W zeszłym tygodniu stosunki polsko-amerykańskie komentowali dla "Europy" Richard Pipes, Charles Kupchan, Guy Sorman, Emmanuel Todd i Aleksander Dugin. Dziś zamieszczamy tekst Romana Kuźniara. Jego zdaniem polski proamerykanizm osiągnął w ostatnich latach wręcz chorobliwe rozmiary. Polska bezkrytycznie akceptuje wszelkie posunięcia USA, nawet te dla niej szkodliwe. W polskiej debacie publicznej z trudem przebijają się głosy nawołujące do umiaru. Tymczasem, choć sojusz z USA stanowi dla Polski sprawę niezwykle ważną, nie może on być sojuszem asymetrycznym, w którym nagrodą za realne polityczne działania jest jedynie "poklepywanie po plecach". Polska, twierdzi Kuźniar, nie może dać się sprowadzić "do roli pomocnika w globalnej strategii militarnej USA", a stosunki z Ameryką "nie mogą szkodzić spoistości NATO i UE".
p
Mało jest spraw w polskiej polityce zagranicznej, które wymagają tak starannego namysłu i działania jak stosunki z USA. Z bardzo prostego względu. Stany Zjednoczone są mocarstwem mającym największy wpływ na sytuację świata. A świat dzieli się dzisiaj często według stosunku poszczególnych państw do Ameryki. Ta ostatnia wyznacza wagę poszczególnych regionów i problemów. Pozostawanie w przyjaźni i sojuszu z Waszyngtonem, akceptacja jego przywództwa, poprawia samopoczucie i wpływa na bezpieczeństwo. Zachowanie pozycji neutralnej wymaga wielkiego talentu dyplomatycznego. Kto natomiast otwarcie kontestuje amerykańskie przywództwo, musi się liczyć z najgorszymi konsekwencjami. Sytuacja Polski pod tym względem wydaje się niemal luksusowa, aby jednak była taką rzeczywiście i na dłużej, potrzebny jest wielki wysiłek intelektualny, polityczna odwaga oraz profesjonalizm w kształtowaniu stosunków z USA. W stosunkach z takim mocarstwem droga od sojusznika do satelity jest bardzo krótka.
Sojusz Polski ze Stanami Zjednoczonymi jest wielkim osiągnięciem i atutem naszej polityki zagranicznej po 1989 roku. I trzeba od razu powiedzieć, że w historii polskiej dyplomacji jest to zjawisko nowe. Przed II wojną światową "nie było okazji" do zadzierzgnięcia bliskich związków amerykańsko-polskich, które mogłyby się otrzeć o porozumienie typu sojuszniczego. Okresy II wojny światowej i zimnej wojny były pod tym względem dla Polski ambiwalentnym doświadczeniem. Prezydent Roosevelt i członkowie jego promoskiewskiego otoczenia z łatwością sprzedali nasz kraj Sowietom. Podziwiany, także przez Polaków, za dzielną postawę w czasie kryzysu kubańskiego prezydent Kennedy rok wcześniej, w czasie spotkania w Wiedniu, zapewniał Chruszczowa, że Ameryka nie ma najmniejszego zamiaru ingerować w sowiecką strefę wpływów w Europie Wschodniej. W czasie prezydentury Nixona praktykowano tak zwaną doktrynę Sonnenfelda, która mówiła, że nie należy szkodzić organicznym więzom, jakie się wytworzyły pomiędzy Moskwą a jej wschodnioeuropejskimi satelitami. Stosunek Waszyngtonu do sowieckiej dominacji w naszym regionie zmienia się dopiero za Cartera, w dużym stopniu pod wpływem jego doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego Zbigniewa Brzezińskiego. I wtedy też pojawia się "Solidarność", a Cartera zmienia na urzędzie Reagan. Widząc kryzys komunizmu, Amerykanie przyjmują strategię definitywnego zepchnięcia go do defensywy i doprowadzenia do jego stopniowego załamania. Polska - choć nie jej komunistyczne władze - jest ważnym elementem tej strategii. Dzięki roli, jaką nasz kraj odegrał w końcowej fazie tego procesu - okrągły stół, zwycięstwo "Solidarności", rząd Mazowieckiego - jego znaczenie w oczach Ameryki wyraźnie wzrosło. Potrafiła to docenić już administracja George'a Busha seniora, która udzieliła Polsce znaczącej pomocy w przeprowadzeniu pierwszej fazy planu Balcerowicza.
