Dziennik Gazeta Prawana logo

"Pożyteczni idioci" Busha

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 16 minut

Podobnie jak w czasach prezydentury Ronalda Reagana liberalizm jest dziś w Ameryce "słowem strasznym", a ludzie uważani niegdyś za jego przedstawicieli prześcigają się w afirmacji katastrofalnej polityki zagranicznej obecnej administracji. Według Tony'ego Judta zjawisko to wynika z myślowego lenistwa i pokusy postrzegania świata w prostych, moralnie jednoznacznych kategoriach. Amerykańscy liberałowie poparli ogłoszoną po 11 września wojnę z terrorem i dali się przekonać, że stanowi ona kolejną odsłonę zmagań Dobra ze Złem. Islamski fundamentalizm religijny zajął miejsce faszyzmu i komunizmu, z którymi walczyli ich dziadkowie i rodzice. Jest to uproszczenie, które można usprawiedliwić w przypadku myślicieli środkowoeuropejskich (Judt krytykuje także Václava Havla i Adama Michnika), lecz które stanowi sprzeniewierzenie podstawowego obowiązku intelektualisty - "burzenia spokoju - przede wszystkim własnego".

p

Dlaczego amerykańscy liberałowie dali swoje przyzwolenie dla katastrofalnej polityki zagranicznej George'a Busha? Dlaczego mają tak mało do powiedzenia w sprawie Iraku, Libanu czy wobec doniesień o planowanym ataku na Iran? Skąd skłonność liberalnej inteligencji w tym kraju do konformizmu i chowania głowy w piasek? Przecież nie zawsze tak było. 26 października 1988 roku "New York Times" zamieścił reklamę liberalizmu na całą stronę gazety. Jej tytuł brzmiał "Reafirmacja Wartości", a tekst ostro krytykował ówczesnego prezydenta Ronalda Reagana za szyderstwa pod adresem "strasznego słowa na L" oraz za używanie określeń "liberałowie" i "liberalny" jako słów obelżywych.

Autorzy podkreślali, że zasady liberalizmu są "ponadczasowe". "Ekstremiści zarówno z prawej, jak i z lewej strony od dawna atakują liberalizm jako swego największego wroga. W naszych czasach takim właśnie ekstremistom udało się zniszczyć liberalną demokrację w innych państwach. Czujemy się zatem w obowiązku, by sprzeciwić się wspieraniu podobnej tendencji - zamierzonemu czy też nie - w naszym własnym kraju". Pod reklamą podpisały się sześćdziesiąt trzy znane postacie, intelektualiści, pisarze, biznesmeni, między innymi: Daniel Bell, John Kenneth Galbraith, Felix Rohatyn, Arthur Schlesinger junior, Irving Howe i Eudora Welty.

Sygnatariusze listu - wśród nich także ekonomista Kenneth Arrow i poeta Robert Penn Warren - stanowili wówczas krytyczne jądro amerykańskiej debaty publicznej, jej stabilne moralne centrum. A kto dziś podpisałby podobny protest? Liberalizm to we współczesnych Stanach Zjednoczonych tożsamość polityczna, która wstydzi się własnego imienia, zaś ci, którzy nadal uważają się za "liberalnych intelektualistów", zajęli się innymi sprawami.

To załamanie się liberalnych wartości we współczesnej Ameryce można tłumaczyć rozmaicie. Jest to pokłosie straconych iluzji generacji lat 60. (sygnatariusze reklamy w "New York Timesie" byli starsi i ulepieni z twardszej gliny), a także skutek uboczny swoistego rozmiękczenia, jakie trapi Partię Demokratyczną. W sferze polityki zagraniczej liberałowie amerykańscy wierzyli dawniej w prawo międzynarodowe, w negocjacje, w wagę przykładu moralnego. Obecnie zaś miejsce żywej debaty zajął nowy, coraz powszechniejszy konsensus, któremu na imię "Ameryka przede wszystkim". Podobnie jak ich odpowiednicy w świecie polityki, przedstawiciele krytycznej inteligencji, do niedawna tak widoczni w świecie kultury, nabrali teraz wody w usta.

