To, co znamy dziś pod nazwą wojny z terroryzmem, za ćwierć wieku pamiętane będzie jako Wielka Wojna o Demokrację - przewiduje Niall Ferguson. Demokracja stanowi nie tylko stawkę, lecz również stanowi o charakterze toczącegosię konfliktu. Inaczej niż na tradycyjnej wojnie, wrogowie Ameryki biorą na cel nie wojsko, lecz zwykłych ludzi. W dodatku do realizacji swoich planów wykorzystują leżące u podstaw demokracji swobody. Z drugiej strony - co również nie ma precedensu - Stany Zjednoczone mogą prowadzić działania odwetowe w sposób jak najmniej uciążliwy dla własnych obywateli. Rodzi to jednak swoisty paradoks - im większa normalność panuje w USA, tym trudniej zwykłym ludziom jest zrozumieć, dlaczego amerykańscy żołnierze narażają życie w odległych krajach.
p
Dziewiętnastu terrorystów. Cztery uprowadzone samoloty. Prawie 3000 ofiar. Wszystko to stało się w niewiele ponad godzinę, między 8.45 i 10 rano 11 września 2001 r. Ale wojna rozpoczęta tego dnia miała potrwać wiele, wiele lat. Najpierw nazywano ją globalną wojną z terroryzmem. Z czasem historycy przemianowali ją na Wielką Wojnę o Demokrację. Był to konflikt, który na zawsze odmienił oblicze Bliskiego Wschodu. Była to wojna, która zasadniczo przeobraziła międzynarodową równowagę sił. Od początku istniały jednak poważne wątpliwości, czy przesunięcia te są korzystne dla USA. Niektórzy pesymiści sugerowali, że okres po 11 września wyznaczył początek końca stulecia Ameryki. Inni dowodzili jednak, że był to początek innego rodzaju stulecia Ameryki. Nie ulega wątpliwości, że zamachy na WTC stanowiły akt wojny, ale czy reakcja USA była właściwa? W 2006 r., pięć lat po tych wydarzeniach, kwestia ta wciąż wydawała się nierozstrzygnięta. Ale z perspektywy 2031 r. - trzy dekady po zamachach terrorystycznych na Nowy Jork i Waszyngton - debata jest zakończona. Trzydzieści lat później Wielka Wojna o Demokrację miała swojego zwycięzcę. W 2006 r. niewiele osób trafnie by go wytypowało.
Znaczenie takiego traumatycznego wydarzenia jak 11 września zmienia się z upływem czasu. W piątą rocznicę zamachów wspomnienia wciąż były świeże. Dla tych, którzy przeżyli ten dzień, było niewyobrażalne, że trzy dekady później dla wielu Amerykanów będzie to tylko sucha data. Jako 67-latek piszący w 2031 r. - w wieku, który kwalifikował mnie jako seniora, zanim termin ten uznano za dyskryminujący ludzi starszych, a ustawowy wiek emerytalny podniesiono do 80 lat - wciąż całkiem dokładnie pamiętam 11 września. Od samego początku była to demokratyczna wojna nowego typu, ponieważ wróg brał na cel nie oddziały wojskowe czy instalacje militarne, jak na tradycyjnej wojnie, lecz amerykańskich cywilów - zwykłych ludzi. Była demokratyczna również dlatego, że sprawcy wykorzystywali leżące u podstaw demokracji swobody do realizacji swoich zbrodniczych planów. Była demokratyczna także w tym sensie, że Stany Zjednoczone mogły prowadzić działania odwetowe przy zastosowaniu minimalnych restrykcji wobec własnych obywateli. Nie było powszechnego poboru, nie było cenzury prasy, początkowo nie było także potrzeby zaciskania pasa, żeby sfinansować wojnę. Stany Zjednoczone uparcie jednak trzymały się ustroju republikańskiego, ku rozczarowaniu paru jastrzębich komentatorów i uldze wszystkich innych ludzi. Wybory odbywały się jak zwykle. Kiedy przeciwko osobom podejrzewanym o terroryzm użyto tortur, media zawrzały z oburzenia. Dla wielu Amerykanów cały sens tej wojny polegał na zachowaniu demokratycznych instytucji w ich kraju. Poza tym inaczej niż podczas II wojny światowej, kiedy po naszej stronie walczył despota Józef Stalin, najważniejszymi sojusznikami Ameryki w globalnej wojnie z terroryzmem były inne demokracje. Przede wszystkim jednak wojna rozpoczęta 11 września 2001 r. była demokratyczna w sensie strategicznym, ponieważ do głównych celów Ameryki należała demokratyzacja Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej. Zważywszy że prezydent miał do dyspozycji całe ogromne zasoby hipermocarstwa, nie był to cel zupełnie nierealistyczny, ale nawet jeśli prezydenccy analitycy trafnie oszacowali możliwości, to wykonanie było obarczone fatalnymi błędami. Wymuszona demokratyzacja nie tylko nie zmniejszyła natężenia konfliktu na Bliskim Wschodzie, ale odniosła wręcz odwrotny skutek, wyzwalając gwałtowne siły odśrodkowe, nad którymi Ameryka nie była w stanie zapanować. Skupiając wysiłki na "państwach bandyckich", Stany Zjednoczone zlekceważyły fakt, że najważniejszym obszarem działań terrorystów był nie Bliski Wschód, lecz stabilna, zamożna i demokratyczna Europa Zachodnia. W okresie po 11 września modne stało się mówienie o "islamofaszyzmie". W rzeczywistości wróg bardziej przypominał komunizm w czasach jego największych sukcesów: międzynarodowy w swoim zasięgu, rewolucyjny w swoich ambicjach i sprawnie werbujący tajnych agentów na Zachodzie. Właściwą taktyką w walce z tym zagrożeniem nie była konwencjonalna wojna, lecz żmudna praca wywiadowcza - monitorowanie rozmów telefonicznych, śledzenie transakcji finansowych, inwigilowanie podejrzanych, infiltrowanie komórek terrorystycznych. Przede wszystkim Amerykanie nie docenili skali trudności skutecznego prowadzenia wojny przy całkowitym zachowaniu procedur demokratycznych u siebie w kraju. Im większa normalność panowała w USA, tym trudniej zwykłym ludziom było zrozumieć, dlaczego amerykańscy żołnierze narażają życie w odległych krajach.
Przez krótki czas tego pogodnego, bezchmurnego wrześniowego ranka wydawało się, że obnażona została ukryta słabość amerykańskiego olbrzyma. Osama bin Laden, terrorystyczny przywódca stojący za zamachami, upajał się swoim triumfem. "Chwała niech będzie Bogu", powiedział w oświadczeniu wydanym niecały miesiąc po 11 września. "To, czego doznają dzisiaj Stany Zjednoczone, to drobiazg w porównaniu z tym, czego my doznajemy od dziesiątków lat". Późniejsze zwycięstwa militarne z talibami w Afganistanie i Saddamem Husajnem w Iraku zdawały się jednak potwierdzać niepowstrzymaną potęgę amerykańskiego hipermocarstwa. Jesienią 2004 r., zaledwie dwa lata po zamachach, zaczęły powracać wątpliwości. Najbardziej uderzającym dowodem na błędność kalkulacji Amerykanów była odmowa pokojowego przyjęcia przez Irakijczyków prezentu od USA w postaci demokracji. Przemoc w Iraku nie tylko nie wygasła, ale z czasem się nasiliła. Niemal równie dużym błędem w ocenie był brak zrozumienia przez wojskowych natury zagrożenia dla bezpieczeństwa w Iraku. Z początku wydawało się, że koalicja pod wodzą Amerykanów ma do czynienia z powstaniem saddamowskich