Później sprawy przybrały na chwilę niekorzystny obrót. Stało się tak, gdy popierany przez Polonię amerykańską Bush przegrał z Clintonem, a ten w swej polityce wobec państw postkomunistycznych zaczął kierować się zasadą "Russia first". Na szczęście nie trwało to zbyt długo. Po przełamaniu początkowego oporu administracji Clintona, Polsce udało się uzyskać członkostwo w NATO, przy czym wsparcie prezydenta USA było tu rozstrzygające. Po drodze pojawiały się jednak niezbyt przyjemne wypowiedzi amerykańskich polityków, publicystów i ekspertów o tym, że amerykańscy chłopcy nie powinni umierać za Białystok czy Bratysławę, czy sławetne zdanie Thomasa Friedmana na łamach "The New York Times": "Moje buty są starsze niż polska demokracja". Wobec regresu sytuacji w Rosji Waszyngton wybrał konsolidację Zachodu, między innymi poprzez rozszerzenie NATO, którego beneficjentami stało się dziesięć państw postkomunistycznych.
I tu właśnie zaczynają się polskie problemy z należytym ustawieniem relacji z jej potężnym sojusznikiem. Fala wdzięczności za uchylenie drzwi do NATO była tak trwała i zniewalająca, że wciąż mamy kłopoty z wynurzeniem się ponad jej powierzchnię. Polska polityka stała się proamerykańska poza granice racjonalności i zdrowego rozsądku. "USA first" zaczęło być zasadą porządkującą nasze myślenie o sprawach międzynarodowych i polskiej polityce zagranicznej. Waszyngton ma we wszystkim rację, a Polska powinna być jego najbardziej lojalnym sojusznikiem. Więcej, zdaniem jednego z obecnych wicepremierów, byłoby najlepiej, gdyby Polska stała się "amerykańskim niezatapialnym lotniskowcem". A więc zamiast ORP "Orzeł" - USS "Poland". Trudno o większy absurd polityczno-strategiczny.
To zjawisko nowe w polskiej polityce zagranicznej po 1989 roku - przypomnijmy, że w ciągu pierwszych lat po odzyskaniu suwerenności priorytetową pozycję w naszej polityce zajmowała Europa. Amerykanie zaczęli to dostrzegać i wzmacniać ten stan nastrojów w Polsce. Nabrali bowiem przekonania, że z wdzięczności za NATO Polska zrobi wszystko, o co poproszą. Zwłaszcza jeśli będą jej przy różnych publicznych okazjach przypominać Tadeusza Kościuszkę, tradycję walki "za wolność waszą i naszą", no i "wspólną" walkę z komunizmem. W podejściu do USA Warszawa zaczęła tracić miarę i samodzielność oceny w odniesieniu do różnych zagadnień polityki międzynarodowej. Bardzo wcześnie dostrzegł to Zbigniew Brzeziński, który jak mało kto jest zaangażowany w umacnianie sojuszniczych więzi między naszymi krajami. Już w 2000 roku udzielił "Polsce Zbrojnej" wywiadu pod znamiennym tytułem: "Sojusznik to nie satelita". Kolejne ostrzeżenie sformułował dwa lata później, podczas wizyty prezydenta Kwaśniewskiego w Waszyngtonie. W wywiadzie dla TVN (18 lipca 2002 roku) mówił: "Nie przesadzajmy z tą strategiczną rolą Polski w polityce międzynarodowej Stanów Zjednoczonych. Polska jest krajem o znaczeniu regionalnym. Polska zarazem nie powinna ograniczać się do popierania we wszystkim Stanów Zjednoczonych. Powinna być poważnym i niezależnym państwem, które ma własną perspektywę geostrategiczną. Polsce nie brakuje przykładów takiego myślenia, aby przywołać tylko Józefa Piłsudskiego. Polska nie stoi przed wyborem: Europa albo Ameryka. Skądinąd Europa i Ameryka powinny być dla siebie partnerami, którzy powinni pozostawać ze sobą w stanie równowagi".
Za późno. Polska już wtedy zdecydowana była wziąć udział w wojnie przeciwko Irakowi. Kluczowe znaczenie miały tutaj wydarzenia z 11 września 2001 roku. Naturalna solidarność, jaka należała się wtedy Ameryce w Polsce, poszła jeszcze dalej. Uznano, że manifestując ją bardziej gorliwie niż inni, można osiągnąć polityczne korzyści. I wtedy, gdy zaczęły się przygotowania do wojny z Irakiem, Warszawa wykazała gotowość wzięcia w niej udziału "bezinteresownie" i niezależnie od rozmaitych uzasadnień tej wojny. Deklarowano "nieograniczone zaufanie" dla prezydenta Busha i gotowość pójścia z Ameryką "na każdy szaniec". Zaczęto mówić o "strategicznym partnerstwie" z USA. A wszystko to w sytuacji rysujących się głębokich podziałów w Europie i na świecie nie tylko wokół sprawy irackiej, ale przede wszystkim wokół międzynarodowej strategii Waszyngtonu i głoszonej przezeń wizji świata, a właściwie neokonserwatywnego programu zmian w porządku międzynarodowym. Z perspektywy Waszyngtonu każdy sojusznik, który za darmo gotów był legitymizować jego politykę, był cenny. Pomagał tworzyć pozory, że Waszyngton ma za sobą "społeczność międzynarodową". Postanowiliśmy zainwestować w interesy Ameryki krwią polskiego żołnierza w Iraku i pieniędzmi polskiego podatnika (nasz udział w tej wojnie jest bardzo kosztowny). Przypomnijmy: Polska wzięła udział już w wojennej fazie interwencji (której sprzeciwiła się Rada Bezpieczeństwa ONZ), a dopiero później w fazie stabilizacyjnej - na podstawie rezolucji RB NZ.
W teorii strategii takie zachowanie nazywa się "bandwagoning". Ten trudny do przetłumaczenia na język polski termin oznacza sytuację, w której mniejsze państwo przyłącza się do wyrastającego na hegemona mocarstwa w nadziei na uzyskanie w zamian pewnych korzyści. Chodzi tu o opiekę w sferze bezpieczeństwa, o korzyści materialne oraz wpływ na sytuację międzynarodową. Zgodnie z tą teorią z takiego zachowania wynikają jednak pewne niedogodności: uzależnienie się od takiego mocarstwa oraz brak wpływu na jego politykę.
Niektórych mogło zaskoczyć, że do tego nadzwyczajnego zacieśnienia sojuszu polsko-amerykańskiego (wychodzącego daleko poza to, co mogło wynikać ze zobowiązań związanych z członkostwem Polski w NATO) doszło wtedy, gdy w naszym kraju rządy sprawowała lewica, podczas gdy rząd Busha jest najbardziej skrajną prawicową administracją, jaka rządzi Ameryką od niepamiętnych czasów. Można to wyjaśnić trzema przyczynami: potrzebą wewnętrznej legitymizacji lewicy (możemy mieć stosunki z Ameryką nie gorsze, a nawet lepsze, niż partie postsolidarnościowe), nadzieją na różne polityczne korzyści (m.in. poprawa pozycji wobec partnerów europejskich - vide niefortunny "list ośmiu"), wreszcie błędną diagnozą wynikającą z typowo polskiego zapatrzenia w Amerykę. Chodzi o zupełnie nietrafne rozpoznanie natury i intencji neokonserwatywnej administracji, zwłaszcza na płaszczyźnie międzynarodowej. "Fatalne zauroczenie" nastąpiło w najgorszym z możliwych momencie (specyficzna administracja, "zła wojna" według słów Madeleine Albright). Na nic zdały się późniejsze skargi o "zwodzeniu" przez sojusznika ani też próby uzyskania jakichś poważniejszych korzyści ekonomicznych. Musiało wystarczyć poklepywanie po plecach i kolejne sesje photo-op. Trywializując: warunki należało stawiać przed pójściem do łóżka. A tak na marginesie: amerykańskie zaangażowanie na Bliskim Wschodzie i w Zatoce Perskiej doprowadziło do wywindowania cen ropy i dało silną pozycję Rosji w sferze energetycznej - ze szkodą dla Polski.
Jednocześnie w Polsce rozwinęło się jeszcze jedno zjawisko, które po dziś dzień utrudnia realne spojrzenie na sprawę stosunków z Waszyngtonem. Jest nim, jak to nazywam, proamerykanizm radiomaryjny. Nie należy go mylić z Radiem Maryja. Chodzi mianowicie o nabożny i bezkrytyczny stosunek do Ameryki, który wyraża wielu poważnych polityków, ale przede wszystkim główne media, w których nie wolno było mówić czy pisać źle o polityce administracji Busha i wojnie z Irakiem. Każdy głos krytyczny, jeśli był dopuszczony, natychmiast wyszydzano i zakrzykiwano jako antyamerykanizm, pacyfizm, populizm czy nowa wersja antyimperializmu. Lansowano neogierkowską wersję "jedności moralno-politycznej narodu" wokół sojuszu z USA. Ta atmosfera nie pozwala na poważną debatę ani na urealnienie podejścia do tej sprawy. W tej atmosferze głos takiego populisty znanego z antyamerykańskich przekonań jak Jan Nowak-Jeziorański, który przed swoją śmiercią nawoływał do wycofania polskiego wojska z Iraku, nie mógł się przebić.
O tym, że sojusznik może stworzyć zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa, mogliśmy się przekonać przy okazji afery z zagranicznymi więzieniami CIA w końcu ubiegłego roku. Gdy pojawiły się informacje, że mogły one funkcjonować także w Polsce, administracja USA nabrała wody w usta, co mogło oznaczać, że istotnie tak było. Polski premier zwracał się do polskich mediów, aby nie były nadmiernie dociekliwe w tej sprawie, bo mogłoby to zwrócić uwagę islamskich terrorystów. Zaś polski minister spraw zagranicznych usiłował się dowiedzieć od Condoleezzy Rice, jak było naprawdę, co stwarzało wrażenie, że utraciliśmy suwerenną kontrolę nad własnym terytorium.
Kolejną sprawą tego samego rodzaju, choć nieporównanie ważniejszą, jest inicjatywa umieszczenia na naszym terytorium bazy będącej elementem tzw. amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Pomijam fakt, że jest to zły projekt, który jest niewłaściwą odpowiedzią na współczesne problemy bezpieczeństwa. Z polskiego punktu widzenia ważne jest to, że baza w Polsce ma chronić terytorium Ameryki, nie Polski. Polska nie stoi w obliczu zagrożeń wymagających odpowiedzi w postaci tarczy antyrakietowej. Natomiast jej umieszczenie na naszym terytorium obniży nasze bezpieczeństwo, bowiem baza w Polsce może być celem uderzeń rakietowych ze strony tych państw, które zechcą tarczę "podziurawić". I nie o Iran tu chodzi. Nie fair ze strony naszego sojusznika jest także i to, że ten sam efekt Ameryka mogłaby osiągnąć, budując odpowiednie instalacje na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Byłoby to jednak znacznie droższe rozwiązanie. A zatem taniej dla USA kosztem bezpieczeństwa Polski. Brawo.
Czy z tego, co zostało tu powiedziane, wynika, że Polska miałaby zrezygnować z bardzo dobrych stosunków z USA, z sojuszu z tym mocarstwem? Nic podobnego. Chodzi jedynie o to, by te związki nie były nadmiernie korzystne dla jednej strony, by unikać zobowiązań, które są dla nas zwyczajnie szkodliwe (Irak, tarcza antyrakietowa). To możliwe - wystarczy spojrzeć na wiele innych krajów Europy Zachodniej, choćby Holandię. A zatem co robić? Odpowiedź jest prosta. Trzeba stosunki z USA zrównoważyć, choć realizacja tego postulatu, biorąc pod uwagę skalę praktycznego proamerykanizmu, który się u nas zakorzenił, nie będzie łatwa i zajmie trochę czasu (o ile to zadanie zostanie w ogóle podjęte). Trwały sojusz i korzystne bliskie więzi z USA są dla nas ważne, ale nie za każdą cenę. Pamiętajmy: jesteśmy w NATO i UE i "każda cena" jest zwyczajnie zbędna.
O czym należy pamiętać, pracując na rzecz dobrych stosunków z takim mocarstwem jak dzisiejsza Ameryka (jakże inna od tej z polskiego mitu)? Po pierwsze o zasadzie ograniczonego zaufania. Mocarstwa mają własne interesy, do ich realizacji chętnie zaprzęgają swoich sojuszników. Sojusz z USA nie może oznaczać automatycznego i bezwarunkowego poparcia dla każdej ich inicjatywy. Po drugie, jeśli chcemy, aby partner nas szanował, musimy mieć szacunek dla samych siebie. Nasze korzyści nie mogą ograniczać się do gestów zaspokajających potrzebę prestiżu. Po trzecie, dobry sojusznik nie ogranicza się do roli potakiwacza. Kiedy zachodzi potrzeba, musi mieć odwagę powiedzieć swemu "większemu bratu", że ten jest w błędzie, że tak nie można. Po czwarte, stosunki z USA muszą być wszechstronne. Nie możemy być sprowadzani do roli pomocnika w globalnej strategii militarnej USA (która w tej chwili destabilizuje sytuację międzynarodową). Potrzebna jest tkanka powiązań w różnych dziedzinach, tak aby unikać niekorzystnej dla polskich interesów asymetrii. Wreszcie, po piąte, stosunki z USA nie mogą szkodzić spoistości NATO i UE. Musimy pamiętać, że zespołowo "więcej ugramy" z USA; w pojedynkę jesteśmy zbyt słabi i łatwo nas oczarować, co Amerykanie wobec Polaków chętnie i skutecznie robią. Nie bez naszego w tym udziału.
p
, ur. 1953, politolog, specjalista w zakresie stosunków międzynarodowych, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. W latach 1994-1998 pełnił funkcję chargé d'affaires w Stałym Przedstawicielstwie RP przy Biurze ONZ w Genewie. Do 2002 roku był dyrektorem Departamentu Strategii i Planowania Polityki Zagranicznej MSZ. Autor wielu publikacji z zakresu prawa międzynarodowego i polityki zagranicznej RP, m.in.: "O prawach człowieka: idee, instytucje, praktyka" (1992) oraz "Strategia państwowa" (2004). W "Europie" nr 32 z 9 sierpnia br. opublikowaliśmy jego tekst "UE - kluczowe problemy".