Współczesny transnarodowy terroryzm różni się zasadniczo od terroryzmu klasycznego - pisze Herfried Münkler. W wieku XIX i w pierwszej połowie wieku XX przesłanie zamachów adresowane było zarówno do władz, które chciano zastraszyć, jak i do społeczeństwa, którego poparcie chciano zdobyć, by wywołać powszechne powstanie.
Dzisiejsi zamachowcy nie traktują społeczeństwa jako potencjalnego sprzymierzeńca, lecz jako wroga. Ich celem nie jest wywołanie powstania, lecz sianie strachu, który może łatwo doprowadzić do załamania się gospodarki i demokratycznych sposobów działania. "Terroryzm jest strategią zagrażającą demokratycznemu państwu prawa nie przez sam atak, ale przez reakcję atakowanych" - przekonuje Münkler.
p
Jedyną wspólną cechą terrorystów jest strategia ukierunkowana raczej na psychiczne niż fizyczne efekty przemocy. Celem zamachów terrorystycznych nie jest zniszczenie linii kolejowych, połączeń komunikacyjnych czy budynków, lecz wywołanie strachu. To właśnie odróżnia terrorystów od partyzantów: celem partyzantów jest sparaliżowanie materialnej infrastruktury atakowanego przez nich porządku, terroryści natomiast chcą zniszczyć infrastrukturę psychiczną. Partyzanci - nawet jeżeli z zasadzki - atakują policję i wojsko; w przeciwieństwie do tego atak terrorystów skierowany jest na ludność cywilną i zbiorową psychikę. Na którą z tych dwóch strategii lub ich pochodną zdecyduje się grupa rewolucjonistów lub powstańców, zależy od tego, jak ocenia ona własne siły w stosunku do sił atakowanego przeciwnika. Jeżeli postrzega się jako silna, to raczej zdecyduje się na wojnę partyzancką jako bardziej bezpośrednią formę ataku. Jeżeli zaś uzna się za słabą, to pójdzie prędzej pośrednią drogą efektów psychologicznych. Samoocena ta może się zmieniać podczas trwania kampanii przemocy. W niektórych socjalno-rewolucyjnych lub też etniczno-separatystycznych strategiach przemocy koncepcja terroryzmu polega na idei "rozrusznika", który ma stworzyć warunki do rozpoczęcia wojny partyzanckiej. Możliwe są też grupy działające na jednej linii "frontu" jako partyzanci, a na innej jako terroryści. Przykładem tego jest Al-Kaida: w Azji Centralnej sieć ta działała okresowo jako rodzaj partyzantki, podczas gdy w skali globalnej posługiwała się strategią terrorystyczną.
Klasyczny terroryzm, który powstał w drugiej połowie XIX w. w pewnych częściach Europy, a przede wszystkim w carskiej Rosji, określał się jako "propaganda czynu". Przesłanie zamachów kierowano do dwóch adresatów: z jednej strony do reprezentantów istniejącego porządku w celu ich zastraszenia, z drugiej zaś do tych warstw i grup społecznych, które można określić jako "trzecią stronę", której zainteresowanie chciano wzbudzić. W przypadku terroryzmu socjalno-rewolucyjnego mogło to być chłopstwo, proletariat przemysłowy i osoby z marginesu społecznego. Terroryzm separatystyczny kierował się do mniejszości narodowych lub wyznaniowych. Wychodzono z założenia, że "trzecia strona" jest obiektywnie zainteresowana przewrotem, ale dotychczas nie zdawała sobie sprawy z jego możliwości. Zamachy terrorystyczne miały ją politycznie zmobilizować i w ten sposób stworzyć warunki do wywołania masowego powstania w miastach lub do rozpoczęcia wojny partyzanckiej na wsi. Miało to ogromne znaczenie przy wyborze celów ataku. Podczas zamachów nie mogło być strat wśród "trzeciej strony", a jeżeli już do nich doszło, należało w obszernych listach zawierających przyznanie się do winy wyjaśnić, że chodziło tu o pomyłkę lub że ofiara zamachu była zdrajcą. Terroryzm klasyczny charakteryzował się zatem pewnym ograniczeniem przemocy, którego nie napotykamy już w nowych formach terroryzmu. Centralny imperatyw przeciwdziałania państwa wobec wyzwań terroryzmu klasycznego polegał na staraniach o zachowanie dystansu między grupą terrorystyczną i "trzecią stroną", której zainteresowanie terroryści chcieli wzbudzić. Jeżeli to się udawało, strategia terrorystyczna skazana była na niepowodzenie, grupa pozostawała w izolacji, zaś jej zamachy nie funkcjonowały jako "rozruszniki" masowych powstań w miastach lub też walk partyzanckich na wsi. Przegrana strategiczna nie oznaczała jednak końca przemocy terrorystycznej: grupy te podkładały bomby często jeszcze przez całe lata. Były jednak na przegranej pozycji, ich przemoc coraz bardziej traciła wymiar polityczny i można ją było traktować jako przestępczość z zastosowaniem przemocy. Udane środki zapobiegawcze państwa były więc przede wszystkim natury politycznej: wszystko zależało od tego, by "strona trzecia" nie postrzegała przemocy terrorystycznej jako czegoś, co leży w jej własnym interesie lub też nie kształtowała własnych działań politycznych w oparciu o kampanię przemocy. Aparat państwowy musiał działać bardzo subtelnie, nie ulegając prowokacjom i pokusie represjonowania społeczeństwa, gdyż byłoby to potwierdzeniem politycznych tez terrorystów. Z drugiej strony musiał wykazać się zdecydowanym działaniem, by nie uchodzić za słaby, niezdecydowany i labilny. Z reguły było to balansowanie na skraju przepaści, nie zawsze udane. Stwierdzenie, że terroryści zawsze przegrywają jest bowiem mylne. Wiele suwerennych dziś krajów ma za sobą walkę o niepodległość, której początkiem były kampanie terrorystyczne.
W przypadku terroryzmu transnarodowego "trzecia strona" skurczyła się i w krajach atakowanych nie odgrywa już w zasadzie żadnej roli. Na skutek tego upadły też ograniczenia przy wyborze celów i użyciu środków, co pokazały zamachy w Nowym Jorku, Madrycie i Londynie. Nie oznacza to prawdopodobieństwa zastosowania środków masowego rażenia, natomiast jego strategiczną możliwość. Tym samym wyzwanie terroryzmu nabrało odmiennego charakteru. Po 11 września 2001 roku wiele napisano o religijnych przesłankach nowego terroryzmu. Przeceniano przy tym skutki wymiany ideologii świeckich na motywacje religijne. W każdym razie pod względem strategicznym decydujący był tu fakt, że w miejsce koncepcji "rozrusznika" pojawiła się idea osłabiania psychicznego i ekonomicznego. Terroryzm transnarodowy jest wariantem klasycznej strategii osłabiania, której celem jest stopniowe wyczerpanie woli i zasobów przeciwnika. W tym sensie nowy terroryzm jest atakiem na chwiejną infrastrukturę psychiczną świata zachodniego. Jest dźwignią, przy pomocy której terroryści zamierzają zmienić układy polityczne i kulturalne. Mamy tu bowiem najpierw bezpośrednie reakcje strachu i przerażenia, które, jeżeli przemienią się w panikę, mogą mieć katastrofalne skutki dla sterowanej przez giełdę gospodarki. Ponadto dochodzi do tego bardzo wrażliwa struktura komunikacji w aglomeracjach miejskich: jeżeli ludzie z obawy przed zamachami przestaną używać publicznych środków komunikacji i przesiądą się na prywatne, to załamie się ruch uliczny i tym samym życie gospodarcze. A jeżeli domagać się będą na dworcach prewencyjnych metod kontroli stosowanych zazwyczaj na lotniskach, to efekty będą podobne. Społeczeństwa zachodnie, rozdarte między strachem a dążeniem do bezpieczeństwa, mają same się zrujnować przez swą reakcję na wyzwania terrorystyczne - taka jest kalkulacja strategii osłabiania. W tej sytuacji klasyczne formy reagowania nie nadają się na obronę przed nowym terroryzmem. Jeżeli "trzecia strona" odgrywa już tylko rolę marginalną, sukces obrony nie wynika z izolowania terrorystów. Znaczenie decydujące ma reakcja społeczeństwa w zaatakowanych krajach: im mniej daje się ono zastraszyć, tym szybciej wychodzi na jaw słabość grup terrorystycznych. Ich siła wynika z ataku na stan psychiczny społeczeństwa; wpływ ten wzmacniają histeria i panika. Decydująca linia frontu przy reakcji na ataki terrorystyczne polega na spokojnej reakcji ludzi: jeżeli po zamachu zachowują się tak, jak zachowywaliby się każdego innego dnia, to atak został odparty. Terroryzm jest strategią zagrażającą demokratycznemu państwu prawa nie przez sam atak, ale przez reakcję atakowanych. Jak jednak można doprowadzić do tego, by społeczeństwo przy poważnych zamachach terrorystycznych reagowało spokojnie i nie wpadało w panikę? Społeczeństwa nie należy utwierdzać w wierze, że policja i służby wywiadowcze są w stanie w stu procentach zapobiec atakom terrorystycznym. Trzeba jednak ludzi przekonać nie tylko o tym, że obie służby zrobią wszystko, by nie dopuścić do zamachów, ale również i o tym, że posiadają wszelkie potrzebne ku temu środki. Jak wygląda wobec tego kwestia usunięcia tego, co chętnie nazywane jest przyczynami terroryzmu? Przy poważnym podejściu do sprawy chodzi tu o projekt ofensywny. Działanie ofensywne wymaga więcej siły i zasobów niż działanie defensywne. Jeżeli staramy się nie dopuścić do paniki i histerii własnego społeczeństwa, jest to działanie defensywne. Ten, kto troszczy się o defensywę, a potem ma jeszcze siłę na więcej, może zastanowić się nad działaniem ofensywnym, czyli usunięciem przyczyn terroryzmu. Ten, kto robi to nie troszcząc się uprzednio o obronę, działa nieodpowiedzialnie lub też mówi mało konkretnie. W ostatnich latach nazbyt często mieliśmy taką właśnie sytuację.
p
, ur. 1951, profesor nauk społecznych na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie, członek Berlińsko-Brandenburskiej Akademii Nauk, specjalizuje się w teorii wojny. Opublikował m.in. "Machiavelli", "Gewalt und Ordung", "Wojny naszych czasów" (Kraków 2004, Wydawnictwo WAM). W "Europie" nr 32 z 10 sierpnia ub.r. ukazał się jego tekst "Imperium USA".