Dziennik Gazeta Prawana logo

Zmierzamy w kierunku coraz większych nierówności

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Jeden z czołowych współczesnych ekonomistów przypomina kilka podstawowych praw ekonomii, o których zwolennicy pełnej liberalizacji światowego handlu wolą nie pamiętać. Wiele krajów konkuruje o zagraniczne inwestycje za pomocą zwolnień podatkowych, co sprzyja narastaniu nierówności między krajami bogatymi a biednymi. Zachodnie przedsiębiorstwa wydobywcze płacą tak mało za koncesje, że interesy z nimi przynoszą wielu krajom rozwijającym się straty. W warunkach wolnego globalnego handlu należy spodziewać się wyrównania płac w poszczególnych segmentach światowego rynku pracy, co oznacza pogorszenie warunków życia niewykwalifikowanych robotników z krajów rozwiniętych. Formułując ostrzeżenia, Stiglitz nie przedstawia się jednak jako przeciwnik globalizacji. Wprost przeciwnie - uważa, że niesie ona wielki potencjał poprawy warunków życia na całym świecie. Szczegółowe recepty podaje w swojej najnowszej książce "Making Globalization Work".

p

Takie są logiczne konsekwencje pełnej integracji, o których zwolennicy globalizacji z reguły wolą nie mówić. Napisałem o tym, bo uważam, że powinniśmy być świadomi, w jakim kierunku zmierzamy. Ludzie powinni zdać sobie sprawę, że jedyną metodą poprawienia losu niewykwalifikowanych robotników w krajach rozwiniętych jest podniesienie ich umiejętności, dzięki czemu mogliby wykonywać zawody wymagające wyższych kwalifikacji. Mówienie tym ludziom, że muszą zgodzić się na niższe płace i słabsze gwarancje zatrudnienia nie przekona ich do globalizacji. A to właśnie usiłują robić niektóre konserwatywne rządy.

Tak. Ten podział bogactwa nie jest nieunikniony. Najważniejszym zasobem jest kapitał ludzki, w który możemy inwestować poprzez edukację, poprawiając jej jakość i dostępność. Niestety, polityka krajów rozwiniętych zmierza w przeciwnym kierunku - nierówności wzrastają.

Z tym samym mamy do czynienia w międzynarodowych instytucjach finansowych, które miały być odpowiedzią na braki rynków. Tak MFW, jak i Bank Światowy powstały z inicjatywy Keynesa, który dostrzegł, że skoro rynki nie prowadzą natychmiast do stanu pełnego zatrudnienia, potrzebna jest interwencja rządu mająca pobudzić gospodarkę. Tym bardziej że problemy w jednym kraju mogą mieć konsekwencje za granicą. MFW miał w zamierzeniu dostarczać środków wszystkim krajom dotkniętym problemami gospodarczymi. W praktyce, choć przedstawiciele Funduszu dużo mówią o efekcie domina i powiązaniach między gospodarkami różnych krajów, niedoskonałości rynków i bezrobocie są ignorowane. Do krajów, gdzie stopa bezrobocia przekracza 20, 25 procent, stosuje się klasyczne modele ekonomiczne, które opierają się na założeniu pełnego zatrudnienia. Jeśli co czwarta osoba nie ma pracy, nie można twierdzić, że gospodarka działa normalnie.

Ekologia jest rzeczywiście wielkim przedmiotem zmartwienia. Zagraniczne przedsiębiorstwa wydobywcze płacą tak mało za koncesje, że w dalszej perspektywie czasowej interesy z nimi przynoszą straty. Jednak nie zawsze tak jest. Malezja skutecznie wykorzystała inwestycje zagraniczne, by zwiększyć swój PKB. Rząd tego kraju wymagał od inwestorów, by prowadzili szkolenia zawodowe, zatrudniali biednych, zapewniali określone warunki pracy. Zwolnień podatkowych było bardzo niewiele. Malezyjczycy bardzo rozsądnie uznali, że zagraniczni inwestorzy są mile widziani tylko wtedy, gdy można się od nich czegoś nauczyć. Niestety, wiele krajów konkuruje o zagraniczne inwestycje za pomocą zwolnień podatkowych, co musi prowadzić do zmniejszania się ich zysków.

Gospodarka USA, jak każda, jest czuła na sygnały cenowe. Wyższe ceny już przyniosły skutek. Trzeba jednak zrobić parę zastrzeżeń. Po pierwsze ludzka pamięć jest krótka. Amerykanie szybko zapomnieli to, czego nauczyli się w roku 1973. Już w połowie lat 80. wrócili do swych dawnych paliwożernych zwyczajów. Nie obchodzi ich, że w konsekwencji jedna trzecia Bangladeszu znajdzie się pod wodą. Po drugie, oszczędność energii jest w dużym stopniu rezultatem polityki rządu - tego, gdzie buduje się drogi, jakie przepisy budowlane się przyjmuje i tym podobne. Ludzie, którzy podejmują te decyzje, szczególnie w administracji Busha, nie przywiązują wystarczającej wagi do ekologii lub, mówiąc dokładniej, zwracają większą uwagę na interesy producentów energii - firm naftowych - niż na efekt cieplarniany. Działania amerykańskiego rządu były kierowane w większym stopniu racjami ludzi, którzy chcą wzrostu konsumpcji energii, niż interesem ludzkości, czyli oszczędnością energii. W mojej książce piszę, że reszta świata powinna zareagować na kolosalne efekty uboczne wywoływane przez USA. Staram się dowieść, że istnieją przesłanki, by ukarać USA za marnowanie energii.

Tak, szczególnie w ostatnich pięciu latach, okresie w którym USA odeszły od multilateralizmu. Tymczasem bez wielostronnej współpracy nie można sprawić, by globalizacja zaczęła działać w interesie ludzi. W pewnych dziedzinach administracja Busha wykazała się kompletnym ignorowaniem zagranicznych partnerów. Z drugiej strony inicjatywy takie jak EBA (Everything But Arms - program znoszący cła na wszystkie z wyjątkiem broni towary importowane do Europy z najmniej rozwiniętych krajów świata) są wyraźnym sygnałem europejskiej determinacji, by pomóc najbiedniejszym, nawet jeśli ich wyniki nie są tak znaczne, jak się spodziewano.

Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że świat byłby lepszym - również dla Amerykanów - miejscem do życia, gdyby zamiast jednego supermocarstwa istniał policentryczny układ wzajemnie kontrolujących się i równoważących podmiotów. Wielu Amerykanów martwi brak mechanizmów kontrolnych w naszej polityce zagranicznej. Kiedy pisano naszą konstytucję, Stany Zjednoczone nie były silnym krajem. W polityce wewnętrznej wprowadzono wtedy wiele zabezpieczeń i mechanizmów kontrolnych. Inaczej było z polityką zagraniczną: uznano, że rolę bufora spełniać będą Francja i Wielka Brytania. Niestety dziś nie jest to już prawda. Nie jestem jednak przekonany, że stworzenie silnej alternatywy wobec dolara doprowadziłoby do poprawy światowego systemu finansowego. Żaden z problemów, z jakimi mamy do czynienia w przypadku rezerw dolarowych - takie jak niestabilność czy zaburzenia popytu - nie zniknie dlatego, że część rezerw trzymana będzie w euro.

Problemy strefy euro wynikają nie tylko z braku koordynacji. Jest także druga strona medalu. Pakt Stabilności i Rozwoju, który miał zapewnić koordynację, związał ręce osobom odpowiedzialnym za politykę gospodarczą. Tworząc go, skupiono się na ograniczeniach, a nie na sposobach pobudzania wzrostu. Pakt stanowi odpowiedź na inflację, która była problemem lat 70., a nie na bezrobocie, które jest problemem dziś.

Są dwie szkoły myślenia. Pierwsza, popularna wśród ludzi pracujących w bankach centralnych, skupia się na problemach strukturalnych, przede wszystkim sztywności rynku pracy. To dość zabawne, że makroekonomiści uważają, że przyczyna kłopotów leży na poziomie mikro. Według drugiej szkoły myślenia, głównym problemem Europy jest niedostatek zagregowanego popytu. Osobiście jestem zwolennikiem takiego podejścia. Problemy mikroekonomiczne niektórych krajów mogły przyczynić się do pogorszenia sytuacji, ale nie one są głównym źródłem kłopotów.

Istnieją dwa instrumenty tradycyjne i jeden, który chciałbym dodać do zestawu. Pierwszym jest obniżka stóp procentowych, drugim - ekspansywna polityka fiskalna. Trzecie rozwiązanie to zwiększanie aktywności instytucji kredytowych, co z powodzeniem stosowano w Stanach Zjednoczonych. Niektóre rządy europejskie postulowały większe zaangażowanie Europejskiego Banku Inwestycyjnego w finansowanie rozwoju infrastruktury.

Do deficytu budżetowego przywiązuje się często nadmierną wagę. Zadłużanie się po to, by nabyć aktywa jest kluczowym elementem rozwoju. W sektorze prywatnym jest to oczywiste i bilanse przedsiębiorstw nigdy nie składają się z samych zobowiązań. Na aktywa rządu nikt nie zwraca uwagi. Tymczasem wielkie inwestycje w krótkim okresie stymulują gospodarkę, uzupełniając braki popytu, a w długim zapewniają infrastrukturę potrzebną sektorowi prywatnemu, gdy nastąpi poprawa koniunktury. To właśnie taka polityka leżała u źródeł chińskiego sukcesu. Podczas kryzysu w roku 1998 Chińczycy wydali mnóstwo pieniędzy na inwestycje w infrastrukturę, które umożliwiły ich dzisiejszy dynamiczny wzrost gospodarczy. Okazali się najbardziej konsekwentnymi realizatorami pomysłów Keynesa w ostatnich latach.

W jedenastym Planie Pięcioletnim chiński rząd jasno stwierdził, że jego celem jest rozwój rynku wewnętrznego. Uznano, że epoka wzrostu stymulowanego eksportem zbliża się do końca. Może mieć to poważne konsekwencje dla światowej gospodarki. Do tej pory chińskie nadwyżki obrotów bieżących inwestowane były w amerykańskie obligacje. Wynika z tego istotna asymetria. Chinom łatwiej jest zastąpić eksport popytem krajowym niż Stanom Zjednoczonym znaleźć nowe źródła finansowania. USA są uzależnione od chińskich pieniędzy i odnosi się to zarówno do rządu, który nie bilansuje budżetu, jak i do gospodarstw domowych, które mają bardzo mało oszczędności. Jeśli Chiny przestaną pożyczać Ameryce pieniądze, niezbyt wiadomo, kto mógłby je zastąpić.

Kurs dolara spadnie i rynki się dostosują. Takie dostosowanie będzie jednak bardzo bolesne.

Dokładnie. Dokonując jej, Bush wystawił USA na podwójne niebezpieczeństwo. Po pierwsze budżet państwa potrzebuje więcej zewnętrznego finansowania, a równocześnie jest bardziej wrażliwy na zmiany stóp procentowych. Po drugie, ponieważ jej beneficjentami byli przede wszystkim bogaci, obniżka podatków w niewielkim stopniu zwiększyła popyt wewnętrzny. W konsekwencji amerykański wzrost gospodarczy musi opierać się na budownictwie, które jest finansowane kredytami hipotecznymi zaciąganymi przez gospodarstwa domowe. Obywatele narażeni są na to samo ryzyko co rząd - jeśli Chińczycy zdecydują się konsumować więcej, koszt obsługi zadłużenia wzrośnie.

Powinniśmy przede wszystkim zreformować globalne struktury finansowe. Forsowana przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy liberalizacja rynków kapitałowych była oparta na hipotezie, że są one doskonałe i że zniesienie ograniczeń doprowadzi do stabilizacji gospodarek. Doświadczenia pokazują, że jest wprost przeciwnie. Jest jak w jakimś dowcipie - banki najchętniej pożyczają tym, którzy nie potrzebują pieniędzy. Fundusz zachęcał do zaciągania pożyczek w czasie dobrej koniunktury, a w momencie jej załamania żądał spłat lub przynajmniej "stabilizacji budżetu", która sprawiała, że rządy nie mogły prowadzić aktywnej polityki antykryzysowej. To zwiększało problemy gospodarek, zamiast je łagodzić. Dobra wiadomość jest taka, że Fundusz dostrzegł ten mechanizm, zła - że udzielając rad, ciągle nie potrafi wyciągnąć wniosków z tej konstatacji.

Ogólnie rzecz biorąc, poprawienie ram prawnych jest krokiem we właściwym kierunku. Myślę jednak, że de Soto dokonuje zbytniego uproszczenia, twierdząc, że wystarczy ono do rozwiązania problemów, przed którymi stoją kraje rozwijające się. Krytykę jego pomysłów można przeprowadzić na dwa sposoby. Po pierwsze jednym z krajów, które w ciągu ostatnich 20 lat odniosły największy sukces, są Chiny. Ich tempo wzrostu było olbrzymie, wynosiło 8 do 10 procent rocznie. Doszło także do znacznego zmniejszenia obszarów biedy. Wszystko to nastąpiło bez istnienia jasnych praw własności. Z drugiej strony, w wielu krajach na świecie są jasne prawa własności, ale nie ma wzrostu. Sprawny system prawny to dobra rzecz, ale nie jest ani wystarczającym, ani koniecznym warunkiem rozwoju gospodarczego. Co więcej, kiedy zwiększa się możliwość zaciągania kredytów pod zastaw ziemi, ludzie pożyczają więcej, ale nie zawsze inwestują. Nierzadko przejadają pożyczone pieniądze. Kiedy nie są w stanie spłacić długu, zostają pozbawieni zastawu. Realizacja recept de Soto może prowadzić do wzrostu gospodarczego, lecz również do bezdomności i utraty gospodarstw przez mniej zaradnych lub bardziej pechowych chłopów. Nie mówiąc już o tym, że możliwość używania nieruchomości pod zastaw nie poprawia sytuacji tych, którzy żadnej nieruchomości nie posiadają. Po drugie w wielu tradycyjnych społeczeństwach - jak również w wielu krajach rozwiniętych - tym, co ułatwia zaciąganie pożyczek, jest renoma, a nie zastawy. Kredyty na badania naukowe udzielane są nie pod zastaw, bo zastawić w zasadzie nie ma czego, lecz w oparciu o reputację ludzi, którzy mają te badania prowadzić. Podsumowując - wzmocnienie rządów prawa jest ważne, ale rozwijając rynki kredytowe, powinniśmy zachować ostrożność. Błędem jest myślenie, że w ten sposób rozwiążemy wszystkie problemy.

Głównym problemem jest sposób zarządzania tą instytucją oraz fakt, że jej kierownictwo to w większości finansiści z krajów uprzemysłowionych. Nic dziwnego, że reprezentują interesy rynków finansowych.

Globalizacja polityczna nie nadąża za globalizacją gospodarki. Sposób rządzenia MFW i Bankiem Światowym, instytucjami mającymi wielki wpływ na rzeczywistość, jest daleki od demokracji. Kluczem do sukcesu jest zatem zmiana metody powoływania ich kierownictwa. To wprost niewyobrażalne, że szef Banku Światowego jest nominowany przez prezydenta USA, który nie musi brać pod uwagę jego doświadczenia w dziedzinie wspierania rozwoju. Powinniśmy także przykładać większą wagę do głosów krajów rozwijających się i ich oceny, czy działania Banku i Funduszu przynoszą pożądane efekty. Jeśli obie instytucje nie będą mieć widocznych osiągnięć, ludzie kierujący nimi powinni ponosić tego konsekwencje.

Na pewno nie tylko stopa inflacji. Ważne są też takie wskaźniki jak tempo wzrostu gospodarki, poziom płac realnych, stopa zatrudnienia... Rząd, który ustaliłby dla swojej polityki ekonomicznej tylko jeden priorytet, nigdy nie wygrałby wyborów. Tymczasem MFW koncentruje się na tej jednej kwestii, którą wielu ekonomistów uznałoby za "zmienną pośrednią". Inflacja jest ważna, ponieważ ma wpływ na tempo wzrostu i na dystrybucję dochodów, nie powinna jednak sama w sobie być w centrum uwagi. Łatwo jest zrozumieć, dlaczego rynki finansowe przejawiają tak wiele troski o inflację. Ta koncentracja na jednym problemie ukazuje, kto podejmuje decyzje. Gdyby w zarządzaniu światową gospodarką było więcej demokracji, mielibyśmy do czynienia z wymianą poglądów, z wypowiedziami w stylu: "Tak, inflacja jest problemem, ponieważ szkodzi posiadaczom obligacji, ale bezrobocie jest jeszcze poważniejszym problemem, ponieważ dotyka jeszcze większej liczby ludzi".

Jest w tym ziarno prawdy, szczególnie w przypadku MFW. Bardzo wyraźnie było to widać podczas kryzysów w Azji Wschodniej, kiedy Japonia złożyła hojną ofertę stworzenia, kosztem stu miliardów dolarów, Azjatyckiego Funduszu Walutowego. W tamtym czasie taka instytucja była bardzo potrzebna, by ożywić gospodarki, które znalazły się w zapaści. Wspólna akcja MFW i Stanów Zjednoczonych doprowadziła do zduszenia tej inicjatywy, właśnie dlatego, by AFW nie zagroził ich wpływom w regionie. Interesy polityczne wzięły górę nad troską o gospodarczą pomyślność. Głównym zmartwieniem MFW jest sprawienie, by pożyczkodawcy dostali swoje pieniądze z powrotem - co leży w interesie światowych rynków finansowych - a nie pomyślność biednych. W Indonezję wpompowano miliardy, by pozwolić na spłatę długów zaciągniętych w międzynarodowych bankach, lecz kiedy potrzeba było paru milionów na żywność i paliwo dla jej najbiedniejszych mieszkańców, okazało się, że nie ma pieniędzy.

p

, ur. 1945, jeden z najgłośniejszych ekonomistów ostatniej dekady, profesor Columbia University. Specjalizuje się w badaniach nad przyczynami wadliwego działania mechanizmów rynkowych, w 2001 roku został laureatem Nagrody Nobla za wkład w analizę "rynków działających w warunkach asymetryczności informacji". W latach 1993-1997 był szefem Zespołu Doradców Ekonomicznych prezydenta Clintona, w latach 1997-2000 - głównym ekonomistą Banku Światowego. Autor m.in. światowego bestsellera "Globalization and its Discontents" (2002, wyd. polskie "Globalizacja" 2004). W "Europie" nr 27 z 5 lipca br. opublikowaliśmy jego tekst "Kapitalizm z ludzką twarzą".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj