Poeta bardzo głośny, wręcz kultowy, w drugiej połowie XX wieku był głównym przedstawicielem tzw. szkoły nowojorskiej, do której zaliczają się m.in. John Ashbery, James Shuyler i Kenneth Koch. Istnieje wśród krytyków spór, czy określenie "szkoła" jest adekwatne, czy raczej nie należałoby mówić o "koterii" lub, bliżej polskiego zwyczaju językowego "grupie" poetyckiej. Kontrowersję tę można tłumaczyć chyba brakiem pozytywnego programu, jako że określa się on raczej przez negację: z jednej strony wobec dominującej wciąż tradycji Eliota i Pounda, z drugiej - rosnącego w siłę nurtu "poezji konfesyjnej". Cechy wyróżniające poezję "szkoły nowojorskiej" to powszedniość, codzienność jako tworzywo, zaś w sferze języka potoczność. W poezji O'Hary daje się nieraz wysłuchać echa jego ulubionych poetów, jak Rimbaud, Mallarmé, czy Borys Pasternak, a nawet Majakowski. Odzwierciedlają się w niej także zainteresowania poety muzyką, którą studiował w konserwatorium w Bostonie i sztuką, bliską mu zarówno poprzez przyjaźń z wybitnymi malarzami, jak i pracę kuratora w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. O'Hara nie szlifował swych wierszy, rzucał je na papier, jak dyktował mu talent, stąd niektóre z nich przypominają technikę "strumienia świadomości". Sławę zdobył dopiero po tragicznej śmierci.
p
Nagląca kartka na mych drzwiach
"Przyjdź do mnie" wzywała
"przyjdź jak tylko wrócisz" więc szybko
wrzuciłem trochę mandarynek
do podręcznej torby
zacisnąłem powieki napiąłem ramiona
i ruszyłem do drzwi
Była jesień
zanim dotarłem na róg, och, nic
nie chciało być rzeczywiste
ani przywidzeniem ale
liście bardziej jaśniały
niż trawa na chodniku!
Zabawne, myślałem, że światła do tak późna
świecą a drzwi do sali są otwarte
czynnej jeszcze o tej porze
dla mistrza gry w piłkę ręczną
A fe!
hańba! Cóż to za gospodarz, jaki napalony!
A był tam na sali
leżał płasko na płótnie pełnym krwi
która spływała schodami. Byłem pełen uznania
Mało jest takich panów domu, którzy z równą
gorliwością przygotowują się
na wizytę gościa
zaproszonego przez przypadek
i to kilka miesięcy temu.
Nowy Jork piątek 12'30
trzy dni po zdobyciu Bastylii, tak,
oto rok 1959 muszę wypolerować buty
bo wyjeżdżam o 4'19 w Easthampton jestem
o 7'15 i idę wprost na obiad o 1'15
a nie znam ludzi którzy mnie nakarmią
Idę przez parną ulicę w słońcu sam zaczynając parować
i jem hamburgera z shakem i kupuję
brzydko wydawany New World Writing i wiem już
co porabiają ostatnio poeci w Ghanie idę do banku
a panna Stillwapon (na pierwsze ponoć ma Linda)
nie spojrzy choćby raz w życiu na moje saldo
a w Złotym Rogu jest trochę mego Verlaine'a
dla Patsy z rysunkiem Bonnarda ale myślę wciąż
o Hezjodzie w przekładzie Richmonda Lattimore
o nowej sztuce Brendana Behana albo
o Balkonach czy Murzynach Geneta
chociaż trwam przy Verlainie
a po prawdzie kładę się spać
wśród tych rozterek
do Mike'a zaś idę właśnie spacerkiem przez Park Lane
do sklepu alkoholowego zamawiam butelkę Strega i
wracam skąd przyszedłem na 6-ą Aleję
i do trafiki obok teatru Ziegfelda jak zwykle
kupując karton Gauloisów i karton
Picaynów i New York Post z jej twarzą na okładce
i bardzo się teraz pocę i myślę o tym
jak opierałem się o drzwi toalety w knajpie Pięć Łyków
gdy ona nuciła piosenkę nad klawiaturą
do Mal Wodron a mnie i wszystkim zapierało dech
* 0dniesienie do śmierci Billie Holiday
Kiedy muzyka brzmi z dość daleka
powieki rzadko się podnoszą
a przedmioty są ciche jak zioła lawendy
bez woni, jak odległy odzew.
Chmura pasmem wiotkim się ciągnie
za srebrną lecącą maszyną
tak, że sama myśl o niej echem się odbija
nie do wiary: huk silnika spada
jak miedziak na powierzchnię morza
i nie zmruży się oko
jak wtedy gdy w pełnym słońcu miedziak
wznosi się i blisko błyska w powietrzu. Teraz,
powoli, serce oddycha muzyką
miedziaki zaś leżą w wilgotnym żółtym piasku.