Proces ten zaczął się na długo przed 11 września 2001 roku, jednak od tamtej daty moralne i intelektualne arterie, które tworzą krwiobieg amerykańskiego życia politycznego, stwardniały jeszcze bardziej. Czasopisma i dzienniki stanowiące tradycyjnie liberalne centrum - "New Yorker", "New Republic", "Washington Post", a także sam "New York Times" - zaczęły prześcigać się w wysiłkach dopasowania swojej linii redakcyjnej do retoryki republikańskiego prezydenta, który upiera się, że prowadzi "modelową wojnę" (exemplary war). I oto amerykańscy intelektualiści liberalni wreszcie znaleźli dla siebie nową słuszną sprawę.

Albo inaczej: starą sprawę w nowym opakowaniu. Bo różnica między światopoglądem liberalnych rzeczników George'a W. Busha a stanowiskiem jego sojuszników spod znaku neoliberalizmu polega na tym, że ci pierwsi nie uważają wojny z terrorem, ani wojny w Iraku, ani wojny w Libanie, ani planowanej wojny w Iranie za kolejne potyczki w serii mającej przywrócić amerykańską dominację militarną na świecie. W oczach liberałów są to raczej bitwy w pewnej doniosłej globalnej konfrontacji: w Dobrej Walce, która w kojący sposób przypomina im wojnę przeciw faszyzmowi pokolenia ich liberalnych dziadków, a także sprzeciw wobec światowego komunizmu stanowiący oś swiatopoglądu ich liberalnych rodziców. I oto znowu wszystko stało się jasne. Tak jak kiedyś, świat podzielił się ideologicznie i tak jak kiedyś należy zająć słuszne stanowisko wobec wielkiej kwestii swoich czasów. Długo tęsknili za prostymi prawdami jednoznacznej epoki, a teraz mają swoją upragnioną Słuszną Sprawę: prowadzą wojnę z "islamofaszyzmem".

Mamy więc Paula Bermana, autora piszącego często w liberalnych czasopismach, znanego dawniej z analiz kultury amerykańskiej, który przeobraził się nagle w eksperta od faszyzmu islamskiego (swoją drogą termin ten stanowi ciekawy twór językowy), publikując o nim książkę ("Terror&Liberalism", 2003) - jakby specjalnie na potrzeby wojny w Iraku. W jego ślady podążył Peter Beinart, dawny redaktor "New Republic", wydając dzieło pod znamiennym tytułem "Dobra wojna: Dlaczego liberałowie - i tylko liberałowie - mogą wygrać wojnę z terrorem i przywrócić Ameryce jej dawną świetność" ("The Good Fight: Why Liberals - and only Liberals - Can Win the War on Terror and Make America Great Again", 2006). Autor poświęca w niej wiele miejsca rzekomym podobieństwom między wojną z terrorem a zimną wojną. Nigdy wcześniej żaden z tych autorów nie zdradzał się ze znajomością problematyki bliskowschodniej, a tym bardziej z wiedzą na temat wahabizmu i sufizmu - tradycji, o których dziś wypowiadają się z wielką pewnością siebie. W istocie jednak, podobnie jak Christopher Hitchens i inni mędrcy, którzy oddalili się od swych liberalno-lewicowych korzeni, by zostać ekspertami od "islamofaszyzmu", Beinart i Berman są znawcami jedynie wygodnego dla siebie binarnego podziału świata, podziału ideologicznego, który redukuje wszelkie złożone procesy do znanych skądinąd uproszczeń: demokracja przeciw totalitaryzmowi; wolność przeciw faszyzmowi.

Trzeba przyznać, że liberalni rzecznicy Busha bywają rozczarowani jego posunięciami. W każdej z wymienionych tu gazet, a także w wielu innych im podobnych, ukazują się od czasu do czasu krytyczne komentarze, gdzie potępia się bezprawne przetrzymywanie i torturowanie więźniów, a nade wszystko zwykłą nieudolność, z jaką Bush prowadzi tę wojnę. Jednak tu także zimna wojna okazuje się niezastąpionym źródłem analogii. Kiedy zachodni miłośnicy Stalina usłyszeli rewelacje Chruszczowa, zaczęli mieć za złe dyktatorowi nie tyle jego zbrodnie, co raczej fakt, iż zdyskredytował ich marksizm. Podobnie dzisiejsi zwolennicy wojny w Iraku - tacy jak Michael Ignatieff, Leon Wieseltier i inni wybitni przedstawiciele północnoamerykańskiej elity liberalnej - zdają się mieć żal do prezydenta nie tyle o katastrofalną inwazję jako taką, co raczej o jej niekompetentne wykonanie. Są źli na Busha, że psuje reputację "wojnie prewencyjnej".

Co ciekawe, to właśnie te głosy z liberalnego centrum, które najzajadlej domagały się krwi w sporach poprzedzających wojnę w Iraku, są dziś najbardziej pewne swego, jeśli chodzi o analizę stosunków międzynarodowych. Być może czytelnicy przypominają sobie, jak Thomas Friedman, publicysta "New York Timesa", twierdził, że skoro Francja bezczelnie sprzeciwia się amerykańskim zamiarom wojennym, to należy ją czym prędzej usunąć z Rady Bezpieczeństwa ONZ. Otóż ten sam Friedman wypowiada się dziś z pogardą o "antywojennych aktywistach, którzy nie mają bladego pojęcia o wielkiej sprawie, w jaką jesteśmi zaangażowani". Cóż, Friedmanowskie banały to oczywiście papka w sam raz do strawienia przez polityczną średnią krajową. Jednak to właśnie czyni jego poglądy świetnym miernikiem nastrojów dominujących dziś w głównym nurcie amerykańskiego życia intelektualnego.

Friedmanowi sekunduje Beinart, który przyznaje, iż "nie miał świadomości", jak fatalne skutki "dla sprawy" mogą mieć konkretne posunięcia Ameryki, ale jednocześnie upiera się, że tylko ktoś, kto przeciwstawia się "globalnemu dżihadowi", może sobie rościć pretensje do miana konsekwentnego obrońcy wartości liberalnych. Wychodzi więc na to, że prawo do wypowiadania się w tej kwestii przysługuje wyłącznie tym, którzy mylili się na początku. Ta beztroska pewność siebie - niezmącona pamięcią o dawnych błędach, a wręcz nią podbudowana - przywodzi na myśl wypowiedź francuskiegio eks-stalinisty, Pierre'a Courtada, który odpowiedział swojemu krytykowi po upadku komunizmu: "Wy i wam podobni myliliście się, mając rację; my zaś mieliśmy rację, myląc się".

Jak na ironię zatem "twardzi" liberałowie amerykańscy, którzy lubią się chwalić, że pozostawili za sobą iluzje starej lewicy, reprodukują dziś najgorsze cechy tej formacji. Wykazują tę samą mieszaninę dogmatycznej pewności siebie i kulturowego prowincjonalizmu, które cechowały ich dawnych towarzyszy podróży z drugiej strony zimnowojennych podziałów ideologicznych. W rzeczy samej, najlepiej scharakteryzował ich przed dziesiątkami lat sam Lenin: to "pożyteczni idioci" wojny z terrorem.

Aby oddać im sprawiedliwość, muszę jednak przyznać, że nie są osamotnieni. W Europie wtóruje im wszak Adam Michnik, bohater intelektualnego oporu wobec komunizmu w Polsce, który dziś nie kryje się z podziwem dla islamofobki Oriany Fallaci; Václav Havel przyłączył się do obradującej w Waszyngtonie Komisji ds. Obecnego Zagrożenia (organizacji powielającej wzorce zimnowojenne, zajętej zwalczaniem "zagrożenia, jakie stanowią globalne organizacje radykalnego islamu i faszystowskie ruchy terrorystyczne"); w Paryżu zaś André Glucksmann śle pełne oburzenia artykuły do "Le Figaro", gdzie chłoszcze słowami siły "powszechnego dżihadu", irańską "żądzę władzy" i strategię "zielonej subwersji" stosowaną przez radykalny islam. Nie muszę dodawać, że wszyscy oni z entuzjazmem poparli inwazję na Irak.

W przypadku Europy trend ten jest niefortunnym skutkiem ubocznym moralnej kuracji, jaką zastosowano w latach 80., zwłaszcza na opanowanym wtedy przez komunizm Wschodzie. Abstrakcyjny uniwersalizm "praw" - a na nim właśnie opierano bezkompromisowy opór wobec ówczesnych reżimów - zbyt łatwo prowadzi do binarnego postrzegania wszystkich politycznych wyborów. W tym świetle Bushowska wojna z terrorem, Złem i islamofaszyzmem może mieć uwodzicielską moc dawnej znajomej: obcokrajowcy ulegają złudzeniu, że krótkowzroczny dogmatyzm prezydenta USA ma coś wspólnego z ich własną etyczną bezkompromisowością.

Tymczasem jednak tu na miejscu, w Stanach Zjednoczonych, liberalni intelektualiści zamieniają się w klasę usługową produkującą opinie zdeterminowane polityczną lojalnością i skrojone na miarę czysto politycznych celów. Na przykład dwoje wybitnych przedstawicieli współczesnej filozofii amerykańskiej, Jean Bethke Elshtain z University of Chicago Divinity School i Michael Walzer z Princeton Institute, opublikowało pompatyczne eseje wykazujące słuszność tzw. koniecznych wojen: Elshtain uzasadniała w ten sposób wojnę w Iraku w 2003 roku, zaś Walzer zaledwie miesiąc temu bezwstydnie bronił izraelskich bombardowań ludności cywilnej w Libanie. Dziś w Waszyngtonie neokonserwatyści uprawiają brutalną politykę, a liberałowie pracowicie dostarczają im etycznych listków figowych. Poza tym nie ma między nimi żadnej różnicy.

Fritz Stern, jeden z współautorów reklamy liberalizmu z 1988 roku, pisze w swojej nowej książce o trapiącym go niepokoju o stan liberalnego ducha we współczesnej Ameryce ("Five Germanys I Have Known", 2006). Wraz ze zmierzchem tego ducha rozpoczyna się jego zdaniem powolny zmierzch republiki. Jako historyk i uchodźca z faszystowskich Niemiec Stern wypowiada się tu jako autorytet. I z pewnością ma rację. Bo czyż skwapliwość, z jaką wielu wybitnych liberałów amerykańskich dostarcza dziś uzasadnień dla wojny i zbrodni wojennych, dobrze wróży republice? Szczególnie przygnębiający przykład to opublikowany niedawno w "New Republic" tekst Leona Wieseltiera zawierający sofistyczne usprawiedliwienie dla masowego mordu na dzieciach arabskich w Kanie. Liberalnych intelektualistów poznaje się po tym, że myślą niezależnie i na własny rachunek, nie zaś usługowo, dla innych. Nie jest rolą intelektualistów dostarczanie gładkich wymówek teoretycznych dla niekończącej się wojny, a już z pewnością nie powinni tej wojny firmować. Ich zadaniem jest burzenie spokoju - przede wszystkim własnego.

p

, historyk, profesor New York University, zajmuje się przede wszystkim najnowszymi dziejami Europy oraz historią idei. Jest specjalistą od intelektualnej historii Francji, zwłaszcza francuskiej lewicy - poświęcił jej kilka książek m. in.: "Marxism and the French Left: Essays on Labour and Politics in France, 1830-1981" (1986), "Past Imperfect: French Intellectuals 1944-1956" (1993), oraz "The Burden of Responsibility: Blum, Camus, Aron and the French Twentieth Century" (1998). Współzałożyciel i dyrektor utworzonego w 1995 roku Instytutu Remarque'a, który zajmuje się m.in. badaniem historycznych relacji między Europą i Ameryką. W Polsce wydano jego esej o Europie "Wielkie złudzenie?" (PWN, 1998). Najnowsza książka: "Postwar. A History of Europe since 1945" ukazała się w 2005 roku. Ostatnio opublikowaliśmy jego tekst "Izrael kończy 58 lat" (nr 22 z 31 maja br.).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj