Określenie "układ" stało się jednym z najważniejszych elementów nie tylko retoryki głównej partii rządzącej, ale i całej debaty publicznej. Na poziomie haseł pozostaje ono jednak wciąż osobliwie niedookreślone - twierdzi Rafał Matyja. Istnieje kilka poważnych analiz układu: "systemowa" analiza Jadwigi Staniszkis, w której układ tożsamy jest z całością reguł gry wytworzonych przez postkomunistyczne państwo, "ideowa" analiza Zdzisława Krasnodębskiego, która traktuje układ jako mechanizm intelektualnej dominacji i manipulowania dyskursem publicznym czy wreszcie "policyjna" analiza Andrzeja Zybertowicza, akcentująca rolę odgrywaną przez służby specjalne po 1989 roku. PiS zdaje się dziś korzystać przede wszystkim ze wskazań tej ostatniej, głosząc konieczność rozbicia "sieci" oplatającej służby specjalne, policję czy wymiar sprawiedliwości. Wedle Matyi równie istotne są jednak "systemowe" i "ideowe" uwarunkowania układu lekceważone przez PiS.
p
Dziś słowa rządzą nami bardziej niż politycy. Powtarzane wielokrotnie w środkach masowego przekazu tworzą niejako drugą, równoległą rzeczywistość. Przestrzeń swego rodzaju logomachii, stanowiącej nowe pole politycznej i ideowej rywalizacji, błędnie opisywanej jako "czwarta władza". To nie media nami rządzą, lecz słowa i obrazy, które strukturyzują naszą wyobraźnię i porządkują nasze poglądy i wybory. Politycy wiedzą zresztą, że warunkiem rządzenia jest zdolność do kreowania nowych obrazów i nowych sensów, tworzenia nośnych społecznie symboli, które nie tylko zwiększają ich szanse wyborcze, ale także pozwalają na sterowanie działaniami podległych im struktur.
Obecna przewaga polityczna Prawa i Sprawiedliwości jest zresztą w znacznej mierze związana właśnie ze zdolnością "strukturyzowania" konfliktu. Przykładem takiej udanej gry był chętnie podjęty przez media podział na Polskę solidarną i liberalną, choć treść tej metafory na pierwszy rzut oka wydawała się wątpliwa. Co więcej, źródłem sukcesu tej formacji była przede wszystkim zwycięska rewolucja semantyczna lat 2003-2004, która rehabilitowała język radykalnej krytyki III Rzeczypospolitej używany przez Kaczyńskiego od początku lat 90.
W języku tym kluczową rolę odgrywało pojęcie "układu", opisujące zresztą różne jakościowo zjawiska - dotyczące zarówno funkcjonowania służb specjalnych i ich powiązań z obozem postkomunistycznym, jak i relacji między negocjatorami okrągłego stołu czy wpływów poszczególnych ośrodków politycznych w mediach. Pojęciem "układu" posługiwano się też, by ukazać przewagę zakulisowych relacji nad procesami dziejącymi się na scenie politycznej. Istotą sporu między radykalnymi krytykami a głównym nurtem ówczesnej polityki i publicystyki politycznej była ocena stopnia patologii. Tezą podtrzymywaną przez główny nurt było to, iż korupcja i nadużycia władzy są zaledwie koniecznym kosztem ubocznym transformacji. Krytyczna mniejszość twierdziła, że owe patologie mają charakter systemowy i należą do istoty dokonujących się przemian.
Dopiero rok 2003 przyniósł zasadniczą zmianę postaw. Skutki były jednoznaczne: nawet jeżeli "radykałom" nie udało się przekonać opinii publicznej, a w szczególności dziennikarzy, o istnieniu układu, to przynajmniej obalili dogmat o jego nieistnieniu. "Coś jednak jest" - zdawała się podpowiadać intuicja młodego pokolenia dziennikarzy, podtrzymywana przez kolejne doniesienia z prac komisji śledczych. Czym jest to "coś" - w zasadzie nie pytano. Granice, istota, struktura "układu" pozostawały sprawą drugorzędną, niewartą szczególnej dociekliwości.