lojalistów, wspieranych przez zagranicznych terrorystów powiązanych z Al-Kaidą. Wydarzenia irackie w coraz większym stopniu przeradzały się jednak w sekciarską wojnę między sunnicką mniejszością i szyicką większością. Kraj, który Amerykanie chcieli zdemokratyzować, w gruncie rzeczy zagłosował za własnym rozpadem. Latem 2006 r., mimo skutecznego sformowania demokratycznie wybranego rządu w Bagdadzie, Irakijczycy ginęli w tempie ponad 100 osób dziennie. Również w Afganistanie podbój okazał się łatwiejszy niż zapanowanie nad sytuacją. W rezultacie z nadejściem piątej rocznicy zamachów na Nowy Jork i Waszyngton wojsko amerykańskie zaczęło odczuwać poważne braki kadrowe. Aby temu przeciwdziałać, zwiększono maksymalny wiek poborowy z 35 do 42 lat. Naczelny dowódca sił zbrojnych wytrwale powtarzał, że Stany Zjednoczone nie wycofają się z Iraku, dopóki ich misja - zaprowadzenie stabilnej demokracji - nie będzie wypełniona. Wydawało się jednak coraz bardziej prawdopodobne, że kiedy Amerykanie wreszcie wyjadą do domu, wycofają się nie z Iraku, lecz z trzech zwaśnionych ze sobą minipaństw. Żegnając się z Zieloną Strefą w Bagdadzie, niektórzy Amerykanie przypominali sobie ewakuację Sajgonu w 1975 r., pokolenie wcześniej - ewakuację oznaczającą wyrok śmierci dla Wietnamu Południowego. Rozpad Iraku był zwiastunem szerszego kryzysu regionalnego. Paradoks polegał na tym, że terroryzm kwitł znacznie bardziej w nowych bliskowschodnich demokracjach niż w paskudnych starych dyktaturach. Nie było przypadku w tym, że organizacje terrorystyczne, które sprawiały na Bliskim Wschodzie najwięcej kłopotów - nie licząc Iraku - miały swoje bazy w południowym Libanie i na okupowanych przez Izrael terytoriach palestyńskich w Gazie i na Zachodnim Brzegu. Tu i tam odbyły się wybory, ale partie, które je wygrały - Hezbollah w Libanie i Hamas na terytoriach okupowanych - historycznie były organizacjami terrorystycznymi. Co gorsza, doprowadzając do rozpadu Iraku, Stany Zjednoczone niechcący przyznały zwycięstwo we wcześniejszej nierozstrzygniętej wojnie Iranu z Irakiem fundamentalistycznemu reżimowi w Teheranie. Żadne inne państwo nie mogło więcej zyskać na demokracji w Iraku, ponieważ szyicka większość w tym kraju poczuwała się do bliskich związków z Iranem. I żadne inne państwo w regionie nie mówiło tak otwarcie, że jego celem jest zniszczenie Izraela, sojusznika Ameryki. Decyzja irańskiego prezydenta Mahmuda Ahmadineżada o kontynuowaniu tajnego programu atomowego postawiła USA przed niezwykle ciężkim strategicznym dylematem. Iran nie czynił tajemnicy z faktu, że zaopatruje Hezbollah w rakiety, które w lecie 2006 r. posypały się na Izrael. Ponadto władze w Teheranie pragnęły za wszelką cenę zdobyć broń masowego rażenia. W gruncie rzeczy jednak unilateralna akcja podjęta w 2003 r. przeciwko Irakowi nie była możliwa wobec Iranu. Administracja, która niegdyś bez większych oporów pominęła ONZ, teraz nie widziała innego rozwiązania, jak tylko zwrócić się do Rady Bezpieczeństwa w nadziei, że presja międzynarodowa pozwoli rozbroić Hezbollah i uniemożliwić nuklearyzację Iranu. Zdawało się, że kolos, który niegdyś przemierzał cały świat, ugrzązł w bliskowschodnich piaskach - i nie był w stanie zapobiec wyraźnie nieuchronnej konfrontacji między Iranem a Izraelem.
