Jeśli cokolwiek udało się zamachowcom z 11 września 2001, to jedno: głęboka zmiana oblicza Zachodu, dokonująca się na naszych oczach przemiana tego, co nazywamy zachodnim liberalizmem. Epoka Rorty'ego i jego "liberalnych ironistek" odeszła w przeszłość. Zastąpiła ją twardsza i mroczniejsza epoka neokonserwatystów. Bo bez względu na ich błędy neokonserwatywna wersja Realpolitik jest dziś realizowana, a ich klasycy - Strauss i Schmitt - są dziś czytani przez doradców Księcia. I to nie tylko Busha, ale także Blaira, Putina, Sarcozy'ego, Olmerta czy Kaczyńskiego. Co więcej, nie widać alternatywy dla tej nowej, dużo twardszej, dla niektórych o wiele mniej sympatycznej twarzy Zachodu. Bo nie są nią protesty alterglobalistów czy utyskiwania starych liberałów. Tych nurtów zachodniej intelektualnej refleksji nawet Ahmadineżad czy Nasrallah nie traktują dzisiaj poważnie.
Kolejne potwierdzenie, jak bardzo tragedia 11 września zmieniła Zachód, przyszło przed paroma dniami. Prezydent Bush ogłosił publicznie, że owszem, istniały tajne więzienia CIA, gdzie wobec terrorystów były stosowane środki niedozwolone przez amerykańskie prawo. Tylko że on nie zamierza się wcale tłumaczyć. Przeciwnie, jest pewien, że dzięki temu uniknięto kolejnych zamachów i kolejnych ofiar. Możliwe, że w ten sposób amerykański prezydent przemieni obciążający go skandal w argument, który pozwoli Republikanom wygrać jesienne wybory.
Zatem albo liberalizm z lat 60. czy 70. ubiegłego wieku przestał istnieć, albo - w odpowiedzi na pierwsze poważne zagrożenie, jakie napotkał od czasu upadku muru berlińskiego - stał się heroiczny. W dzisiejszej "Europie" marksista Sławoj Z·iz·ek opowiada się za pierwszym wytłumaczeniem, a czołowy ideolog amerykańskiego neokonserwatyzmu William Kristol za drugim. Dziwnie to powiedzieć, ale w swoim opisie konsekwencji 11 września czołowy ideolog twardej neomarksistowskiej lewicy i czołowy ideolog neokonserwatyzmu zgadzają się w jednym. Prawica, nie tylko w USA, ale także w Europie Zachodniej, Australii, a nawet w Polsce, uznała to wydarzenie za rodzaj boskiej interwencji, która doprowadziła do odnowienia się cnót obywatelskich. Tyle tylko że Z·iz·ek szydzi sobie z tej diagnozy. Uważa, że boska interwencja była tylko nieuniknioną zemstą ofiar globalizacji na jej beneficjentach.