Tymczasem odpowiedź na te pytania jest niezwykle ważna, nie tyle z punktu widzenia wspomnianej wyżej gry o słowa, ile z punktu widzenia przesłanek rządzenia. Pojęcie "układu" stanowi bowiem po roku 2005 nie tylko element politycznej retoryki, ale zarazem jedną z głównych przesłanek rządzenia. "Układ" uzyskał bowiem status wroga publicznego numer jeden. Jego likwidacja została określona przez Jarosława Kaczyńskiego jako "pierwszy warunek zmian". W tym kontekście niedookreślenie tego pojęcia ma znaczenie szczególne.
Od tego, jak zostanie zdefiniowany przeciwnik, zależy przecież dobór narzędzi, którymi będzie zwalczany. Narzędzia te - podkreślmy - są istotne nie tylko dla rządu i dla "układu". W długiej perspektywie kształtują bowiem bardziej ogólne reguły gry, wzmacniają wybrane instytucje i zachowania, a zarazem osłabiają inne. Tworzą szansę dla jednych, przed innymi zaś zamykają drzwi. Warto zatem mieć świadomość, że logika tego konfliktu może być najważniejszym czynnikiem kształtującym nowe reguły.
Obecne władze zdają się ten fakt lekceważyć, decydując się raczej na serię doraźnych działań zwiększających polityczną kontrolę niż na zmiany o charakterze systemowym. Oparte jest to zapewne na przekonaniu, iż walka toczona tylko za pomocą reform "proceduralnych" może prowadzić do powtórzenia sytuacji z roku 1989, kiedy to grupy dysponujące największym kapitałem politycznym uzyskanym w PRL miały naruszającą zasadę równości przewagę nad pozostałymi podmiotami. Korzystały z tej przewagi nie tylko na rynku ekonomicznym, ale także na politycznym - wymuszając lub kupując korzystne dla siebie reguły gry.
Takie postępowanie jest zasadne, jeżeli przyjmiemy, że "układ" jest względnie konkretną i rozpoznawalną rzeczywistością, że potrafimy wskazywać kluczowe dlań jednostki i grupy oraz objaśniać relacje między nimi. Tak jednak nie jest. Po pierwsze dlatego, że "ontologia układu" pozostaje w znacznym stopniu nierozpoznana, po drugie - dlatego, że w ostatnich kilkunastu latach działania "układu" do tego stopnia wpłynęły na rzeczywistość, że uzyskały zdolności "systemotwórcze".
Niezmiernie istotna jest zatem pogłębiona analiza rzeczywistości, do której odnosi się dziś pojęcie "układu". Definiowanie go jedynie jako niejawnego porozumienia wpływowych ludzi polityki, biznesu, służb specjalnych i grup przestępczych prowadzi bowiem do słabych przesłanek działania po omacku, do wojny pozycyjnej z niewidocznym - niejako na nasze własne życzenie - przeciwnikiem.
Pewną pomocą w rozpoznaniu natury "układu" oraz systemowych skutków jego funkcjonowania są naukowe i publicystyczne diagnozy stawiane przez Jadwigę Staniszkis i Andrzeja Zybertowicza, a w nieco innym sensie także przez Zdzisława Krasnodębskiego. Te ostatnie stanowią zresztą niezwykle istotną przesłankę dla postrzegania pewnych ideowych i intelektualnych aspektów konfliktu, trudnych do zrozumienia przy pomocy analiz dwojga pierwszych socjologów. Istniejące między nimi napięcie polegające na akcentowaniu "systemowej" (Staniszkis) lub "policyjnej" (Zybertowicz) genezy "układu" wyznacza wprawdzie pole zasadniczych dylematów władzy, ale dopiero propozycje Krasnodębskiego pokazują szerszy - ideowy i komunikacyjny kontekst podejmowanych decyzji.
Warto bowiem dostrzec to, iż Staniszkis definiuje realny postkomunizm jako stan, w którym sfunkcjonalizowane patologie są reprodukowane i "to one właśnie tworzą system". A zatem istotą diagnozy nie jest "pojedynczy fakt", ale pewna - dająca się przyczynowo wyjaśnić - całość. Geneza "układu" ma zatem także charakter systemowy. Dla Staniszkis źródłem więzi i zachowań, które dziś postrzegamy jako rdzeń układu, są lata 80. Dokonujące się wówczas procesy "amortyzowania" kryzysu poprzez akceptowanie reguł niezgodnych z logiką socjalizmu - przede wszystkim w sferze gospodarczej, prowadziły do zasadniczych przekształceń w obozie władzy. Podczas gdy dawne centrum polityczne (kierownictwo PZPR) skupione było na pryncypialnej obronie systemu, na jego zapleczu toczyła się - jak to określa Staniszkis - "spontaniczna samoorganizacja" obejmująca inicjatywy gospodarcze, osłaniane nierzadko lub koncesjonowane przez służby specjalne. W inicjatywach tych istotną rolę odgrywały ponadto średnie szczeble administracji, część aparatu partyjnego, część establishmentu przemysłowego.
Bierna wobec tych zjawisk polityka rządu Mazowieckiego, kontentującego się symbolicznym przełomem roku 1989 i uznającego priorytet stabilizacji finansowej wymuszający jakieś formy kooperacji z postkomunistami, dała tym strukturom czas na okrzepnięcie, zatarcie śladów, formalne dostosowanie się do nowych reguł. W chwili przejęcia władzy w 1993 roku sięgnięto po nowe narzędzia wzmacniania pozycji tego segmentu gospodarki. Etap ten jest dobrze znany jako okres budowania "kapitalizmu politycznego". Kapitalizmu, który znowu jest "wspólną produkcją" służb specjalnych, administracji i polityków, a w niektórych wypadkach - także grup kryminalnych.
W pracach Jadwigi Staniszkis dominuje jednak ujęcie systemowe, rekonstruujące pewną logikę ewolucji komunizmu, kształtowanie się reguł postkomunistycznych. Jest zatem jasne, że uważna lektura jej tekstów skłania przede wszystkim do terapii systemowej i proceduralnej. Nie oznacza to rezygnacji z działań o charakterze prokuratorsko-policyjnym, ale też nie pozwala na to, by wiązać z nimi nadmierne nadzieje. W ostatnich książkach Staniszkis odmawia wręcz tradycyjnie rozumianej władzy szans na odzyskanie sterowności w dawnym tego słowa rozumieniu i namawia polityków do porzucenia starych obszarów działania i dostrzeżenia nowych okoliczności opisujących samą relację władzy.
Naukowe i publicystyczne propozycje Andrzeja Zybertowicza są inne. Punktem wyjścia jego diagnozy jest postrzeganie przemian przełomu lat 80. i 90. jako prywatyzacji państwa policyjnego. W jego wizji służby specjalne odgrywają rolę rdzenia i podstawowego zasobu układu postkomunistycznego. Ich wiedza, metody działania, zdolność wiązania rąk potencjalnym przeciwnikom postkomunistów - stanowią o istocie i sposobach funkcjonowania "układu".
Rzecz jasna - z naukowego punktu widzenia - spostrzeżenia Staniszkis i Zybertowicza mogą być niesprzeczne, w znacznym stopniu wręcz komplementarne. Jednak jako przesłanki działania politycznego wchodzą ze sobą w dość naturalny konflikt mający oczywiste skutki w przyjmowanych strategiach działania. Przyjrzyjmy się zatem koncepcji Zybertowicza, w tych punktach, które mogą stanowić przesłankę odmiennych - niż te wynikające z prac Staniszkis - działań.
Przede wszystkim w optyce Zybertowicza kluczowymi podmiotami nie są - jak u Staniszkis - grupy gospodarcze, lecz służby specjalne. To UOP i WSI są istotnymi zakulisowymi graczami politycznymi lat 90. Uważa on zatem, że kluczowe dla kształtu przemian instytucjonalnych decyzje były podejmowane przez aktorów pozakonstytucyjnych, znajdujących się poza kontrolą demokratycznie wybieranej władzy. "Układ" zresztą został z czasem opisany przez Zybertowicza precyzyjniej, jako "sieć", której węzłami były służby specjalne, a także bliskie otoczenie Millera i Kwaśniewskiego. Diagnoza Zybertowicza jest zatem bardziej precyzyjna, gdy chodzi o personalia, a także o sprawy, w których manifestowała się potęga "układu". Po drugie dla Zybertowicza niezwykle istotny - jeżeli nie najważniejszy - jest fakt "ubezwłasnowolniania" państwa przez układy nieformalne. Paraliż władzy państwowej Staniszkis redukuje do pojęcia sterowności, Zybertowicz zaś widzi w nim wielopoziomowy proces destrukcji. Proces, w którym demokracja nabiera charakteru fasadowego, modernizacja powstrzymywana jest skutecznie przez antyrozwojowe grupy interesu, rządy prawa zaś stanowią formułę ukrywającą rzeczywiste bezprawie i władzę "silniejszego". Tym zjawiskom towarzyszy - zdaniem Zybertowicza - paraliż dwóch podstawowych instytucji demokratycznego państwa: władzy sądowniczej i mediów, które nie sprawują właściwych im funkcji kontrolnych. Pasywność organów ścigania, niezdolnych do wyjaśnienia najważniejszych afer i wskazania ich sprawców, stanowi przy tym argument najpoważniejszy i w zasadzie niemożliwy do podważenia.