W ostatnich latach rządów ekipy Busha jej reputacja sięgnęła dna. Wielu Amerykanów narzekało, że mają złego prezydenta. W pewnym okresie notowania Busha spadły poniżej najgorszych osiągnięć Richarda Nixona i Jimmy'ego Cartera. Czy inny prezydent poradziłby sobie lepiej? Pytanie to postawił Christopher Hitchens w swojej bestsellerowej biografii "Bush. Studium wielkości" opublikowanej w 2011, w dziesiątą rocznicę 11 września. Hitchens przekonująco dowodził, że ani Al Gore, ani John Kerry nie byliby skuteczniejsi w rozminowywaniu dżihadystycznego zagrożenia. "Musimy powrócić tam, gdzie kiedyś byliśmy: do miejsca, w którym terroryści nie są najważniejszym tematem naszego życia, tylko pewną uciążliwością", powiedział Kerry w wywiadzie z 2004 r., porównując terroryzm do prostytucji, nielegalnego hazardu i zorganizowanej przestępczości. Terroryzm islamistyczny stwarzał jednak zagrożenie znacznie bardziej bezpośrednie niż zmiany klimatyczne (ulubiony czarny lud Gore'a) i znacznie poważniejsze niż nielegalny hazard. Nawet obrońcy Busha nie umieli jednak wyjaśnić fatalnego mankamentu amerykańskiej strategii powrześniowej. W swoim orędziu o stanie państwa wygłoszonym w styczniu 2002 r., niecałe pięć miesięcy po zamachach, Bush skierował ogień krytyki na "oś zła" - Iran, Irak i Koreę Północną - które oskarżył o sponsorowanie terroryzmu i "dążenie do pozyskania broni masowego rażenia". A przecież żaden z tych krajów nie był bezpośrednio zamieszany w zamachy. De facto prawie wszyscy terroryści pochodzili z krajów sprzymierzonych z Ameryką albo przynajmniej utrzymujących z nią przyjazne stosunki. 15 spośród 19 zidentyfikowanych porywaczy było z Arabii Saudyjskiej, dwóch ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jeden z Libanu i jeden z Egiptu. A swoje zbrodnicze plany układali nie na Bliskim Wschodzie, lecz w Europie i w samych Stanach Zjednoczonych - w sercu zachodniej demokracji. Rzecz jasna, po 11 września wiele zrobiono - a w każdym razie wydano na ten cel mnóstwo pieniędzy - dla poprawienia bezpieczeństwa wewnętrznego Ameryki. Pasażerowie samolotów musieli się obyć podczas podróży bez nożyczek do paznokci, a od 2006 r. także bez żelu do włosów. Przyzwyczaili się do przeszukiwania bagażu i rewizji osobistych. Zachodnie agencje wywiadowcze nasiliły monitorowanie i penetrowanie siatek terrorystycznych. Notowano duże sukcesy. Ale również terroryści odnieśli krwawe sukcesy w marcu 2004 r. w Madrycie i w lipcu 2005 r. w Londynie. Szczególnie niepokoiło pochodzenie społeczne sprawców - część była z rodzin patologicznych, ale część z normalnych i zamożnych. Niektórzy z zamachowców londyńskich urodzili się w Wielkiej Brytanii. Terroryzm pociągał nie tylko synów dobrze prosperujących imigrantów. Dwóch spośród aresztowanych z podejrzeniem o udział w transatlantyckim spisku bombowym było muzułmańskimi konwertytami. Jeden z nich, syn nieżyjącego działacza Partii Konserwatywnej, nosił piękne dwuczłonowe brytyjskie nazwisko Stewart-Whyte. Stany Zjednoczone nie wypracowały skutecznej strategii walki z penetracją Europy Zachodniej przez radykalny islam. Wręcz przeciwnie, różnice stanowisk co do polityki bliskowschodniej wbiły klin między Amerykę i jej najważniejszych sojuszników z kontynentalnej Europy, czyli Niemcy i Francję. Premier brytyjski Tony Blair niezłomnie trwał przy swoim poparciu dla strategii USA, ale brytyjska opinia publiczna zaczęła uważać go za amerykańską marionetkę, a jego konserwatywny następca David Cameron miał zdecydowanie chłodniejszy stosunek do Waszyngtonu. Do największych paradoksów wojny z terroryzmem należało to, iż zaledwie pięć lat po 11 września wielu ekspertów antyterrorystycznych wyrażało pogląd, że najbardziej prawdopodobnym źródłem ataku na USA nie jest "oś zła", lecz bodaj najbliższy sojusznik Ameryki, Wielka Brytania.
Gdyby do kolejnego zamachu terrorystycznego - lub wojny Iranu z Izraelem - doszło wcześniej, być może wpłynęłoby to na wynik wyborów prezydenckich w 2008 r. W końcu największym atutem Johna McCaina jako kandydata była wspaniała żołnierska karta jego samego i członków jego rodziny. Republikanie gorzko żałowali, że nie wystawili McCaina osiem lat wcześniej. "Może byłby najwybitniejszym przywódcą wojennym, jakiego kiedykolwiek mieliśmy", powiedział szef jego kampanii wyborczej 3 listopada 2008 r., kiedy McCain pogratulował zwycięstwa Markowi Warnerowi, byłemu gubernatorowi Wirginii. Kandydat demokratyczny zawdzięczał swoją wygraną przede wszystkim powrotowi ekonomii na pierwsze miejsce w debacie politycznej. Dla większości Amerykanów najważniejszą kwestią była - podobnie jak 16 lat wcześniej, kiedy inny demokrata z Południa zdobył prezydenturę - "gospodarka, głupku". Bush wygrał w 2000 r., ponieważ kilka miesięcy wcześniej pękła bańka internetowa. Wygrał w 2004 r., ponieważ cięcia podatkowe i utrzymywanie stóp procentowych na niskim poziomie przez prezesa Banku Rezerw Federalnych Alana Greenspana doprowadziły do trwałego ożywienia gospodarczego. Niestety dla Republikanów dobra koniunktura nie mogła trwać wiecznie. Spowolnienie gospodarcze z końca 2006 r. było elementem szerszego kryzysu globalizacji: ceny energii osiągnęły niebotyczny poziom, a proces liberalizacji handlu wytracił impet. Kiedy baryłka ropy kosztowała ponad 70 dol., a negocjacje rundy z Dauszy stanęły w martwym punkcie, wzrost gospodarczy musiał przyhamować. Spowolnienia gospodarki amerykańskiej przypuszczalnie nie dało się uniknąć. W 2005 r. w USA mieszkało zaledwie 10,7 mln osób powyżej 80 roku życia, a w 2030 r. już prawie 18 mln - co 20. osoba. Dalsze postępy medycyny oznaczały, że coraz więcej ludzi dożywało setki - dobra wiadomość na przykład dla magnata medialnego Ruperta Murdocha, który w 2031 r. obchodził swoje setne urodziny. Ale wzrastający odsetek ludności na emeryturze wiązał się z coraz większymi obciążeniami podatkowymi dla wciąż pracujących. Odbijał się również na równowadze płatniczej USA, ponieważ Ameryka konsekwentnie więcej importowała niż eksportowała, finansując różnicę ze sprzedaży papierów wartościowych cudzoziemcom. W pierwszej dekadzie XXI w. system ten dobrze funkcjonował. Kwitnąca gospodarka chińska wydawała się zdolna wchłonąć każdą ilość amerykańskiego długu, pod warunkiem że Stany Zjednoczone nie zamkną swoich rynków na eksport z Chin. Wysoka stopa oszczędności i niskie zarobki w Chinach przekładały się na wysokie zadłużenie i wysoki poziom życia ludzi starszych na Florydzie. Ta chińsko-amerykańska współzależność sprawiała jednak, że Stany Zjednoczone były wrażliwe na wahania koniunktury w Chinach. Kiedy doszło tam do kryzysu, krach na giełdzie chińskiej wywołał wstrząsy w całej gospodarce azjatyckiej. Kilku twardogłowych zwolenników Realpolitik utrzymywało, że kryzys chiński jest korzystny dla USA. Niektórzy zimnowojenni weterani z entuzjazmem czekali na upadek ostatniego reżimu komunistycznego na świecie. Większość Chińczyków uważała jednak, że organizując wolne wybory, partia chce po prostu zrzucić z siebie odpowiedzialność za poniesioną klęskę gospodarczą. Dla większości Amerykanów kryzys chiński nałożył się na już istniejące problemy gospodarcze, gdy chińscy inwestorzy w popłochu pozbywali się amerykańskiego kapitału.
W czasach po 11 września Stany Zjednoczone - chociaż nadal odgrywały w świecie dominującą rolę - stały przed rozlicznymi i nasilającymi się wyzwaniami. Nie ograniczały się one do nieprzerwanej działalności islamistycznej sieci terrorystycznej. W burzliwych latach po zamachach na WTC nowe państwa rzuciły rękawicę amerykańskiej potędze. Dzięki czynnikom demograficznym, redukcji liczby żołnierzy amerykańskich w Iraku i postępom swego programu atomowego na dominującą siłę bliskowschodnią wyrósł Iran. Mimo traumy kryzysu finansowego i gospodarczego nowym hegemonem w Azji Wschodniej stały się Chiny. Z kolei Rosja wykorzystała swoje zasoby naftowe i straszak nuklearny do odzyskania prymatu w Europie Wschodniej, przesuwając na zachód granice Unii Europejskiej. Chociaż we wszystkich wymienionych państwach oficjalnie obowiązywał ustrój demokratyczny, żadne z nich nie miało interesu we wspieraniu indywidualnych swobód i praworządności, bez których wybory są aktem pozornym. Wszystkie trzy państwa miały interes w osłabieniu Ameryki. Ze wzrostem znaczenia tych trzech rywali wiązała się jedna korzyść: z upływem czasu niegdyś znienawidzony Wielki Szatan przestał być ulubionym chłopcem do bicia dla całego świata. Po roku 2008, kiedy Stany Zjednoczone wycofały się z Bliskiego Wschodu, nie było już oczywiste, po co terroryści islamscy mieliby marnować energię na atakowanie amerykańskich miast. I dlatego w trzydziestą rocznicę 11 września wielu młodszych Amerykanów patrzyło na to wydarzenie jak na niewytłumaczalną aberrację. Doniesienia o schyłku Ameryki okazały się jednak przedwczesne. W 2012 r. następca prezydenta Warnera zaskoczył wrogów USA śmiałym przedefiniowaniem wizji Ameryki. Wzrost gospodarczy poszybował do góry, podobnie jak wskaźniki wydajności pracy. Amerykanie przestali inwestować wyłącznie w nieruchomości i znowu zabrali się poważnie do wynalazczości technicznej. Owszem, według dawnych kryteriów po 11 września amerykański bilans był niezbyt pomyślny. Projekt demokratyzacji Bliskiego Wschodu przyniósł marne skutki. Stany Zjednoczone straciły wpływy w najbardziej roponośnym regionie świata. W Europie mnożyły się siatki terrorystyczne. Iran, Chiny i Rosja zawiązały nowe antyamerykańskie trio. Jednak nowe technologie opracowane w latach 10. i 20. pozwoliły w znacznym stopniu zneutralizować te zagrożenia. Zastosowanie ogniw paliwowych przez amerykański przemysł motoryzacyjny w połączeniu z nową generacją superbezpiecznych elektrowni jądrowych położyło kres stuleciu uzależnienia Ameryki od ropy naftowej. Wykorzystanie nanotechnologii do celów bezpieczeństwa wewnętrznego umożliwiło całodobową inwigilację islamistycznych podejrzanych za pomocą zdalnie sterowanych mikrosamolocików i niewidocznych implantów. I tak zakończyła się Wielka Wojna o Demokrację - nie z apokaliptycznym hukiem, którego tak wielu się obawiało, lecz z niezauważalnym szmerem rewolucji technicznej. W 2006 r. byli tacy, którzy obawiali się, że Stany Zjednoczone mogą przegrać tę wojnę. Dzisiaj, po 25 latach, widzimy, że ich obawy się nie spełniły. Stulecie Ameryki wciąż żyje - i ma się doskonale.
p
, ur. 1964, jeden z najwybitniejszych europejskich historyków młodszego pokolenia. Wykłada w Stern School of Business na New York University. Autor m.in. "The Pity of War" - monografii poświęconej I wojnie światowej, "The Cash Nexus: Money and Power in the Modern World", "Empire" oraz "Colossus: The Rise and Fall of the American Empire" (2004). Ostatnio wydał "The War of the World", historię XX wieku. Zajmuje się także publicystyką polityczną - publikuje regularne komentarze m.in. w "The Sunday Telegraph". Jest współpracownikiem "Europy" - w poprzednim numerze ukazał się jego tekst "Wojna XXI wieku".