Dziennik Gazeta Prawana logo

O społeczeństwie bez państwa i polityki

5 listopada 2007, 12:09
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Jadwiga Staniszkis przypomina historię upadku międzywojennej niemieckiej demokracji i wskazuje na niepokojące analogie: w Republice Weimarskiej, podobnie jak w III RP, zachowania demokratyczne zostały zdezawuowane, zanim demokracja zdążyła okrzepnąć. "Niecierpliwość i brak wiary w instytucje demokracji i tam, i u nas rodziły tęsknotę do sytuacji nadzwyczajnej, w której głównym imperatywem jest przełamanie inercji i działanie jako wartość sama w sobie" - pisze Staniszkis. Pojawiły się także dążenia do dokonania drastycznej zmiany rozumienia praworządności, sugestie, że głównym wyznacznikiem legalności i słuszności prawa jest dysponowanie większością parlamentarną pozwalającą na jego uchwalenie. Mimo podobieństw między Weimarem a III RP obecne zjawiska w polskiej polityce nie zwiastują nadchodzącego totalitaryzmu. Wprost przeciwnie - wbrew swej retoryce PiS przykłada rękę do niszczenia mechanizmów działania nowoczesnego państwa.

p

Intelektualny klimat Republiki Weimarskiej był pełen paradoksów. Ci sami intelektualiści, którzy w ostatniej fazie istnienia Republiki, przed jej samym upadkiem, formułowali najbardziej przenikliwe przeczucia na temat rodzącego się dopiero faszyzmu - wcześniej, gdy owa Republika dopiero się konsolidowała, byli równie żarliwymi krytykami demokratycznych struktur z ich nieskutecznością i bezradnością wobec narastającego kryzysu ekonomicznego i społecznego. Jak pokazywał Peter Gay w swojej monografii tego okresu ("Weimar Culture", 1970), charakterystyczna antypolityczność intelektualistów czasów Republiki była spowodowana ich przekonaniem, że polityka jest grą, w której wszyscy mogą uczestniczyć, ale wygrać mogą tylko sami politycy. "Czy musimy budować barykady dla obrony - tego", pytała retorycznie Hannah Arendt cytowana przez Gaya.

Ów ekstremizm centrum, jak później to zjawisko określił Seymour Lipset, wiązał się z rozczarowaniem klasy średniej do polityki (i demokracji) jako wehikułów rozwiązywania problemów. Zanim więc zachowania demokratyczne stały się nawykiem (bo wtedy, w Niemczech lat 20., były równie czymś nowym jak dziś u nas), już zostały zdezawuowane. W szczególności nie przyjęto do wiadomości i nie zaakceptowano faktu, iż probierzem demokracji jest sposób reagowania na kryzysy i - po drugie - respektowanie praw mniejszości. Niecierpliwość i brak wiary w instytucje demokracji i tam, i u nas rodziły tęsknotę do "Umsturzsituation", sytuacji nadzwyczajnej, w której głównym imperatywem jest przełamanie inercji (także inercji demokratycznych procedur, "legalnego imposibilizmu") i działanie jako wartość sama w sobie. I to wszystko jedno, czy działanie, aby budować czy - aby burzyć.

To wtedy właśnie pojawiło się określenie "konserwatywna rewolucja" (Hans Freyer), robiące dziś karierę także u nas. A w estetyce wystąpił nurt gloryfikujący "mocną formę" (Gottfried Benn), formę odrzucającą wszelką dwuznaczność, niejednorodność, akcenty obce wobec jej głównego nurtu traktowane jako zagrożenie i znak słabości.

Wtedy również pojawiły się pierwsze głosy krytykujące pozytywizm jako podstawę metodologii tworzenia prawa. I nie była to wyłącznie (i nie przede wszystkim) krytyka z pozycji chrześcijańskiej doktryny prawa naturalnego, pokazującej, iż nieprzekraczalnym warunkiem brzegowym systemu prawa jest godność osoby ludzkiej, każdej osoby, i - sprawiedliwość rozumiana jako oddawanie każdemu co mu się należy, ze względu na ową godność właśnie. Krytykowano pozytywizm raczej z pozycji przeciwnych: jako utrudnienie realizowania misji państwa (w służbie "wspólnoty") i jako czynnik hamujący swobodę władzy. Równocześnie - i to kolejny paradoks tamtego okresu - zaczęła dominować prostacka wykładnia tegoż, krytykowanego przecież pozytywizmu, polegająca na podkreśleniu "normatywnej siły faktyczności". Innymi słowy - sugerowaniu, iż głównym wyznacznikiem "legalności" i "słuszności" prawa jest posiadanie większości pozwalającej na jego uchwalenie. To wciąż była demokracja, ale już tworzono warunki do drastycznej zmiany filozofii prawa. W ten sposób przygotowano tam (i u nas teraz w pracach nad lustracją) grunt do tworzenia ustaw opartych na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej i domniemaniu winy (z koniecznością udowodnienia, że jest się niewinnym, przez samego oskarżonego), odrzucając tym samym zasadę kluczową dla rządów prawa, a polegającą na domniemaniu niewinności (dopóki organ powołany do tego nie wykaże, że jest inaczej).

I nie pomogło, że przywódcy owej rewolucji w prawie szybko sami się zreflektowali, dostrzegając powstające zagrożenia. Rewolucję pociągnęli - już wbrew nim - młodzi. Młodzi zafascynowani własną władzą uruchomienia czegoś, co dawało im - złudne - wrażenie kontroli nad rzeczywistością. A była to tylko kontrola nad ludźmi. Jakże łatwa i jakże demoralizująca!

Na powyższe nakładał się (podobnie jak u nas) projekt odbudowania "wspólnoty" przy równoczesnym wprowadzaniu reform instytucjonalnych. Obiecywano efekt, którego nie potrafiły dostarczyć doktryny odwołujące się do liberalizmu i indywidualizmu: jednoczesne wzmocnienie więzi "pierwotnych" (rodzina, naród) i zwiększenie efektywności więzi "wtórnych" (państwo, gospodarka). Taka właśnie obietnica kryła się za hasłami kwestionującymi formalną demokrację weimarską i wracała później wielokrotnie w wizji ruchów społecznych zastępujących instytucje i procedury liberalnej demokracji. Tej ostatniej zarzucano atomizowanie i unieruchamianie społecznej energii, służenie "układowi" i stronie silniejszej. Taką właśnie wizją kieruje się dziś rządząca Turcją Partia Prawa i Rozwoju oraz - nasz PiS.

Neotradycjonalizacja jako instrument odbudowywania wspólnoty (w Polsce to hasło "suwerenności kulturowej") może mieć różne wersje. Każda z nich jest swoistym pastiszem - czyli konstrukcją selektywnie czerpiącą z zasobów kulturowych, zbyt świadomą siebie i zbyt stylizującą się na samą siebie, aby stać się żywym, dynamicznym tworem. Konstrukcja ta może co najwyżej służyć do wyznaczenia granicy "my" - "oni", i - w najlepszym razie - do odbudowania pamięci zbiorowej. Jednostka jest tu postrzegana w perspektywie "wspólnoty", a nie - tomistycznej "osoby". Podobnie jak w rewolucji legislacyjnej, tradycja prawnonaturalna w sposób nieuchronny ustępuje więc i tutaj imperatywowi misji. Jest bowiem przywoływana tylko w jednym, antyliberalnym aspekcie: wyższości "godności" człowieka nad jego "wolnością". I to godności skorelowanej z godnością wspólnoty jako całości, a nie człowieka z sobą jako indywiduum, gdy godność oznacza przede wszystkim wierność własnej, unikalnej "takości".

Te niedyskutowane otwarcie zmiany akcentów w sposób nieuchronny wpływają dziś na dyskurs publiczny i są jeszcze radykalizowane w ramach "buntu młodych". Znika nutka dwuznaczności, manieryzmu i lekkiego, autoironicznego zblazowania, czyniąca ów pastisz (choćby w wydaniu Jarosława Kaczyńskiego) jeszcze do wytrzymania. Pojawia się nieznośna dosłowność, solenność, "ludowość" właśnie, czyniąca ową pastiszową konstrukcję tak już "autentyczną", że aż coraz bardziej drażniącą i fałszywą. Gdy bowiem broni się własnej tradycji opartej na jednoznacznej hierarchii norm, twierdząc, iż postnowoczesne relatywizowanie wartości niszczy zdolność przeżywania własnej tragiczności i poczucia winy, to jest to ciągle wpisywanie się w prawnonaturalną konstrukcję osoby i zwiększa dumę z własnej tradycji. Gdy zaś - jak w Radiu Maryja - wzmacnia się jedynie poczucie zagrożenia zewnętrznego i żeruje na kompleksach, to odbudowuje się irracjonalną pseudowspólnotę, która wywołuje nie podziw (jak w czasach "Solidarności"), ale wzruszanie ramionami. Pierwsza wykładnia tradycji pociąga; druga jest nie do przyjęcia. I nawet Rosja (ustami cynicznego Karaganowa na łamach "Dziennika") mówi, iż do spotkania z Putinem może nie dojść, bo "Rosja nie będzie pomagała Polsce w jej kłopotach z Europą"...

Prawicowa rewolucja (jak każda) ma swoje przyczyny. Tak było w czasach Republiki Weimarskiej i tak jest w Polsce czy w Turcji obecnie. Za każdym razem przygotowywali taką rewolucję intelektualiści, którzy później (za późno) stawali się jej krytykami i ofiarami.

Zawsze były to przyczyny tzw. "obiektywne" (dylematy rozwojowe, poczucie braku kontroli społeczeństwa nad własnym losem) i "subiektywne", wynikające ze sposobu myślenia i definiowania związków przyczynowych. Towarzyszyła im zazwyczaj wznosząca fala awansu pokoleniowego i społecznego. Dziś dodatkowo nakłada się na to proces globalizacji korodujący państwa w starej roli i zmieniający charakter władzy. Zagrożenie towarzyszące temu ostatniemu (i brak zdolności osiągania założonych celów) sprzyja wysiłkom "konsolidacji" władzy. Czasem ogranicza się ona - jak w Rosji - do budowania partii władzy opartej na interesach i personalnych lojalnościach. Czasem, jak u nas, pojawiają się również pomysłowe innowacje. Zaczyna się sięgać również do nowych technik: np. zapowiadana przez premiera konsolidacja zasobów, ponad resortowymi podziałami i - autonomicznymi dotychczas, "władzami wydzielonymi" agencji i funduszy - choćby w zarządzaniu gruntami. Nie rezygnuje się jednak i u nas z partii władzy czy ciągnięcia koalicji również na poziomie samorządów (mimo zatrważającego poziomu): patrz zmiana ordynacji. Czy wreszcie - z tworzenia nowej nomenklatury (rezerwa kadrowa). Wciąż za mało jest konsolidacji państwa poprzez tworzenie procedur harmonizujących różne racjonalności i wymuszających współpracę - np. między hierarchią i siecią, sektorem publicznym i prywatnym, budżetowym i skomercjalizowanym segmentem finansów publicznych itp.

Nie dostrzega się, że w dobie globalizacji (i europejskiej integracji) dobre, skuteczne rządzenie to przede wszystkim zarządzanie relacjami i ich budowanie. Dbanie, by instytucje odpowiadały naszemu poziomowi rozwoju (czasowi historycznemu i skali), by interes całości (dobro wspólne, w tym szczególnie - szanse rozwojowe) występował każdorazowo choćby jako warunek brzegowy - respektowane ograniczenie - w algorytmach decyzji dotyczących spraw kraju. By reguły gry były fair, nie obciążając nieproporcjonalnie jakiejś kategorii graczy. Tego się nie buduje przez redystrybucję środków, ale reformy dotyczące procedur.

Władza staje się obecnie tożsama ze sterownością. A ta jest konsekwencją budowy systemu jako całości i oznacza przede wszystkim - bezosobową władzę systemu nad samym sobą. Rzeczywistość może wyglądać jak materia, zbiór aktorów, ale de facto zachowuje się jak energia. Decydujące są bowiem relacje, sekwencje działań, różnice potencjałów, istnienie - lub brak - korespondencji między płaszczyznami. Na przykład o naszych, słabych dziś szansach bronienia swoich interesów w Unii w większym stopniu decyduje niekompatybilność struktur naszej i unijnej biurokracji (czyli - brak szans na codzienne negocjacje i przepływ informacji) niż reguły politycznych głosowań.

Sprawczą rolę ma dziś dynamika relacji. A pojedynczy politycy tylko o tyle, o ile potrafią owymi relacjami manipulować i konstruować je w interesie całości, za którą odpowiadają. "Państwo horyzontalne", to, co jest "pomiędzy" segmentami o odmiennej logice, a nie - państwo hierarchiczne jako układ osób, decyduje o sukcesie.

Trudno w ramach naszej tradycji kulturowej pogodzić się z taką odpodmiotowioną ontologią władzy. Obraz świata (i filozofia władzy) w naszej tradycji budowany jest bowiem od osoby (z jej instynktem dobra i partycypacją w Absolucie pozwalającą na myślowe pojęcie prawa naturalnego). Władza w naszej tradycji ujmowana jest w struktury hierarchiczne, spersonalizowane. Trudno więc zrozumieć, jak funkcjonują sieciowe zasady regulacji, ujmujące tylko niektóre aspekty działania i nieprzesądzające, który z nich jest najważniejszy. Hierarchie ad hoc powstają dziś bowiem wokół wynegocjowania przez któregoś z aktorów sekwencji postępowania eksponującej ten aspekt (i zasady wewnętrznej racjonalności), który odpowiada jego interesom. Owa hierarchia (tożsama z sekwencją) znika wraz z podjęciem decyzji i dalej mamy do czynienia ze słabo sformalizowanym procesem, a nie - strukturą o jednoznacznej logice.

Dominująca u nas tradycja ontologiczna kładzie nacisk na byty w sensie materialnym (podmioty), a nie na ulotne byty relacji i sekwencji. Słabo poruszamy się w sytuacjach, gdy władzę (w sensie mocy sprawczej) ma pole sił generowanych przez owe relacje, poza i ponad ludźmi (i - często - poza ich wiedzą).

Trudno jest nam również poruszać się w ramach nowych zasad funkcjonowania prawa, takich jak chociażby w Unii: nieliniowych i niehierarchicznych. Normy są tu wielofunkcyjne: w zależności od sytuacji dana norma może raz być bezwzględną dyrektywą, a kiedy indziej - wyznaczać tylko warunek brzegowy, który należy realizować na minimalnym, zadowalającym, "efektywnym" poziomie. Taka wielofunkcyjność norm przeczy dotychczasowej praktyce (i tej hierarchicznej, kodeksowej i tej - prawnonaturalnej), wymusza relatywizowanie i zasadę wzajemnego samoograniczania. Zanika absolutyzowanie czegokolwiek - choć trzeba również znać granicę możliwych kompromisów. Zmienia się zasadniczo stosunek władzy do samej siebie: trudno to zaakceptować przy retoryce "misji" i własnej racji. Konieczne jest tu zrozumienie autonomii form i ich modelowanie poprzez - negocjacyjne - reinterpretowanie założeń wyznaczających ich wewnętrzną "racjonalność".

Trudno się do tego wdrożyć, gdy wyrosło się z tradycji jedności materii i formy, jak w tomistycznej (choć już nie augustiańskiej) wykładni platonizmu. Tym bardziej że zaakceptowanie możliwości wielu sposobów istnienia tego samego jest sprzeczne z pastiszowym rekonstruowaniem własnej wspólnoty jako bezalternatywnego, zamkniętego projektu.

Jest nam trudno: stąd uderzająca bezradność władzy jako rewers jej - pozornego - radykalizmu. Ale i sytuacja Europy Zachodniej jest też złożona: ona też musi dokonać przełomu w myśleniu o władzy. Są to jednak zasadniczo odmienne niż u nas bariery myślowe: stąd ich poczucie, że jesteśmy obcy i inni. Z jednej bowiem strony Europa (w odróżnieniu od nas) przeszła przez nominalistyczny przełom pozwalający dostrzec autonomię i konstruktywistyczny charakter form. Z drugiej jednak strony istotę nowoczesnego państwa ulokowano po tym przełomie w wysiłku nigdy niemogącego się dopełnić "zastępowania" materii przez formę. Wizję ewolucyjnej "racjonalizacji" sprowadzono do wysiłku uzyskania maksymalnej "kompletności" tego procesu. Utrudnia to dziś zrozumienie, że we współczesnym zglobalizowanym świecie między hierarchią i siecią takie "zastąpienie" nie jest już możliwe, a próby tak rozumianej "racjonalizacji" - wręcz szkodliwe. Obecnie chodzi raczej o kooperację między dwiema złożonymi płaszczyznami, dwiema formami regulacji, których nie da się zredukować do siebie nawzajem i nie warto nawet podejmować syzyfowego trudu "zastępowania" jednej przez drugą. Równocześnie jednak nominalizm, w odróżnieniu od naszej tradycji, kierował uwagę ku problemowi "relacji". Wtedy chodziło o relację między materią i formą. W projekcie "nowoczesnym" - między racjonalnością materialną i formalną. Dziś to zasadniczo inna relacja: ani sieć, ani hierarchia nie są po prostu materią bądź formą. To dwa byty na metapoziomie: każdy z nich wyraża odmienną formułę regulacji. Co więcej - każda z tych formuł (hierarchii bądź sieci) może być odnoszona i do materii (sztywna kontrola v. sterowanie rozmyte), i do formy (procedowanie kodeksowe v. filozofia balansowania oparta na samoograniczaniu i choćby minimalnej efektywności wszystkich norm, mimo konfliktów między nimi).

Powyższej bezradności myślowej (nieobcej także Europie Zachodniej) towarzyszą u nas realne, dramatyczne dylematy rozwojowe. Właściwy "układ", z którym próbuje walczyć PiS, to bowiem nie tyle byt podmiotowy, ile określony węzeł relacji. Logiki (formuły) rozwojowe, które winny współzawodniczyć ze sobą w toku transformacji, zaczęły u nas współpracować, tworząc zgniłą, antyrozwojową równowagę na niskim poziomie. Kapitał zagraniczny wchodzi w strukturę monopoli, zadowalając się rentą monopolistyczną (czyli szczególną redystrybucją, a nie walką o efektywność i innowacyjność). Nawiązuje współpracę z rodzimym kapitałem politycznym i oligarchami. Sektor publiczny (i związane z nim posady) stał się swoistym kręgosłupem państwa koncentrującego się wokół tej sfery (i resortów siłowych). To trochę jak w Rosji z jej państwem-korporacją traktującym surowce jako zasób polityczny (szantaż energetyczny) i zasób władzy wewnętrznej. Z resztą spraw pozostawionych lokalnej samoregulacji, i społeczeństwem (czasem - lokalną mafią, kiedy indziej - lokalnym aparatem rządzącej koalicji) zastępującym administrację państwową. Też zresztą kierując się prawem silniejszego. Takie "hobbesiańskie" społeczeństwo bez państwa i polityki: małe autorytaryzmy już niepotrafiące scalić się w "system". Taki był komunizm przed ostatecznym rozpadem. To też, podobnie jak Weimar, element szczególnego déja` vue, któremu nie potrafię się dziś oprzeć.

p

, ur. 1942, socjolog, wykłada m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, w Instytucie Studiów Politycznych PAN oraz w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. Zajmuje się m.in. socjologią organizacji, socjologią polityki i kultury. W marcu 1968 roku została uwięziona za udział w protestach studenckich i usunięta z uniwersytetu. W trakcie wydarzeń Sierpnia '80 doradzała Międzyzakładowemu Komitetowi Strajkowemu w Stoczni Gdańskiej. Jej najważniejsze prace to: "Samoograniczająca się rewolucja" (1985), "Ontologia socjalizmu" (1988), "Postkomunizm" (2002), "Władza globalizacji" (2003). W "Europie" nr 27 z 5 lipca br. opublikowaliśmy fragment jej najnowszej książki "Władza i bezsilność".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj