Niektóre fragmenty "Fado", nowej książki Andrzeja Stasiuka, są żywcem przepisane z "Jadąc do Babadag". Michał Paweł Markowski stwierdza, że można to uznać zarówno za wyraz siły i konsekwencji autora, jak i jego słabości, kurczowego trzymania się własnych wytworów. Krakowski literaturoznawca przychyla się do tej pierwszej, korzystnej dla pisarza interpretacji. "Od lat Stasiuk stara się przezwyciężyć nihilizm, który zawsze czai się tam, gdzie zrozpaczony człowiek zadaje sobie pytanie >>dlaczego bardziej jest nic, niźli coś?<<. W >>Babadag<< pisał o swoim >>zamiłowaniu do rozpadu<<, o odklejaniu się słów od świata, o >>pięknej nicości<<, która czasami dopiero szuka swojej formy w widzialnym świecie. W >>Fado<< - jak sądzę - perspektywa zmienia się radykalnie. Owszem, nicość pojawia się także (bo nie może być inaczej), tym razem jednak pisarz nie o niej mówi, lecz o jej przezwyciężaniu".
p
Fado po portugalsku znaczy los. Ale oznacza przede wszystkim melancholijną pieśń, zrodzoną w wieku XIX w robotniczych zaułkach Lizbony, wyśpiewującą smutek rzeczy bezpowrotnie utraconych. To poczucie tęsknoty za przeszłością Portugalczycy nazywają "saudade" i można je jeszcze dziś usłyszeć przy akompaniamencie hiszpańskiej gitary i portugalskiej guitarra o 10 lub 12 strunach. Fado to portugalska odmiana bluesa odśpiewywana przez - jak pisze Stasiuk - "pełen napiętego smutku głos śpiewaczki". W najnowszej książce Andrzeja Stasiuka fado pojawia się tylko raz, marginalnie, niemal przypadkiem, ale atmosfera tej pieśni przenika wszystkie teksty. Bo bohaterem tego niewielkiego zbiorku jest ludzki los przeżywany z jednego, jedynego punktu widzenia: punktu widzenia Andrzeja Stasiuka. "Jestem zadomowiony we własnym losie, ponieważ widzę w nim ciągłość" pisze Stasiuk. Ale pisze też: "Z tego składa się życie, gdy próbujemy je sobie wyobrazić jako pewną całość - z oderwanych fragmentów, które zapadły w pamięć. Nie spaja ich żadna logika, żaden sens, poza tym, że przydarzyły się mnie". O tym właśnie jest "Fado": o tym, że wszystko w naszym życiu przydarza się tylko nam.
W "Jadąc do Babadag" Stasiuk napisał: "Tak, moją obsesją są Cyganie, pustka pogranicza oraz rzeczne promy we wschodnich Węgrzech. Mógłbym o tym w kółko gadać i rozmyślać". To prawda. Stasiuk jest pisarzem obsesyjnym: w kółko gada to samo, w najnowszej książce nawet żywcem przepisuje niektóre kawałki z "Babadag". Pojawiają się znów te same motywy, te same obrazy, te same metafory. Można powiedzieć (i krytycy na pewno to powiedzą), że to słabość pisarza, który tkwi w zaklętym kręgu własnych wytworów i zaczyna już zjadać własny ogon. Można jednak także powiedzieć, że jest to jego siła, siła pisarza, który jak mało kto dzisiaj trzyma się uparcie tego, co najbardziej własne. A co to takiego? Co jest najbardziej Stasiukowe w "Fado"? Pozornie wszystkie niemal ostatnie teksty Stasiuka to teksty pisane on the road, w drodze, gdzieś w Europie Środkowej, która jest prawdziwą jego ojczyzną, między Albanią, Rumunią, Węgrami, Słowacją, w okręgu o promieniu 300 kilometrów, którego środek umieszczony jest w Wołowcu, karpackiej wsi, gdzie Stasiuk obecnie mieszka. Ale o Europie Środkowej napisano już wszystko i nawet więcej - zrobiono z niej szlachetny mit, przemieniający się powoli w zmurszałe składowisko klisz produkowanych przez intelektualnych nieprzyjaciół Zachodu. Trudno do tej biblioteki dołożyć choćby jedną oryginalną karteczkę, zwłaszcza wtedy, gdy nie jest się - jak Stasiuk - pisarzem idei, tylko pisarzem doświadczenia przemienionego przez pamięć. "Bo jechać to jest nic. Najważniejsze zaczyna się potem, właśnie teraz, gdy wszystko już znieruchomiało, struchlało i powoli obraca się w nicość". Nicość u Stasiuka! Mało kto się z nią tak boryka we współczesnej polskiej literaturze, bo mało jest dziś pisarzy prawdziwie metafizycznych. Taki jest właśnie Stasiuk, czy się to komu podoba, czy nie: nie zanudza opowieściami o byle czym, nie pompuje się rekwizytami kultury wysokiej, nie udaje, że nie jest tym, kim jest. Od lat, od "Dukli" pewnie, stara się patrzeć w nicość, która go zachodzi od różnych stron, i nie odwrócić od niej oczu. Od