia, ale dlatego, że my sami się jej zrzekamy. Grozi nam nie eksplozja wściekłości z powodu polityki rządu lub decyzji tej czy innej koalicji, ale implozja, wycofywanie się obywateli do swojej prywatności. Zamykanie w kręgu spraw prywatnych i nie tyle zobojętnienie na sprawy wspólne, ale zniecierpliwienie i zirytowanie chaosem, niekompetencją, złą wolą kolejnej ekipy rządzącej.

Kilkanaście lat temu pisano chętnie o trzeciej fali demokratyzacji, jaka ogarnęła cały niemal glob ziemski. Bilans zmian od roku 1975 do połowy lat 90. był zaiste imponujący. Dzisiaj potwierdza się teza, że po fali przypływu musi niestety nadejść fala odpływu i rozczarowań. Pokusa jakiegoś autorytaryzmu wydaje się nie tracić na atrakcyjności. A autorytaryzm zawsze oznacza jedno: słabo lub w ogóle nieograniczoną władzę, która nie dąży już do kontroli totalnej, nie chce wkraczać we wszystkie sfery życia, ale też ma dość narzędzi, by swoją wolę narzucać. To władza, która nie chce i nie potrzebuje stale odwoływać się do woli powszechnej, nie mobilizuje obywateli. Wprost przeciwnie, spycha ich w milczenie, prywatność, a nade wszystko ceni u obywateli obojętność na sprawy publiczne połączoną z domieszką cynizmu. Fali odpływu demokracji nie muszą towarzyszyć wielkie wstrząsy społeczne, silne namiętności, wojna idei. Przeciwnie, wystarczy głupota lejąca się z mediów i małoduszność polityków.

Ostatnie miesiące rządów PiS z koalicjantami tylko proces wyobcowania obywateli z systemu politycznego pogłębiły. Wiele złego zrobił mało zrozumiały spór niedoszłych koalicjantów z PiS i PO. Być może przełomowa historyczna szansa na wielką koalicję prawicy-centrum została zaprzepaszczona, co mogło jedynie wzmocnić potoczne przekonanie, że wszyscy politycy kierują się mało zrozumiałymi motywami i to odległymi od poczucia zdrowego rozsądku. Kolejne miesiące tylko stan niepewności i zdumienia pogłębiły. Samoobrona i LPR w rządzie to dla większości obywateli rodzaj ponurego żartu, w którym dopuszczono do władzy siły uważane w Polsce na ogół za prymitywne, niegodziwe i egoistyczne. Ostatnie posunięcia czy raczej pomysły PiS wprost ograniczają głos innych niż partyjne gremiów. Najlepszym przykładem jest manipulowanie przy samorządowej ordynacji wyborczej, które nie tylko robione jest na ostatnią chwilę i pomyślane jako sposób wpłynięcia na wynik wyborczy (przyznał to nawet taki as polityczny jak minister Gosiewski), ale także stoi w jawnej sprzeczności z opiniami poważnych prawników oraz dosłownie wszystkich środowisk i stowarzyszeń wspomagających demokrację lokalną. Podobnie rzecz się ma z mianowaniem członków rad nadzorczych i prezesów mediów publicznych. Okazuje się, że liczą się jedynie partyjne koneksje, a nie opinie twórców czy tym bardziej audytorium telewizji i radia. Jawne lekceważenie opinii niepartyjnych gremiów wpisuje się w podjętą śmiało przez Jarosława Kaczyńskiego krytykę społeczeństwa obywatelskiego jako sztucznego i w sumie ideologicznego konceptu stworzonego przez dawnych dysydentów.

Słabe społeczeństwo obywatelskie, słaba aktywność prospołeczna są sygnałem kolejnego fenomenu obserwowanego już od wielu lat: atomizacji społecznej. Cechą, można by rzec, niemal konstytutywną każdej tyranii jest rozbijanie więzi społecznych. Alexis de Tocqueville opisywał przed niemal dwustu laty to zjawisko: połączenie centralizmu z egoizmem i źle pojętym indywidualizmem sprzyjają odsuwaniu się ludzi od siebie, zamykaniu w kręgu swej prywatności, odwracaniu od sfery publicznej. Z pewnością rozważać musimy - i jest to dla każdego socjologa temat frapujący - jak przetrwał i przekroczył granice systemu ów aspołeczny indywidualizm. W czasach socjalizmu żywił się zapewne nieufnością wobec państwa, obecnie bywa, że znajduje łatwe usprawiedliwienia w prymitywnej wersji idei liberalnych. Niezależnie od tego, w jakie barwy ochronne się odziewa, egoizm społeczny nie sprzyja aktywności obywatelskiej. Zwłaszcza przy tak zatrważająco niskim poziomie zaufania ludzi do siebie, z jakim mamy do czynienia w Polsce. Kapitał społeczny jest najsłabszym elementem naszego ładu demokratycznego. Jego poziom nie sprzyja ani oddolnym inicjatywom obywatelskim, ani gospodarczym.