Można przyjąć, że obecne kierownictwo nawy państwowej przyjmuje za właściwy raczej ten drugi opis. Czyni to nie tylko z racji merytorycznych, ale także, jak się wydaje, dla pewnej wygody. Logika walki z układem usprawiedliwia z kolei daleko posunięty woluntaryzm i odsuwa ad Kalendas Graecas problem reform proceduralnych. Tworzy przy tym - czasem bez intencji - nowe reguły i przyzwyczaja do ich funkcjonowania całe otoczenie. Znane są przypadki "instytucjonalizacji" takiego konfliktu założycielskiego i sytuacje, w których nawet po upadku przeciwnika narzędzia stworzone do walki z nim utrzymują swój status "rdzenia systemu".
Jednak warto podkreślić też - dla równowagi - fakt, że przyjęcie diagnozy Zybertowicza jest niezwykle istotne na niektórych polach funkcjonowania administracji. Przywrócenie elementarnej skuteczności prokuraturze i policji, odizolowanie tych instytucji od wpływowych grup interesów, reforma służb specjalnych - to naturalny punkt wyjścia zmian. Sprawa jest jeszcze względnie oczywista, gdy przejdziemy do bardziej wrażliwych sfer na styku polityki i gospodarki, takich jak bezpieczeństwo energetyczne czy system bankowy. Jednak kształtowanie pozostałych dziedzin życia publicznego wymaga wzięcia pod uwagę także diagnoz wskazujących na potrzebę działań systemowych, tworzenia nowych reguł. Reguł, które wykraczają poza opisywane wyżej sfery.
Możemy bowiem mówić nie tylko o rdzeniu funkcjonalnym "układu", ale także o swego rodzaju rdzeniu ideowym. Warto w tym miejscu sięgnąć po - wspomniane już wcześniej - diagnozy Zdzisława Krasnodębskiego. Opisują one bowiem niezwykle istotny "intelektualno-towarzyski" aspekt funkcjonowania "układu" oraz mechanizmy legitymizacji istniejących porządków. Podobnie jak w diagnozach Staniszkis i Zybertowicza, miał on charakter "antyrozwojowy" i "antymodernizacyjny". "Towarzystwo" nie broni bowiem jedynie pozycji materialnych, ale także pewnych przekonań historycznych i światopoglądowych: relatywizuje polityczną aktywność w systemie władzy PRL, kwestionuje atrakcyjność polskich tradycji narodowych, redukuje politykę do gry interesów ekonomicznych.
Krasnodębski podjął się nawet rekonstrukcji ideowego rdzenia tak rozumianego "porządku" - swoistej postkomunistycznej adaptacji idei liberalnych. Przeciwstawił jej zakorzenioną w - przede wszystkim etycznej - tradycji "Solidarności" wizję republikanizmu. Ten - obecny w myśli Krasnodębskiego - związek jest bardzo cennym wzbogaceniem dyskusji na temat "układu". Nie traktuje on bowiem sfery publicznej debaty i konfrontacji idei jako świata pozorów i imitacji. Jest to istotne, zwłaszcza gdy uznamy za prawomocne systemowe ujęcie proponowane przez Staniszkis. "Usystemowiony układ" posiada wówczas bowiem nie tylko swoje interesy i reguły, ale także idee przewodnie, które pozwalają mu na obronę i efektywną komunikację.
