Rocco Buttiglione ostrzega przed nadciągającą katastrofą Europy. Ma ona przede wszystkim wymiar demograficzny - Europejczycy coraz częściej rezygnują z posiadania dzieci i tym samym skazują Europę na marginalizację, a siebie samych pozbawiają materialnego zabezpieczenia na przyszłość. Kryzys demograficzny wiąże się wedle Buttiglionego bezpośrednio z kryzysem moralnym, z odrzuceniem chrześcijańskiego myślenia w kategoriach wspólnoty i dominacją indywidualistycznej antropologii, której triumf oznacza usuwanie wszelkich śladów obecności religii w dyskursie publicznym, co rodzi nową postać nietolerancji. "Współcześnie źródło nietolerancji usytuowane jest w ideologii sekularystycznej. To przecież środowiska świeckich humanistów ustanawiają dzisiaj standardy poprawności politycznej, to oni mają wpływ na kształt życia publicznego, z którego eliminują opinie, a nawet osoby reprezentujące tradycję chrześcijańską".
p
Zacznijmy od najistotniejszej kwestii, od kurczącej się biologicznej substancji. Europejczycy nie chcą rodzić dzieci. Przy takim podejściu Europa marginalizuje się na własne życzenie, z roku na rok będzie odgrywała coraz mniejszą rolę na arenie międzynarodowej, będzie stawała się coraz biedniejsza. Spójrzmy na największy kraj europejski - na Niemcy. Jakiś czas temu na pierwszej stronie "Frankfurter Allgemeine Zeitung" ogłoszono: "Niemcy wymierają". I rzeczywiście tak jest - statystyki urodzeń są zatrważające. We Włoszech, w Hiszpanii, Belgii, Holandii jest zaledwie odrobinę lepiej. Europa, porzucając chrześcijaństwo, popełniła samobójstwo. Odrodzenie duchowe pozwoliłoby na przełamanie tej samobójczej tendencji.
Mówię o chrześcijaństwie, kryzys europejski bowiem, także ten demograficzny, wiąże się z triumfem modelu nowoczesności, który jest niechętny religii i wszelkiej wyrazistej etyce. Europejski model nowoczesności okazał się efektywny w krótkiej perspektywie. Jednak od pewnego czasu dostrzegamy jego złowrogi rewers. Indywidualistyczna antropologia staje się morderczą zasadą społeczną, gdy twierdzi, że człowiek - poza tym, że jest jednostką - jest także członkiem społeczeństwa. Chcemy żyć w świecie bez rodzin, bez narodów i tylko rynek ma pośredniczyć w naszych relacjach z innymi. Wspólnotowy sens został utracony. Europejczyk jest osamotniony, ponieważ ten model antychrześcijańskiej nowoczesności gubi prawdziwy sens wolności, wolności polegającej na złożeniu daru z samego siebie i tym samym dokonaniu aktu założycielskiego wspólnoty. Pierwszą wspólnotą jest zaś rodzina. To jest koncepcja, która legła u podstaw cywilizacji chrześcijańskiej, która zbudowała Europę. Tymczasem żyjemy obecnie w społeczeństwie, które odpowiada diagnozie anomii postawionej przez Durkheima i Mertona. Libertyński projekt, na który składają się określone praktyki obyczajowe, sposoby myślenia i organizowania rzeczywistości społecznej, może funkcjonować jedynie w przypadku niewielkiej mniejszości, pod warunkiem że większość społeczeństwa jest związana w swoim postępowaniu fundamentalnymi wartościami. Mniejszość może oczywiście rozwinąć taki pasożytniczy styl życia, jednak potrzebuje nosiciela. Tymczasem współcześnie pasożytniczy model stał się dominującym stylem życia. To musi zakończyć się katastrofą.
To zagrożenie wywołane jest przez lęk elit politycznych Europy przed wyraźnie zdefiniowanymi standardami moralnymi. Twierdzi się, że takie standardy, będące dziedzictwem tradycji chrześcijańskiej, są niebezpieczne dla ładu tolerancyjnego i pluralistycznego społeczeństwa, niemal protofaszystowskie. Rzecznicy absolutystycznego liberalizmu uważają, że demokracja powinna być wolna od założeń etycznych, że wszystko powinno być przedmiotem negocjacji. Ten kryzys modernizacji europejskiej wiąże się z porzuceniem idei prawa naturalnego. Współcześnie koncepcja ta uchodzi za coś przestarzałego, niemal zabobonnego. Tymczasem prawo naturalne istnieje obiektywnie, to coś znacznie trwalszego niż nasze kaprysy.
Uważam, że w zrozumieniu problematyki prawa naturalnego przydatne mogą być zasady ekonomii. Dla ekonomistów jest całkowicie jasne, że obowiązują niewzruszone prawa, po których przekroczeniu gospodarka państwa rozpada się. Jedna z takich zasad brzmi: jeśli zabraknie wystarczającej liczby pracujących młodych ludzi, starsza, nieaktywna zawodowo część populacji pozostanie bez środków do życia. To nie jest ideologia, to jest praktyczna kwestia. Jeszcze nie tak dawno Europejczycy rozumieli, że jeśli małżeństwo nie ma potomstwa, musi się liczyć z sytuacją, że na starość zabraknie mu wsparcia materialnego. Obecnie żyjemy w świecie, w którym obowiązek opieki młodych nad starszymi przejął anonimowy system ubezpieczeń społecznych. Środki pozyskane z pracy pokoleń młodych pozwalają na utrzymanie pokolenia starszego i bezpośrednia więź między generacjami zatarła się. Jednak sama logika pomocy pozostaje niezmienna. Kiedy następuje zakłócenie wymiany pokoleń, całe społeczeństwo zaczyna trzeszczeć. Oczywiście przejściowo dziurę demograficzną zalepiają imigranci. Jednak w dłuższej perspektywie ci spośród imigrantów, którzy przyjmują standardy libertyńskiej Europy, będą równie nieprzydatni.
Amerykańska droga modernizacji przez długi czas przypominała obecny europejski model. Napisano wiele książek o kryzysie, a nawet upadku cywilizacji amerykańskiej. Do końca lat 70. Stany Zjednoczone miały osłabioną pozycję międzynarodową, w tych latach Ameryka przechodziła długotrwałe załamanie gospodarcze, wiele mówiono o amerykańskim kryzysie moralnym. Jednak w latach 80. razem z nadejściem Reagana nastąpiła rewolucja konserwatywna, w centrum życia publicznego stanęły wartości rodzinne, to w nich upatrywano narzędzia poprawy sytuacji. I nie pomylono się - Ameryka zmartwychwstała. Niezależnie od oceny polityki administracji Busha, Ameryka dzierży dzisiaj niepodważalne przywództwo w świecie. Wracając do Europy, nie chciałbym wieszczyć nieuchronnej katastrofy. Co więcej uważam, że widać pewne oznaki poprawy. Badania prowadzone w różnych krajach Europy pokazują, że rośnie liczba ludzi przyznających się do wiary w Boga. Poprzedniemu papieżowi udało się dokonać prawdziwej rewolucji kulturowej, ta tendencja utrzymuje się nadal. Historia nowoczesności nie jest wyznaczona przez jednokierunkowy ruch sekularyzacji i systematyczne zanikanie chrześcijaństwa. Mamy raczej do czynienia z falami załamywania się praktyk religijnych i wzrostu ich znaczenia. Dzisiaj jesteśmy na rozstaju dróg.
Potencjał nietolerancji jest obecny w religii, trudno temu zaprzeczyć. Znane są momenty w historii Europy, kiedy argumenty religijne prowadziły do wojny. Jednak współcześnie źródło nietolerancji usytuowane jest gdzie indziej: w ideologii sekularystycznej. To przecież środowiska świeckich humanistów ustanawiają dzisiaj standardy poprawności politycznej, to oni mają wpływ na kształt życia publicznego, z którego eliminują opinie, a nawet osoby reprezentujące tradycję chrześcijańską.
Świecka inkwizycja we władzach Wspólnoty Europejskiej ma się bardzo dobrze i wyklucza tych heretyków, którzy nie akceptują dogmatów moralnego relatywizmu. Usunięto mnie z Komisji Europejskiej tylko z powodu moich przekonań dotyczących etyki seksualnej, które nie miałyby wpływu na stanowienie prawa. Wszyscy rozumiemy różnicę między prawem karnym i prawem moralnym. Okazuje się jednak, że nie można być pełnoprawnym członkiem władz Unii Europejskiej, jeśli nie wyznaje się ortodoksji relatywistycznej, nawet w zakresie prywatnych przekonań. Podobna inkwizycyjna postawa ujawniła się w trakcie przygotowywania preambuły do konstytucji europejskiej. Koncepcja Europy, jaką proponował Jan Paweł II, została odrzucona. Nie zrobiono tego w imię jakiejś poważnej alternatywy. Rzecz w tym, że nie istnieje odmienna idea Europy - projekt libertyński nie służy procesowi unifikacji kontynentu. W imię czego mielibyśmy utrzymywać solidarność europejską, skoro nie obowiązuje ideał człowieka wspólnotowego? Dlaczego mam płacić większe podatki, aby utrzymywać jedność z Polską, a w przyszłości z Bułgarią? Libertyńskie nastawienie prowadzi raczej do zawężenia Europy aniżeli jej rozszerzenia, do egoistycznego konsumpcjonizmu, a nie do współczującej solidarności.
Multikulturalizm przypomina małżeństwo. Jeśli zwiążą się ze sobą właściwe strony, uzupełniające się w swojej różnicy, wówczas uzyskamy pełny, owocny związek. Jeśli połączy się niewłaściwe części, to rozpęta się piekło. Powinniśmy budować Europę wielokulturową, ale powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, w obrębie jakich kultur ten projekt jest możliwy. Spójrzmy na wskaźnik przestępczości jako czynnik zdolności danej kultury do integracji z włoskim społeczeństwem. Na przykład wspólnota filipińska integruje się znakomicie, przeciętny Filipińczyk popełnia mniej przestępstw aniżeli przeciętny Włoch. Są jednak narodowości, które mają udział w popełnianiu przestępstw nawet 40-krotnie większy aniżeli udział naszych rodzimych kryminalistów. Nie twierdzę, że te narodowości są gorsze od włoskiej, nie głoszę tutaj jakiejś tezy o istotowym charakterze zła. Wskazuję jednak, że szok kulturowy wynikający z faktu emigracji prowadzi do dewiacyjnych zachowań. Czy to jest tylko kwestia przypadku, że osoby, które kiepsko się integrują, nie pochodzą z chrześcijańskich krajów? Niech to pytanie pozostanie otwarte.
Po pierwsze spróbowałbym odpowiedzieć na podstawowe pytanie: dlaczego uchodźcy szturmują Europę? Odpowiedź jest taka, że ich ojczyzny nie rozwijają się. Np. problem hinduskiej czy chińskiej imigracji przestaje istnieć. Oba kraje są na drodze rozwoju. Inaczej rzecz wygląda z Afrykanami. Dlaczego Afryka się nie rozwija? Odpowiedź na to pytanie jest natury politycznej: nie ma tam podstawowych warunków prawnych, administracyjnych i politycznych dla modernizacji. Inwestycje nie pojawią się w krajach, gdzie nie ma rządów prawa. Jednak sukces Afryki wcale nie jest niemożliwy. Gdyby ktoś powiedział 20 lat temu, że Chiny staną się jedną z najdynamiczniej rozwijających się gospodarek świata, mało kto by w to uwierzył. Władze europejskie muszą się zdecydować, czy chcą mieć wspólną politykę zagraniczną, która umożliwi Afryce rozwój. Stabilna, zamożna Afryka bardzo przydałaby się Europie, kupowałaby naszą technologię, naszą wiedzę. Druga kwestia europejskiej polityki imigracyjnej powinna dotyczyć ustalenia zdolności integracji obcych kultur w Europie. Nie sprzeciwiam się imigracji, jednak ci, co tu przyjeżdżają, muszą wiedzieć, że Europa ma określoną kulturę, którą zbudowały chrześcijaństwo i tradycja świeckiego humanizmu. Imigranci powinni zaakceptować ten fakt i nauczyć się żyć w zgodzie z tą kulturą.
Po pierwsze nie powinniśmy zgodzić się na retorykę, która wbrew oczywistym faktom ogłasza, że islam jest religią miłości i pokoju. Rzeczywistość mówi co innego. Oczywiście niewiele bardziej prawdziwa jest retoryka głosząca, że islam zawsze i wszędzie prowadzi do nienawiści i przemocy. Taki język też należy odrzucić. Powinniśmy pozwolić sobie na luksus racjonalnego krytycyzmu wobec islamu. Krytyczne myślenie pozwoli dostrzec różne formy islamu. Powinniśmy zatem odrzucić mitologiczne nastawienie wobec islamu i wypracować zróżnicowany stosunek do tej religii i jej wyznawców. Powiedziałem wcześniej, że był okres w historii Europy, kiedy pojęcie tolerancji było kwestionowane przez chrześcijan. Czy jest szansa, aby islam doświadczył swojego Soboru Watykańskiego II? Moim zdaniem tak - choć ta metafora musi być dostosowana do jego standardów teologicznych i społecznych. Są muzułmanie, którzy starają się o reformę islamu, powinniśmy ich wspierać. Jednak mamy także prawo bronić się przed tą frakcją islamu, która chce zniszczyć naszą cywilizację.
p
, ur. 1948, włoski polityk, jeden z liderów odrodzonej po skandalach korupcyjnych lat 90. chrześcijańskiej demokracji - sekretarz generalny partii Cristiani Democratici Uniti. Z wykształcenia filozof i prawnik. Profesor na uniwersytecie w Teramo, Uniwersytecie św. Piusa V w Rzymie oraz Internationale Akademie für Philosophie (Liechtenstein). W latach 2001-2005 minister ds. Unii Europejskiej w rządzie włoskim. Stał się postacią znaną w całej Europie po tym, jak jego kandydatura na komisarza UE została odrzucona przez Parlament Europejski - zadecydowały o tym stanowcze opinie wygłaszane przez Buttiglionego na temat homoseksualizmu i problemu imigrantów. Sprawa ta wzbudziła ogromne kontrowersje w Parlamencie. W Polsce opublikowano dwie jego książki: "Chrześcijanie a demokracja" (1993) oraz "Etyka w kryzysie" (1994). W "Europie" nr 35 z 1 grudnia 2004 ukazał się jego tekst "Przyszłość chrześcijaństwa w Europie".