Kolejnym czynnikiem osłabiającym demokrację jest niski czy słaby poziom artykulacji swoich interesów przez poszczególne grupy społeczne. Można w wielkim skrócie, ale z przekonaniem powiedzieć: reprezentacja interesów zbiorowych przez stowarzyszenia, partie, potem instytucje jest zależna od poziomu uświadomienia sobie tych interesów przez poszczególne segmenty społeczne. Albo nazywając rzecz inaczej: reprezentacja wprost zależy od artykulacji społecznej. W dawnych społeczeństwach wydawało się, że wiadomo, czym różnią się i czym są interesy rolników farmerów i robotników fabrycznych, interesy przedsiębiorców lub rzemieślników. Od pewnego czasu mamy z tym wyraźny kłopot. Partie w Polsce (poza pewnymi wyjątkami) chcą się prezentować jako partie narodu, interesów ideologicznych, a mniej interesów grupowych. Im bardziej poszczególne partie oderwane są od swojego społecznego podłoża, tym krótszy ich żywot i większa chwiejność. Problem reprezentacji jest kluczowy. PiS ogłosiło się wyrazicielem interesów warstw ludowych z ich nieco zaściankowymi, parafialnymi poglądami. Samoobrona chce reprezentować małe miasteczka, które tracą atrakcyjność w porównaniu z wsią, a dystans między nimi a dużymi miastami w widoczny sposób się powiększa. Kogo będzie reprezentować PO? Kogo SLD? Jakie warstwy społeczne mają poprzeć demokratów. pl?

Problem reprezentacji to z jednej strony właściwa intuicja polityków, z drugiej zaś (co uważam za ważniejsze) świadomy wybór członków grup, którzy mają pewną świadomość swoich interesów, oczekiwań i wymagań. Tej pracy rozpoznania swego zaplecza społecznego nie zrobiła na poważnie żadna z partii politycznych.

Gdy wracam do zeszłorocznej i wyjątkowo długiej kampanii wyborczej, która przyniosła wiele istotnych rozstrzygnięć, natomiast wyjątkowo mało twórczych idei i myśli (żadna z wielkich partii nie dorobiła się poważniejszego programu, za to wielu sloganów), znajduję jednak ślad jakiegoś myślenia o demokracji.

Ta refleksja ma wiele wspólnego z pytaniem, które wiele lat temu, bo w czerwcu 1992 roku, postawił premier Jan Olszewski: czyja jest polska demokracja? Jaka ma być - dopowiedział obecny prezydent - liberalna czy solidarna? (To ostatnie pytanie, wyjątkowo bałamutne, miało podzielić ludzi oraz partie postsolidarnościowe; ten zabieg Kaczyńskiemu akurat się udał). Stawiając i podtrzymując te pytania, obóz pisowski zdaje się mówić coś niezwykle charakterystycznego: demokracja w III RP jest/była tylko z pozoru władzą ludu; w istocie za władzą pochodzącą z nadania wyborczego stoją interesy nomenklatur gospodarczych i wspomagających ich elit politycznych. Politycy, powołując się na swoje uprawomocnienie wyborcze, tworzą w rzeczy samej demokratyczną dekorację (scena publiczna - np. Sejm, ogłaszane publicznie decyzje itd.), za którą znajduje się scena mniej widoczna, odsłaniana jedynie w trakcie posiedzeń komisji śledczych czy na salach sądowych. Diagnoza, jeśli ją odczytuję poprawnie, nie jest nieadekwatna i trafia w intuicje wielu badaczy społeczeństwa. Wnioski polityczne z tej diagnozy pisowcy (a chyba także działacze PO) wyprowadzili rok temu następujące: po pierwsze, należy zniszczyć, zdemaskować, rozbić układy dawnych elit politycznych i finansowych (działały one rzekomo na każdym poziomie władzy), by nie przejmowały głosów wyborczych i nie używały ich dla celów partykularnych. Za sprawę najwyższej wagi uznano rozbicie dotychczasowych elit i autorytetów, zarówno elit politycznych, jak i intelektualnych (słynne "łże-elity" o kapepowskim rodowodzie).