Jednym z takich fundamentów - nierzadko traktowanym czysto utylitarnie - jest przesadny formalizm, odwołujący się do zupełnie niezrozumiałej wiary w rozstrzygającą wszystko moc prawnych procedur. "Brak skazującego wyroku sądowego" oznacza w tej logice, że z pewnością nie zostało złamane prawo, a to z kolei prowadzi do wniosku, że podjęte działania są dobre, nawet gdy uderzają w interes publiczny, godzą w elementarne poczucie sprawiedliwości czy zdrowego rozsądku.
Co ciekawe, Krasnodębski poszedł dość daleko w konstruowaniu wyobrażenia o tym, co mogłoby być przeciwwagą dla ideowych koncepcji uzasadniających porządki oligarchiczne. Republikańska alternatywa, polegająca na powrocie do dziedzictwa "Solidarności" i szerokiej obywatelskiej partycypacji w polityce, zdaje się być nieodzownym elementem diagnozy postkomunizmu i zastosowanej obecnie terapii.
"Układ" zredukowany do wymiarów przestępczej grupy, która w szkodliwy sposób oddziaływała na instytucje państwa, to obraz, który może inspirować szczegółowe działania prokuratorskie i policyjne, ale nie powinien stać się przesłanką tworzenia nowego porządku. Warto bowiem wziąć pod uwagę "systemowe" skutki jego działania, które sprawiły, że postkomunizm nie jest redukowalny do złośliwej tkanki dającej się usunąć z organizmu bez dodatkowych szkód. Warto dostrzec też skutki intelektualnej i medialnej dominacji "towarzystwa", które kształtowało nie tylko gust szerokiej publiczności, ale także wpłynęło na obyczaje polityczne, język polityki, a także "obroniło" polską demokrację przed zagrożeniem szerokiej partycypacji obywatelskiej.
Umocnienie się pojęcia "układu" w wyobraźni społecznej stwarza szerokie przyzwolenie dla działań wymierzonych w gospodarcze i polityczne elity III Rzeczypospolitej. Daje też pewną legitymację rządom PiS i zawieranym przez tę partię kompromisom, a także metodom przejmowania poszczególnych instytucji publicznych. Prawdopodobnie może też stanowić podstawę legitymizacji tej władzy i źródło jej trwania, a być może także sukcesów wyborczych.
Jednak z punktu widzenia szerszego programu zmian i tworzenia nowych reguł ustrojowych niezwykle pożyteczne byłoby wzięcie pod uwagę przez ośrodki analityczne i programujące poczynania nowej władzy dwóch pozostałych - podkreślanych przez Staniszkis i Krasnodębskiego - elementów diagnozy postkomunizmu. Dotyczy to przykładowo stworzenia przejrzystych mechanizmów rekrutacji do instytucji publicznych, a z drugiej strony zbudowania pozytywnego kodu patriotycznego (obywatelskiego) w działaniach instytucji funkcjonujących w przestrzeni europejskiej.
Logika rządzenia powinna przełamać pesymistyczne przekonanie, że pozytywne impulsy pochodzić mogą tylko z centrum władzy, a wszelkie pozostałe są nacechowane bez reszty interesownością i jako takie powinny być traktowane podejrzliwie. Stworzenie mechanizmów włączenia społecznej energii w proces zmiany byłoby najpełniejszą "depostkomunizacją" obecnego systemu i ratowałoby nas przed perspektywą powrotu praktyk oligarchicznych i zakulisowego sterowania polityką.
Słowo "układ" rządzi dziś niepodzielnie wyobraźnią rządzących, w znacznej mierze także odpowiada ich przekonaniom. Byłoby jednak pośmiertnym triumfem owego układu, gdyby logika walki z nim zatruła nowe porządki i określiła reguły funkcjonowania państwa oparte na podejrzliwości, spersonalizowanych formach dystrybucji zaufania i kontroli, a wreszcie na trwałym zniechęceniu obywateli do aktywności publicznej.
p
, ur. 1967, historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Był członkiem redakcji pism "Nurt", "Polityka Polska" i "Debata", współzakładał Krajowy Komitet Konserwatywny. Wraz z Kazimierzem Michałem Ujazdowskim wydał książki: "Równi równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych w Polsce - szansa czy zagrożenie?" (1994). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 28 z 12 lipca br. zamieściliśmy jego tekst "Krytyka myślenia peryferyjnego".