lat Stasiuk stara się przezwyciężyć nihilizm, który zawsze czai się tam, gdzie zrozpaczony człowiek zadaje sobie pytanie "dlaczego bardziej jest nic, niźli coś?". W "Babadag" pisał o swoim "zamiłowaniu do rozpadu", o odklejaniu się słów od świata, o "pięknej nicości", która czasami dopiero szuka swojej formy w widzialnym świecie. W "Fado" - jak sądzę - perspektywa zmienia się radykalnie. Owszem, nicość pojawia się także (bo nie może być inaczej), tym razem jednak pisarz nie o niej mówi, lecz o jej przezwyciężaniu. Gdy wszystko, co się przeżyło, "powoli obraca się w nicość", jedynym ratunkiem jest pamięć i wyobraźnia. Tak właśnie jest u Stasiuka. Weźmy trzy cytaty. "Przeszłość i pamięć są moją ojczyzną". "Amnezja jest forma pogardy dla samego siebie". "Pamięć jest niepodległa". I jeszcze jeden, o wyobraźni. "Patrząc [na mapę] spoglądam w nicość, którą moja wyobraźnia chce za wszelką cenę wypełnić". Skąd ta pochwała pamięci? Skąd pochwała wyobraźni, tak anachroniczna dzisiaj, kiedy pisarze albo zastanawiają się, jaki by tu reportaż z rzeczywistości sklecić, albo jak najosobliwiej połączyć rzeczownik z przydawką? Odpowiedź jest jasna: z metafizycznej obsesji, która każe zapełniać pustkę kształtami, postaciami, rzeczami, tym samym przenosząc je w wieczne trwanie.
"Budzę się każdego dnia i czekam aż zdarzenia znikną w przeszłości. Dopiero wtedy stają się wyraziste, dopiero wtedy zyskują jakieś znaczenie". "Tylko to, co minęło, istniało naprawdę". I jeszcze jeden podobny fragment. "Istnieje tylko to, co minęło, ponieważ posiada swoją formę, jest uchwytne, dotykalne i w pewien sposób ocala nas przed szaleństwem, przed mentalnym unicestwieniem". Co to oznacza? To tylko, że przyszłość jest bezsensowna, bo wyciąga nas z życia. Ale też chyba to, że teraźniejszość jest zbyt niepokojąca, zbyt bezpośrednia. To, co jest, jest niepewne i zbyt kruche, żeby dawało gwarancję mocnego istnienia. To, co zostało zapamiętane, ma szansę przetrwać i stać się cząstką jednostkowego losu. Stasiuk nie jest, jak się to kiedyś powiadało, "literackim naturszczykiem", który bierze rzeczywistość za gardło i rzuca ją na papier. Jest za to wielkim apologetą mediacji ocalającej przed nazbyt groźną bezpośredniością. Dlatego właśnie jest wielkim obrońcą wyobraźni. Być może największym w polskiej literaturze współczesnej. Może się to wydawać dziwne, bo "Babadag" pełen jest zmysłowych obrazów i ekstatycznych opisów. Prawdą jest, że u Stasiuka nie ma abstrakcji, bo nie jest to, jako się rzekło, pisarz idei. Ale prawdą jest także, że doświadczenie empiryczne nie jest u Stasiuka po to, by powiedzieć: "Patrzcie jak dotykam rzeczywistości, patrzcie, jak jestem w niej zanurzony". Każdy, kto tak postępuje, kto woła o "nagie życie", popełnia błąd tymczasowości. Ginie z tym, co już minęło, znika z tym, co już nie trwa. Stasiuk postępuje odwrotnie: stara się pamiętać to, co bezpowrotnie utracone i w ten sposób przenieść w inny wymiar. "Wyobrażam sobie te wszystkie miejsca, w których dzisiaj byłem". A kiedy wspomina swoich dziadków, oglądając ich zdjęcia, pisze zdumiewające zdanie: "Kiedy próbuję sobie ich przypomnieć, muszę sobie ich wyobrażać". Nie dajmy się więc zwieść Stasiukowi, nie należy on do zakonu literackich dokumentalistów, w jego opisach fikcja miesza się z rzeczywistością, wyobraźnia w jego utworach wygrywa ze wzrokiem. Wydaje się czasami, że Stasiuk jest realistą, ale nie jest to realizm patrzenia, lecz realizm wyobraźni. To stawia go poza tradycyjną opozycją wiernego zapisu i swobodnej imaginacji. To, co zobaczone, musi przejść u Stasiuka przez prawdziwe oczy, oczy wyobraźni, by tam właśnie osiąść na jakiś czas, może nawet na zawsze. "Niewykluczone, że moja pamięć miesza się z wyobraźnią", pisze w pewnym momencie. Niewykluczone? Ależ inaczej nie może być! Kto bowiem powiedział, że mamy mu wierzyć na słowo? Że świat wygląda rzeczywiście tak, jak opisał to Stasiuk? Bezpieczniej jest powiedzieć, że czytając "Babadag" i czytając "Fado", czytając o realnych miejscach i realnych ludziach, wkraczamy w świat wyobraźni Andrzeja Stasiuka. Warto zapytać: co to za świat? Co sobie ten Stasiuk wyobraża?
Jest to przede wszystkim świat dziejący się poza wszechobecną wymianą, świat, w którym możemy mieć siebie, rzeczy i przestrzeń na własność. "W świecie, który nadciąga, niewiele rzeczy będziemy mieli na własność. Większość z nich będzie podlegała prawom ekonomii, czyli każdy zysk będzie zawierał w sobie potencjalną stratę. Prawdopodobnie nawet uczucia staną się przedmiotem handlowej wymiany. [...] Bardzo możliwe, że tylko pamięć, osobista, kapryśna, fragmentaryczna, nie znajdzie nabywcy, ponieważ dla kogoś drugiego będzie kompletnie bezwartościowa". Niby jest to banał, ale o takim banale nie wolno zapominać, bo stoi za nim pojedynczy człowiek. Stasiuk właśnie o takiej niewymienialnej pojedynczości nam przypomina nieustannie, o tym, że istnieje świat poza ekonomią, świat "cudownego trwonienia" i "bezinteresownego wydatku". Ten świat, którego nie można wymienić na wszystko, to także świat nieprzewidywalny, nienapisany wedle łatwego do odgadnięcia scenariusza. "Nic tu nie jest oczywiste i wszystko może okazać się czymś innym" pisze Stasiuk o Rumunii, która od lat patronuje jego pisarstwu. "Tak, lubię tam wyjeżdżać, ponieważ Rumunia to chaos, żywioł, nieobliczalność i paradoks. Rumunia to odświeżające ćwiczenie umysłu, który przywykł do banalnych i oczywistych rozwiązań". Dla Stasiuka Rumunia to nie tyle geograficzna kraina, co miejsce wyobrażone, ocalające to, co najważniejsze w życiu. Ale jest to także - może z tych samych powodów - miejsce skazane na niebyt przez europejski rozum, zachodnią Europę, zbyt wpatrzoną w nieskazitelny obraz samej siebie. Stasiuk nie lubi Zachodu, to wiadomo, ale nie lubi z powodu wyobraźni właśnie. "Czy można wyobrazić sobie siebie tam, gdzie w snach podróżują wszyscy?" Dla Stasiuka Nowy Jork byłby więc miastem "pozbawionym tajemnicy i ekscytacji", zaś miejscem objawienia tajemnicy Rasinari, maleńka wioska w Transylwanii, gdzie urodził się Cioran i gdzie można odczuć "nieprzerwaną ciągłość świata wokół". Łatwo to wyśmiać, sam Nowy Jork uwielbiam, rzecz jednak w tym, że Stasiuk nie mówi: Nowy Jork jest do niczego. Mówi tylko: moja wyobraźnia nie ma tam co szukać. Rozumiem to dobrze. Jest wiele miejsc dla mojej wyobraźni doskonale obojętnych.
Mówiłem już: Stasiuk wciąż gada to samo. Mówi na przykład ciągle, bardzo krytycznie, że "istnienie samo w sobie dawno już straciło sens" i że dzisiaj istnieje tylko to, na co się patrzy. Jak to więc jest? Czy nie ma tu sprzeczności? Przecież pełno u Stasiuka opisów intensywnego patrzenia, pełno subiektywnego oglądania. Nie, Stasiuk nie jest postmodernistą, za jakiego go zresztą niegdyś uznawano, i nie uważa wcale, że wszystko jest tylko funkcją naszego widzenia i mówienia, nie mówi, że nie ma rzeczywistości. Ale czy jest modernistą, który wierzyłby w to, że rzeczywistości sens nadaje tylko nasza wyobraźnia? Z pewnością jest przeciwko modernizacji. "Wszystko co było zostaje odrzucone w imię nowoczesności, która przyjmuje postać fikcji, złudzenia, lucyferycznej zjawy". Stasiuk jest metafizykiem, który - jak rumuńscy górale - nie chce brać w ogóle pod uwagę, że nastała nowoczesność. Choć wierzy w wyobraźnię, to jednak mówi wyraźnie: świat istnieje i wyobraźnia jest tylko narzędziem, dzięki któremu może on trwać nadal, nawet wtedy gdy go już nie ma. Jest więc Stasiuk anachroniczny, niewątpliwie, ale należy zapytać: czy przypadkiem metafizyka w ogóle nie jest anachroniczna? Ależ tak, anachroniczni byli wielcy metafizycy polskiej literatury, Leśmian, Schulz, Witkacy. Anachroniczny, ale nieco inaczej, był też Białoszewski, anachroniczny był Wat. Stasiuk należy do najbardziej anachronicznych spośród pisarzy średniego pokolenia, być może jest wśród nich najbardziej anachroniczny, co należy tu rozumieć jako pochwałę. Literatura, która jest bardzo na czasie, nie może być dobrą literaturą.
Jest w "Fado" krótka wzmianka o więzieniu, w którym kiedyś znalazł się pisarz. "Doświadczyłem [tam] całkowitej samotności i zupełnego opuszczenia [...] pochłaniało mnie minione. [...] Wydawało mi się, że jestem całkowicie samowystarczalny, że w istocie nie odebrano mi wolności, ponieważ nie odebrano mi pamięci". Toteż Stasiuk wciąż powtarza: nie mamy niczego innego na własność poza przeszłością i nikt nie może nam naszej pamięci zabrać. Tym jednak różni się od wszystkich innych wersji tego samego zaklęcia, że chodzi tu o pamięć jednostkową, nie zbiorową. "Pamięć i wyobrażenie losu jako konieczności chronią nas przed zimnym dotykiem samotności". Zgoda, ale jak to zdanie połączyć z pochwałą samotności, głoszoną raz po raz przez Stasiuka? Tak chyba, że samotność jest do zaakceptowania wtedy, gdy staje się podstawą naszego Ja, gdy nas - na nasze wyraźne życzenie - broni, gdy pozwala zapanować nad światem w postaci wyobrażeń i pamięci, ale też kiedy owo Ja jest zakorzenione w jakiejś, choćby najmniejszej, rodzinnej bodaj, wspólnocie. "Żyć w Karpatach to żyć w samotności, a zarazem w poczuciu odległej wspólnoty". Gdy jednak samotność nas samych siebie pozbawia, gdy skazuje nas na brak innych - jest niszcząca. Samotność wspomagana przez wyobraźnię jest twórcza. Samotność bez pamięci to wyrok śmierci. Ostatnia książka Stasiuka rozpięta jest między dwoma biegunami samotności. Między szczęśliwym dzieciństwem i niespokojną dojrzałością. Kiedy wspomina pobyt u swoich dziadków na wsi, Stasiuk jest czuły i nostalgiczny. "Czułem, że jestem sam na świecie i sprawiało mi to radość. Pod ciemnym niebem nocy, wśród bydlęcej woni, gdzieś na końcu świata odczuwałem własne istnienie tak mocno, jak nigdy przedtem i nigdy potem". "Byłem sam, ale ta samotność w pewien sposób mi towarzyszyła". Kiedy pisze o sobie w czasie teraźniejszym, tonacja się zmienia. "Coraz częściej strach przesiaduje u wezgłowia mojego własnego łóżka i ogrom świata odbiera mi sen". W "Fado" Stasiuk zaczyna mówić wyraźnie i szczerze: trudno facetowi po czterdziestce wielbić nicość dla niej samej. Trudno jednak także się od niej odwrócić, udając, że jej nie ma. Dlatego trzeba cały czas pisać tę samą pochwałę wyobraźni, tę samą apologię pamięci, bo los człowieka jest taki sam jak los pisarza. Jest nim zaklinanie bezlitosnego fatum, smutne odśpiewywanie fado.
p
, ur. 1962, teoretyk literatury, tłumacz, eseista, profesor w Instytucie Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Znawca twórczości Jacques'a Derridy, którego dorobek wprowadzał do polskiego obiegu intelektualnego. Opublikował m.in. książki: "Efekt inskrypcji. Jacques Derrida i literatura" (1997), "Nietzsche. Filozofia interpretacji" (1997), "Anatomia ciekawości" (1999, Nagroda Kościelskich), "Pragnienie obecności. Filozofie interpretacji od Platona do Kartezjusza" (1999) oraz "Czarny nurt. Gombrowicz, świat, literatura" (2004). Tłumaczył m.in. pisma Foucaulta, Lévinasa, Deleuze'a i Barthes'a. Jego teksty wielokrotnie publikowaliśmy na łamach "Europy" - ostatnio "Precz z dekadencją" (nr 22 z 31 maja br.).