Po drugie, należy wzmocnić państwo i odpowiedzialność pierwszych dwóch osób w państwie, by one ze swoimi dworami ponosiły całkowitą odpowiedzialność za rządzenie (projekt dekretów prezydenckich kontrasygnowanych przez premiera). Niekiedy prawica mówiła i mówi jeszcze jedno: demokracja typu zachodniego, czyli liberalna, w Polsce wyjść nie może, bo obca jest nam europejska idea wolności i praw człowieka. Mówią również, już bardziej wprost, że naród stał się jak za komuny ofiarą kolejnego spisku, zamachu państwa, elit władzy i pieniądza, elit obcych kulturowo i światopoglądowo. Wojna kultur w tej sytuacji posiada wymiar polityczny. Gdy spieramy się o model religijności, prawa gejów, spieramy się o to - twierdzą - czy Polska będzie Polską (jak chce PiS oraz LPR), czy europejską prowincją; czy fałsz łże-elit wygra, czy też obudzimy w sobie katolicko-narodową dumę.

PO tak jaskrawo sprawy nie stawiała, ale z pewnością liderzy partii zgadzają się z PiS w tym, że demokracja polska kuleje z powodu korupcji, nepotyzmu, układów i wreszcie błędnej drogi ustawodawczej polskiego parlamentu. Różnice programowe w zeszłym roku były jednak niewielkie i mało znaczące.

Obecnie PiS ma narzędzia prawne i instytucjonalne, ma dość szabel w Sejmie i Senacie, by swoją wolę społeczeństwu narzucić, i jak żadna dotąd elita władzy, liderzy posiadają dość konsekwencji, by korzystać z tych nadzwyczajnych uprawnień.

Pytanie o przyszłość polskiej demokracji pozostaje aktualne. PiS udzieliło odpowiedzi jednostronnej i twierdzi wręcz, że problemem naszym nie jest niska partycypacja w wyborach, ograniczone, dość dychawiczne społeczeństwo obywatelskie, problemem nie jest atomizacja społeczna i niski poziom kapitału społecznego. Problemem jest sprawne zarządzanie państwem. Kaczyńscy są skrajnymi etatystami i wcale tego nie skrywają. Przeprowadzają, jak na razie, wielką wymianę w administracjach i w kierownictwie państwa. Nie zmieniając mechanizmu rządzenia (tego samego, który dotąd prowadził do korupcji i arogancji), zmieniają za to, gdzie się tylko da, urzędników, prokuratorów, prezesów i woźnych w małych szkołach. Polityczną partycypację obywateli zastępują propozycją udziału w wyidealizowanej katolicko-narodowej wspólnocie. Konstruują mit narodowej krzywdy (komuna, postkomuna, układy), obiecując rychłe wyzwolenie. Żywią obywateli obsesyjnym strachem przed zagranicą, by winy za swoją polityczną nieudolność zwalać na złe siły, niemieckich odwetowców (zupełnie jak za Gomułki) i liberałów.

Obojętność czy wycofanie obywateli połączone z energicznym i skutecznym wzmacnianiem aparatu państwowego daje w efekcie zazwyczaj impuls do tworzenia miękkiego autorytaryzmu. Władza uzyskuje bezwzględną przewagę nad osamotnionym obywatelem formalnie tylko korzystającym z wszelkich praw, za którymi stoi podobno Rzecznik Praw Obywatelskich, sądy i prokuratura. PiS w żadnym wypadku nie rzuca wprost antydemokratycznych haseł, jednak władza państwowa, manipulując, może zastraszać, zniechęcać do protestu, wymuszać posłuszeństwo. Tak się też dzieje. Gdy z pracy w MSZ wylatuje dyrektor departamentu informacji za to, że rzetelnie (co jest jego obowiązkiem) przedstawił opinie prasy zachodniej na temat Polski (w tym fatalny artykuł o polsko-niemieckiej "wojnie kartoflanej"), to mamy do czynienia już pewnie nie z precedensowym nadużyciem władzy. Gdy przejdą ustawy wzmacniające rolę administracji państwa w zarządzaniu funduszami unijnymi de facto marginalizujące władze lokalne, gdy Kaczyński przeprowadzi dziwaczną ustawę o bezpieczeństwie państwa, gdy przegłosuje antykonstytucyjną ordynację wyborczą, wówczas kluczowe decyzje zapadać będą w kręgu wąskiej elity władzy bez potrzeby udziału społeczeństwa obywatelskiego i głosu opinii publicznej. Oczywiście dziennikarze będą psioczyć, ale większość z nas szybko do nowej sytuacji się przyzwyczai, jak dziwnie łatwo przyzwyczailiśmy się do tego, że Lepper z Giertychem są wicepremierami, czyli do czegoś, co rok temu wydawało się niemożliwe i przerażające.

PiS wykorzystuje rozczarowanie demokracją, poczucie krzywdy, potoczne mniemanie, że władza utuczyła się na społecznej krzywdzie i częste ludowe przekonanie, że najważniejszymi wartościami są sprawność i populistycznie pojęta gotowość pomocy bliźnim. Przykładem jest reakcja władz na katastrofę budowlaną w Katowicach. Efekty telewizyjnej obecności polityków PiS na miejscu wypadku są bardziej niż mizerne. Pomoc idzie słabo, mało kto troszczy się o ofiary wypadku. Ale obraz, wrażenie zainteresowania ma pozostać.

Jeżeli mam rację, jeżeli rzeczywiście mamy do czynienia z fenomenem implozji demokracji, to trzy pytania zdają się być najważniejsze. Pytanie pierwsze: jak sprawić, by milcząca większość zechciała uwierzyć w wartość demokracji, by uznała, że polityczna jazda na gapę, łatwe narzekanie na niewiele się zda, że udział w życiu publicznym jest rodzajem obowiązku, wyzwania i szansą? System demokratyczny mający za sobą poparcie mniejszości obywateli szybko stanie się obcy i straci, jak realny socjalizm, swoją legitymację. Pytanie drugie: jakie działania społeczne i polityczne mogą wzmocnić społeczeństwo obywatelskie? Na początku obecnej kadencji Sejmu podjęta została próba powołania zespołu parlamentarnego, ale rozbił te wysiłki poseł Zawisza. Potem coś chciał zrobić marszałek Borusewicz - bez specjalnych rezultatów. Rok temu proponowałem powołanie rzecznika interesów społeczeństwa obywatelskiego. Lista różnych posunięć służących oddolnej demokracji była dość spora. Nie słyszę, by jakakolwiek partia była takimi inicjatywami zainteresowana.

I wreszcie kwestia kolejna: system liberalny, o czym wiemy, oparty jest na zasadzie równowagi sił i teraz, gdy cała władza - poza Trybunałem Konstytucyjnym, ale i to jedynie do czasu, do jesieni - spoczywa w rękach jednej partii, można zasadnie pytać: jakie mechanizmy, jakie realne siły będą hamowały energiczny rozrost władzy państwa? Co sprawi, że obecna ekipa zdoła pohamować swoje apetyty i nie będzie narzucać swej woli w każdej dziedzinie życia? Dziś ma olbrzymie możliwości. Jedynym czynnikiem realnie hamującym ich władzę jest opinia międzynarodowa i postawa Rady Europy oraz komisji europejskich. Szczęśliwie nie jest już tak łatwo nas z Unii wypisać. Z tego ograniczenia zdaje sobie sprawę prezydent Kaczyński i dlatego w wywiadzie prasowym mówił, że z powodu nacisków Zachodu jego "rewolucja" udać się nie może.

Kaczyńscy budują mające przetrwać lata zaplecze swojej władzy. Mają dobrą wiedzę o narzędziach rządzenia. Nie ma jednak elit wiecznych. Wcześniej czy później będą musieli ustąpić. Kluczowe znaczenie dla przyszłości Polski ma moim zdaniem tylko jedno: czy nawet po kilku latach systemu etatystycznego pozostanie społeczny i polityczny impuls do utrzymania demokracji w Polsce.

p

, ur. 1951, socjolog, historyk idei, publicysta. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Jest posłem z ramienia PO. Współzałożyciel takich pism jak "Res Publica Nowa" i "Przegląd Polityczny". W latach 80. związany z "Solidarnością", zajmował się wprowadzaniem do polskiego obiegu intelektualnego najważniejszych dzieł zachodniej myśli liberalnej i konserwatywnej. Wydał m.in.: "Ideologie i obywatele" (1991), "W stronę wspólnego dobra" (1998), "Obietnice demokracji" (2004) oraz ostatnio "Pamięć po komunizmie" (2005). W "Europie" nr 36 z 7 sierpnia ub.r. opublikowaliśmy wywiad z nim "Do czego może służyć "Solidarność" w liberalnym świecie".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj