historyk
Jeśli przez "strategiczne partnerstwo" rozumieć taki rodzaj stosunków, jakie łączą USA z Wielką Brytanią, to Polsce trudno będzie je nawiązać. Amerykanie i Brytyjczycy
mają wspólny język, wspólny system prawny i dość długą wspólną historię - a tego nie da się zastąpić nawet najsilniejszą i najbardziej szczerą wolą polityczną. Polska jest jednak
chyba najbliższym - bo niezwykle lojalnym - sojusznikiem USA w kontynentalnej Europie. Ameryka bardzo zawiodła się postawą większości tradycyjnych potęg europejskich, określanych dziś mianem
"starej Europy". Kraje, które zostały uratowane przez Amerykę w dwóch wojnach światowych i znajdowały się pod jej ochroną podczas zimnej wojny, są dziś wobec niej
nastawione dość wrogo i nie chcą z nią współpracować praktycznie w żadnej dziedzinie. Przyczyną tej wrogości jest fakt, że USA stanowią w dzisiejszym świecie jedyne supermocarstwo -
kraj, który może praktycznie robić, co zechce, a przy tym kontroluje wielką część światowego bogactwa. Rodzi to zawiść i zazdrość Europejczyków, szczególnie Francuzów, którzy
przywykli uważać się za wielką siłę cywilizacyjną, a Amerykę postrzegać jako aroganckiego arywistę. Kwestie gospodarcze i konflikty interesów handlowych nie przyczyniają się do poprawy
stosunków między Europą a Ameryką. Nie sądzę jednak, by miało to decydujące znaczenie. Głównym powodem napięć jest to, że rozmiar i siła Stanów Zjednoczonych rodzą w Europie chęć
stworzenia przeciwwagi, drugiego supermocarstwa. Jeszcze większe znaczenie ma to, że francuskie ambicje stworzenia z Niemcami ścisłego sojuszu i pociągnięcia za sobą pozostałych państw
kontynentu nie zostały do tej pory zaspokojone. Osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, by Europa stała się drugim obok USA światowym supermocarstwem, ale nie sądzę, żeby mogło do tego
dojść. Europa zdołała się całkiem pomyślnie zintegrować gospodarczo, lecz z integracją polityczną ciągle ma kłopoty.
Niechęć czy wręcz wrogość wobec Stanów Zjednoczonych nie jest w stanie posłużyć jako bodziec do stworzenia wspólnoty politycznej. W Europie jest zbyt dużo animozji i rywalizacji między
narodami. W Ameryce nic takiego nie ma miejsca - mimo że tworzą ją potomkowie imigrantów ze wszystkich zakątków świata, Massachusetts nie rywalizuje z Teksasem. Bycie sojusznikiem USA nie
oznacza, że Polska musi robić wszystko, czego Ameryka od niej zażąda. Jeśli jednak nie ma poważnych powodów, by odmówić pomocy, powinna jej udzielić. Zasada ta odnosi się między innymi do
sprawy tarczy antyrakietowej - nie widzę żadnych powodów, by Polska nie miała przyjąć amerykańskiej oferty. Geopolityczne położenie Polski pomiędzy Rosją a Niemcami zmusza ją do
poszukiwania sojuszy. W przeszłości rolę głównego sojusznika, dość nieudolnie, odgrywała Francja. Jeśli Rosja i Niemcy ponownie się porozumieją i powrócą do swoich terytorialnych ambicji
z XIX wieku, przyjaźń z Ameryką może się Polsce bardzo przydać. Taka konfiguracja sojuszy jest tym bardziej prawdopodobna, że obaj główni sąsiedzi Polski są wobec USA nastawieni raczej
niechętnie. Rosja jest bardzo antyamerykańska ponieważ uważa, że USA pozbawiły ją statusu supermocarstwa. Niemcy są pod względem gospodarczym ważniejszym partnerem Ameryki niż zarówno
Polska, jak i Rosja - i trudno powiedzieć, by były wrogiem USA. Trudno jednak także uznać je za spolegliwego partnera. Pod tym względem Polska jest dla Ameryki o wiele bardziej atrakcyjna -
również dlatego, że odczuwa wdzięczność za amerykański udział w wyzwoleniu jej spod sowieckiej dominacji. Jest także krajem demokratycznym, co do pewnego stopnia stawia ją w pozycji
porównywalnej do Izraela, który ze względu na to, że jest jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie, stał się jednym z kluczowych sojuszników Ameryki. Problem jest taki, że podobnie jak w
przypadku Izraela, przywiązanie do demokratycznych wartości może utrudniać stosunki z sąsiadami. Jeśli Polska postawi sobie za cel demokratyzację Rosji to spotka się to w Rosji ze złym
przyjęciem. Rosjanie kojarzą demokrację z anarchią, przestępczością, wyzyskiem - czemu dają wyraz w sondażach. Amerykanie zdają sobie z tego sprawę i nie kontynuują już polityki z
czasów Jelcyna. Waszyngton ogranicza swój program promocji demokracji do Europy Wschodniej, Bliskiego Wschodu i, do pewnego stopnia, Chin.
p
politolog
Dzięki poparciu amerykańskiej interwencji w Iraku oraz dzięki wysłaniu wojska do tego kraju po upadku Saddama Husajna Polska stała się jednym z najważniejszych sojuszników Stanów
Zjednoczonych. Administracja Busha uznała Polskę za kraj, który ma znaczenie strategiczne, a na opinie polskiego rządu zaczęła zwracać większą uwagę niż na opinie innych rządów
europejskich. Dziś mówi się o rozwoju tych strategicznych więzi poprzez umieszczenie w Polsce instalacji obrony przeciwrakietowej i, co za tym idzie, wysłanie amerykańskich żołnierzy. Z
punktu widzenia Waszyngtonu wzmacnianie sojuszu z Polską jest rozsądną strategią, ponieważ jako największy kraj Europy Środkowej Polska dysponuje znaczącymi wpływami w regionie oraz dość
dużą armią, co oznacza, że w misjach w rodzaju irackiej jest w stanie odegrać istotną rolę, zarówno pod względem sprzętu, jak i liczby żołnierzy. Podsumowując - w amerykańskiej wizji
świata Polska zaczyna powoli zajmować pozycję zbliżoną do tej, jaką mają Włochy lub jaką do czasów kanclerza Schrödera zajmowały Niemcy.
Jeśli chodzi o interesy Polski, sprawa jest nieco bardziej złożona. O ile inwestowanie w strategiczną współpracę z USA było rozsądnym posunięciem, o tyle czynienie tego kosztem związków z
Europą nie wydaje mi się mądre. W szczególności nie był dobrym pomysłem rozwój sojuszu z USA kosztem poparcia i zaangażowania w bardziej ambitną europejską współpracę obronną. W
przyszłości długoterminowe bezpieczeństwo i dobrobyt środkowej Europy w o wiele większym stopniu zależeć będzie od losów Unii Europejskiej niż od kształtu dwustronnych stosunków ze
Stanami Zjednoczonymi.
W pierwszej kadencji ludzie administracji Busha nie byli entuzjastami integracji europejskiej, uważając, że lepiej jest budować "koalicję chętnych", pozyskując poparcie dla
swoich działań - takich jak wojna w Iraku - ze strony poszczególnych krajów. W drugiej kadencji administracja zaczęła doceniać korzyści płynące z europejskiej jedności. Dodatkowym atutem
Polski staje się zatem jej przyszły udział w określaniu ostatecznego kształtu Unii. Te kraje europejskie, które zorientowane są na współpracę z USA - a Polska jest jednym z najważniejszych
członków tej grupy - mogą odegrać bardzo ważną rolę, tworząc Unię, która będzie zarówno silna, jak i sprzymierzona z Ameryką. Jednym z kosztów podziału Europy w czasie wojny w Iraku
było to, że wpływ krajów proatlantyckich - Wielkiej Brytanii, Włoch i Polski - na politykę unijną się zmniejszył, co pozostawiło Unię na łasce gaullistowsko-schröderowskiej koalicji o
dość antyamerykańskim programie. Tymczasem najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich byłaby silna, bogata i zdolna korzystać ze swojej siły UE, utrzymująca jednak bliskie więzi strategiczne z
USA.
Istnieje oczywiście ryzyko, że ściślej zintegrowana Europa będzie słabiej związana z Ameryką, ale w długiej perspektywie wzmocnienie Unii jest korzystne dla USA, bo czyni ją lepszym
partnerem. USA mogą być zmuszone do ustępstw w takich kwestiach jak Międzynarodowy Trybunał Karny, ochrona środowiska czy przyszłe akcje zbrojne w rodzaju irackiej. Gotowość do tych
ustępstw będzie oczywiście proporcjonalna do tego, co Europa będzie mieć Ameryce do zaoferowania.
W dwustronnych relacjach polsko-amerykańskich najważniejszym zagadnieniem w ostatnim czasie stała się lokalizacja tarczy antyrakietowej. Wiąże się to z dwoma problemami. Po pierwsze, istnieje
poważna obawa, że nie osiągnęliśmy jeszcze wystarczającego stopnia rozwoju technologicznego, by zbudować taki system. Program jego projektowania i realizacji został przyspieszony z powodów
politycznych i trochę wbrew rzeczywistym możliwościom. Po drugie, lokalizacja tarczy w Polsce oznaczałaby dalsze zacieśnienie strategicznych stosunków z USA, ale polski rząd nie powinien
spodziewać się zbyt wiele w zamian za zgodę na współpracę. Ani prezydent Kwaśniewski, ani poprzednie polskie rządy nie uzyskały w zamian za udział w operacji irackiej żadnych znacznych
korzyści. Polscy obywatele podróżujący do USA nie zostali zwolnieni z obowiązku wizowego. Polskie przedsiębiorstwa nie uzyskały lukratywnych kontraktów w Iraku. Owszem, współpraca
polityczna uległa zacieśnieniu i polscy politycy zaczęli być zapraszani na ważne spotkania z udziałem Busha, ale Polacy - zarówno obywatele, jak i rząd - nie powinni się łudzić, że
popierając USA lub biorąc udział w programie obrony antyrakietowej, osiągną poziom bezpieczeństwa, którego nie mieliby w innym wypadku. Kraje, które przyjęły na swój teren amerykańskie
stacje radarów w czasie zimnej wojny - Kanada, Wielka Brytania, Grenlandia - miały wielkie strategiczne znaczenie, ale trudno o nich powiedzieć, że stały się dzięki temu bezpieczniejsze.
Wreszcie - rzecz o największym, zasadniczym znaczeniu. W następnych dziesięcioleciach uwaga Stanów Zjednoczonych będzie skupiona na Azji Południowej, Azji Północno-Wschodniej i na Bliskim
Wschodzie. Tak więc, jeśli miałbym doradzać polskiemu rządowi, podkreśliłbym, że przyszłość Polski, zarówno w wymiarze strategicznym, jak i ekonomicznym, będzie zależeć od stosunków z
partnerami w Europie w o wiele większym stopniu niż od stosunków z USA.
p
pisarz polityczny
Ani chwilowe okoliczności, ani polityczne preferencje aktualnie rządzących nie determinują stosunków polsko-amerykańskich. Dotyczy to obu stron. Więzy polsko-amerykańskie są bardzo silne i
sięgają korzeniami najgłębszych fundamentów obu społeczeństw. Twierdzenie to jest szczególnie prawdziwe w odniesieniu do społeczeństwa amerykańskiego. Polityka zagraniczna Stanów
Zjednoczonych jest bowiem rzeczywiście odbiciem całego społeczeństwa; nie pozostaje wyłącznie wyrazem przekonań rządzących. Amerykańska dyplomacja znajduje się pod ścisłą kontrolą
parlamentarną wybrańców ludu; zresztą pozostają oni w ścisłym kontakcie z wyborcami. Możemy więc uważać, że amerykańska dyplomacja - w przeciwieństwie do dyplomacji francuskiej czy
rosyjskiej - jest dyplomacją demokratyczną. Oczywiście, opinia społeczna to rzecz ulotna, można by się więc niepokoić o zmienne nastroje narodu amerykańskiego wobec któregoś z jego
sprzymierzeńców. W przypadku Polski jednak te więzy są na tyle ścisłe, że powinny uchronić wzajemne stosunki przed skutkami ulotnych nastrojów.
Musimy zacząć od określenia pewnej ogólnej zasady: Stany Zjednoczone nie są krajem izolacjonistycznym; choć były nim - przez krótki okres - w latach 1920-1930. Od 1942 roku międzynarodowe
zaangażowanie Stanów Zjednoczonych jest stałe, cieszy się masowym poparciem opinii społecznej, a kontestują je wyłącznie marginalne, niereprezentatywne grupy. Owo zaangażowanie ma charakter
nieodwracalny. Wynika ono z imperialnej natury Stanów Zjednoczonych, ze składu etnicznego narodu amerykańskiego i wymogów gospodarczych. Niezależnie od tego, czy cenimy sobie, czy bolejemy
(choć postawy te nie mają żadnego wpływu na fakty) nad zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej, Polska zajmuje miejsce szczególne. Przede wszystkim istnieje między
oboma krajami relacja o podłożu etnicznym. Każda zorganizowana społeczność w Stanach Zjednoczonych za pośrednictwem swych parlamentarzystów i lobbystów osiąga - prędzej czy później - to,
na czym szczególnie jej zależy w kwestii polityki wewnętrznej i zagranicznej. Amerykanie pochodzenia polskiego są więc częścią amerykańskiej dyplomacji.
Bliskość ideologiczna sprawiła, że podczas sowieckiej okupacji, a potem wyzwolenia spod niej etniczno-kulturowe więzy z Polską znacznie się zacieśniły. Ideologiczna bliskość to drugi po
społeczności etnicznej filar stosunków polsko-amerykańskich.
Antykomunizm tamtych lat - potężna siła napędowa zachowań społecznych tak w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce - wytworzył wspólną pamięć. Nie chodzi tu jednak wyłącznie o
kombatanckie wspominki. Jest oczywistością, że antykomunizm w Polsce pozostaje bardzo żywotny, a w Stanach Zjednoczonych niezupełnie jeszcze wygasł. Obawa przed kolektywistycznym czy lewicowym
wrogiem, zasadna czy nie, pozostaje jednak w amerykańskiej Partii Republikańskiej determinującą siłą polityczną.
Trzeci, niezwykle ważny filar jest natury religijnej. Czy musimy przypominać jak bardzo Amerykanie oddani są chrześcijaństwu, jak bardzo owo chrześcijaństwo jest w USA żywotne (choć katolicy
stają się wśród chrześcijan mniejszością, zarówno jeśli chodzi o liczebność, jak o wpływy). Polska oglądana ze Stanów Zjednoczonych - gdzie eksportuje swych księży - wydaje się być
bratnią duszą, właściwie jedyną w laickiej czy wręcz antyklerykalnej Europie. To powinowactwo duchowe jest oczywiście jeszcze mocniejsze w przypadku amerykańskich katolików. Katolicy ci są
często demokratami; promieniowanie Polski - jak religijnej latarni morskiej w laickiej Europie - dosięga wszystkich bez wyjątku partii. W Stanach Zjednoczonych niektórzy niepokoją się polskim
integryzmem; zaniepokojeni są jednak nieliczni. W Ameryce wykonuje się bowiem karę śmierci, a aborcja jest bardzo ograniczona. Z perspektywy USA polskie dyskusje na ten temat zdają się więc
mniej dziwaczne niż z perspektywy Europy Zachodniej.
Czwarty filar polsko-amerykańskiego przymierza jest natury strategicznej. Stany Zjednoczone rozpaczliwie poszukują solidnych sprzymierzeńców w Europie. Tymczasem we Francji, Niemczech, Włoszech,
Wielkiej Brytanii antyamerykanizm jest tak potężny, że sprzymierzeńcy ci stali się niepewni i nieprzewidywalni. Trudno odgadnąć, co w chwili obecnej lub w przyszłości mogłoby tę tendencję
odwrócić. Ani wydarzenia polityczne, ani wybory nie mają na nią najmniejszego wpływu. Polski to nie dotyczy - jest obecnie jedynym wielkim krajem, którego nie ogarnęła gorączka tego - lekko
patologicznego - antyamerykanizmu. Polska dyplomacja jest przejrzysta i aktywna, dysponuje też rzeczywistą siłą uderzeniową. Stanowi jądro tego, co amerykańscy konserwatyści nazywają nową
Europą. Jeśli jakimś zrządzeniem losu demokratyczna administracja zastąpi Republikanów, to czwarty, strategiczny filar pozostanie nietknięty. Także Polska pozostanie niezmienna, wciąż na
tym samym miejscu: naprzeciw Rosji. Tej Rosji, która już nie wywołuje takiego strachu jak kiedyś, lecz która nadal jest źródłem niepokoju.
p
pisarz polityczny
Stany Zjednoczone nie są dziś godnym zaufania sojusznikiem dla nikogo. Były takim sojusznikiem, kiedy były bogate i zdrowe, kiedy mogły sobie pozwolić na uprawianie hojnej polityki
zagranicznej. Minęły czasy życzliwej potęgi, która chciała gwarantować pokój na całym świecie. Dziś Stany Zjednoczone są bardzo osłabione ekonomicznie - mają 800 miliardów deficytu
budżetowego, a ich sprzymierzeńcy stają się w coraz większym stopniu pionkami, bezużytecznymi po rozegraniu partii. W swojej polityce zagranicznej Stany Zjednoczone dostosowują się do logiki
nowego kapitalizmu amerykańskiego, którego istotą jest poszukiwanie zysków krótkoterminowych i pozbywanie się pracowników zaraz potem, jak przestają być potrzebni.
W dzisiejszej sytuacji stosunki Polski ze Stanami Zjednoczonymi nie mają zbyt wielkiego znaczenia. Istota relacji Polski z Ameryką sprowadza się do tego, że USA nie dają Polsce nic poza
fałszywym poczuciem bezpieczeństwa. I jednocześnie używają Polaków do dwóch rzeczy - dezorganizowania Unii Europejskiej i zatruwania relacji między Rosją a UE. Nic w tym zaskakującego.
Trzeba zrozumieć, że strategia słabnącej Ameryki opiera się na jednym - na tym, aby przeszkodzić w pojawieniu się prawdziwych potęg, które mogłyby z nią rywalizować. W domenie
ekonomicznej i monetarnej jest to właśnie Europa. Zaś w domenie militarnej Ameryka stara się zniszczyć Rosję stanowiącą alternatywny biegun strategiczny i nuklearny.
Usprawiedliwiona nieufność Polaków wobec Rosjan wyzyskiwana jest, aby skomplikować sytuację na Ukrainie, aby stworzyć nowe problemy między Europą a Rosją. Polacy nie rozumieją, że nie
istnieją żadne kwestie strategiczne, które uniemożliwiałyby porozumienie między Europą a Rosją. W przypadku Rosji i Ameryki jest zupełnie inaczej - celem Amerykanów było nieodmiennie
odebranie Moskwie roli znaczącego aktora na scenie międzynarodowej. To się przez jakiś czas udawało. Ale teraz, kiedy Rosja odnajduje stabilność i siłę, a jej zdolność oddziaływania jest
ogromna dzięki złożom ropy i gazu, sytuacja w coraz wyraźniejszy sposób zmierza ku konfrontacji. Ponieważ Rosja zrozumiała, że Ameryka nie dąży w sposób szczery do uspokojenia
stosunków.
Dezorganizacja UE jest dla Amerykanów szczególnie ważna. Muszą tego próbować w sytuacji, w której centrum produkcji przemysłowej przeniosło się na drugą stronę Atlantyku, do Europy. Na
dodatek jest możliwe, że to centrum jeszcze bardziej oddali się od Ameryki - wraz z rozwojem Chin.
W obu przypadkach rozgrywania Polski przez Amerykę chodzi o sytuację absolutnie klasyczną w geopolityce (której reguły nie różnią się niczym od reguł bitew między dzieciakami na szkolnych
podwórkach). Mamy tu potęgi pierwszego, drugiego i trzeciego rzędu. I cała gra polega na tym, aby osłabić potęgi drugiego rzędu, wykorzystując potęgi trzeciego rzędu. Niemcy, Francja czy
Rosja są potęgami drugiego rzędu. Ameryka jest oczywiście potęgą pierwszego rzędu. A Polska potęgą trzeciego rzędu używaną do tego, aby je osłabić.
Mam wrażenie, że Polska, która dąży do dalszego zacieśnienia więzów z Ameryką znowu jest pod wpływem swego odwiecznego demona, którym jest pewnego rodzaju irrealizm strategiczny. Polacy
nieustannie podkreślają, że znajdują się między Niemcami a Rosją - i że tylko wsparcie Ameryki może im zapewnić bezpieczeństwo. Tymczasem jest zupełnie oczywiste, że przynależność do
Europy - traktowana przez Polaków w sposób priorytetowy - i dobre porozumienie z duetem francusko-niemieckim zapewniłyby Polsce zupełnie wystarczający poziom bezpieczeństwa. Przecież w
kwestiach równowagi militarnej Francuzi i Niemcy nie mają absolutnie nic do pozazdroszczenia Rosjanom. Nic nie przemawia za tym, aby Polska jednoczyła się z Ameryką. Która jest - to chyba dla
każdego jasne - bardzo daleko. Która nieustannie zmienia swoje priorytety. I która jest upadającą potęgą dnia dzisiejszego: co oznacza, że w chwili gdy system amerykański się zawali, Polska
będzie zupełnie sama jak już wiele razy w swej historii. Cechy megalomańskie i indywidualistyczne, które prowadzą do takiej izolacji, są z pewnością sympatyczne. Jednak poziom irrealizmu
Polaków jest co najmniej zaskakujący.
p
filozof
Polska i USA to bardzo różne pod względem rozmiarów kategorie geopolityczne. Ameryka - stawiając sprawę wprost - nie jest zainteresowana Polską, lecz globalną dominacją. Dąży więc do
wdrożenia takiego modelu stosunków międzynarodowych, dzięki któremu będzie ze swojej pozycji geopolitycznej czerpać wszelkie możliwe korzyści kosztem wszystkich swoich konkurentów. A
konkurentami tymi są: Unia Europejska, odradzająca się jako mocarstwo Rosja, świat islamski, Chiny. Do tego grona można dołączyć suwerenną, stojącą twardo na obu nogach Japonię oraz - w
przyszłości - także Indie.
Innymi słowy, Ameryka uprawia grę, której celem jest niedopuszczenie do wyłonienia się nowych biegunów i do pojawienia się nowych rywali. Na tym polega główny motyw strategii USA. W takim
też kontekście rozpatrywana jest rola Polski. Chodzi tu o stworzenie kordonu sanitarnego pomiędzy kontynentalną Europą a Rosją. I taką właśnie funkcję dla USA ma pełnić w Europie
Wschodniej Polska.
Kordon sanitarny jest Ameryce niezbędny, żeby zapobiec zbliżeniu Unii Europejskiej z Rosją i aktywować wszystkie możliwe, dzielące je sprzeczności. Zgodnie z tym Polska powinna prowadzić
politykę rusofobiczną - co widać znakomicie we współczesnej polskiej strategii międzynarodowej - a równocześnie grać kartą atlantycką na przekór kontynentalnemu blokowi europejskiemu,
któremu przewodzą Francja i Niemcy. Z pozoru Polskę można postrzegać jako priorytetowego sojusznika USA. Tymczasem tak naprawdę jest ona pionkiem w amerykańskiej grze. Kordon sanitarny zaś to
nie sojusznik, lecz wyłącznie instrument.
Wobec takiego stanu rzeczy Polska ma do wyboru kilka opcji geopolitycznych. Jedna z nich to wektor eurazjański. Obecnie jest on reprezentowany - chociaż mało zauważalnie - przez partię
Samoobrona. Wizja Polski jako zachodniego przedłużenia Eurazji stanowi opcję, która Rosji odpowiada najbardziej. Eurazjańska, sarmacka tożsamość Polski jest tym, co może oba kraje zbliżać.
Kolejna opcja to wektor kontynentalnej Europy. W tym przypadku Polska byłaby częścią samodzielnego bloku, którego przywództwo należy przede wszystkim do Niemiec.
Eurazjanizm i kontynentalny europeizm to jednak marginalne tendencje w porównaniu z mainstreamowym nurtem polskiej geopolityki. Jest nim oczywiście opcja atlantycka. Wedle niej znaczenie Europy
jest drugoplanowe. Stanowi ona zaledwie przedłużenie Ameryki. W stosunku do potężnych podmiotów geopolitycznych Polska zajmuje położenie brzegowe. Jak zauważył Arnold Toynbee, cywilizacji
polsko-litewskiej nie udało się stać samoistnym i pełnowartościowym biegunem. Gdyby to się jej powiodło, mogłaby być konkurencyjna wobec cywilizacji rosyjskiej czy europejskiej. W efekcie
Polska pozostaje terenem rywalizacji sił kontynentalnych i atlantyckich.
Obecna realizacja opcji atlantyckiej jest jak najbardziej zrozumiała. Bolesne doświadczenia rozbiorów i wojen sprawiły, że Polska obstaje przy takim a nie innym wyborze. Z kolei do cywilizacji
atlantyckiej nikt Polski nie przyłączał. Jednocześnie cywilizacja ta zawsze grała na narodowych uczuciach Polaków, żeby nastawiać ich przeciw Rosjanom.
Jeśli jednak brać pod uwagę głęboki aspekt kultury polskiej, to dostrzeżemy archaiczny poziom przynależny do eurazjańskiej strefy wpływu. Świadczy o tym prymat romantyzmu nad oświeceniem.
Ten archaiczny, romantyczny komponent kultury zbliża Polskę do eurazjanizmu. Z tej przyczyny opcję atlantycką w Polsce trzeba uznać jedynie za odpowiedź na jej bolesne doświadczenia
historyczne i na jej geograficzne położenie. Nie jest to jednak żadne fatum. Obecność w Polsce środowisk zastanawiających się nad jej geopolityczną, kulturową i cywilizacyjną specyfiką
pozwala sądzić, że jest możliwy odwrót od tendencji atlantyckiej.
Relacje polsko-amerykańskie i polsko-rosyjskie mają rzecz jasna ścisły związek z relacjami rosyjsko-amerykańskimi. Kiedy Rosja wchodzi w fazę właściwej geopolitycznej samoświadomości, ona
po prostu musi być antyamerykańska. I to nie zależy od tego, jaka panuje u nas ideologia bądź jaki jest system polityczny. Totalitaryzm czy demokracja, monarchia czy socjalizm - kwestie te
pozostają wtórne. W pierwszej kolejności decydują fundamentalne prawa geopolityki.
Ameryka to geopolityczny przeciwnik Rosji. Wynika to z ponadhistorycznego konfliktu cywilizacji Lądu - tellurokracji z cywilizacją Morza - tallasokracją. Dlatego Polska, która jest par excellence
instrumentem tallasokracji, postrzegana jest przez Rosję jako wróg.
Inaczej sprawa wyglądałaby w przypadku przyjęcia przez Polskę opcji europejskiej. Europeizm to dziś w dużym stopniu antyamerykanizm. Dlatego europejska orientacja nie musi być antyrosyjska.
Natomiast orientacja proamerykańska jest bezwzględnie rusofobiczna. Stąd Rosjanie w taki a nie inny sposób reagują na atlantycki kurs Polski.
Oczywiście sojusz z USA nie oznacza automatycznie złych stosunków z Rosją. Jako przykład można tu podać należącą do NATO Turcję. Pomimo relacji sojuszniczych Ameryka zagraża jedności
państwa tureckiego i narodowemu dziedzictwu Atatürka, eskalując takie problemy jak kurdyjski czy cypryjski. W tej sytuacji Turcja zaczęła rewidować swoją geopolitykę, szukając w relacjach z
Rosją tego, co oba państwa zbliża. Nie jest to równoznaczne z opuszczeniem NATO, lecz jedynie świadczy o usamodzielnianiu się Turcji na arenie międzynarodowej.
Tak więc pretekstem do polepszenia stosunków polsko-rosyjskich mogłoby się stać pogorszenie stosunków polsko-amerykańskich. Amerykanie zachowują się wobec Polaków znacznie gorzej niż
niegdyś Brytyjczycy wobec rdzennej ludności swoich kolonii. Oni nie mają tej lądowej, kontynentalnej ogłady, którą mimo wszystko posiadali brytyjscy kolonialiści. Kiedy Polacy doświadczą na
własnej skórze chamstwa amerykańskiej tallasokracji, to sądzę, iż pojawią się przesłanki do tego, żeby zaczęli zerkać w kierunku wschodnim.