Dziennik Gazeta Prawana logo

Polska walka klas?

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Paweł Śpiewak, komentując wywody Jarosława Kaczyńskiego dotyczące natury polskiego postkomunizmu, zwraca uwagę, że Kaczyński zaczął wprost używać języka marksistowskiego - operuje kategoriami klas i klasowych interesów, dostrzega wszędzie skutki dominacji jednej klasy tworzącej postkomunistyczny "układ". Taka analiza, choć interesująca, jest jednak pod wieloma względami wadliwa, nie wyjaśnia bardzo wielu rzeczy, które wydarzyły się po 1989 roku, a przede wszystkim nie zawiera w sobie żadnego sensownego projektu dla Polski.

Jarosław Kaczyński staje się przedstawicielem post- lub neomarksizmu w polskiej polityce - do wytłumaczenia zachodzących w niej zjawisk używa bowiem kategorii klasowych. W wykładzie dla Heritage Institute stwierdza, że Polską rządzi klasa postkomunistów. To przywiązanie do marksistowskiego sposobu myślenia nie dziwi mnie, ponieważ podobnie jak premier w czasie studiów na przełomie lat 60. i 70. wielokrotnie czytałem dwie książki Karola Marksa - używane do indoktrynacji, lecz również stanowiące źródło realnej wiedzy - "Manifest komunistyczny" i "18 Brumaire'a Ludwika Bonaparte". Zwłaszcza ta druga praca - w której Marks dokonuje bardzo precyzyjnej analizy rozkładu interesów klasowych - wydaje mi się dziś szczególnie atrakcyjna. Czytając tekst wykładu premiera, miałem wrażenie, że czytam rzecz bardzo podobną, z tą różnicą, że odnoszącą się do Polski po roku 1989, a nie do Francji okresu Wiosny Ludów. Obie rzeczy łączy również swoboda analizy i rewolucyjny wymiar. Kaczyński występuje jako człowiek dążący do zmiany systemu klasowego. Mówi, że polska demokracja nie może się udać, bo jedna klasa - postkomuniści - narzucili swoje reguły gry. Bardzo podobne twierdzenie wygłaszali marksiści, według których demokracja była niemożliwa ze względu na dominację dysponującej również finansową przewagą burżuazji. To swoisty paradoks, że największy wróg PRL i jego dziedzictwa używa marksistowskiego języka. Kaczyński nie tylko bardzo swobodnie czuje się w tym języku, lecz również występuje jako rewolucjonista obiecujący nam, że likwidacja władzy jednej klasy przyniesie natychmiastową zmianę we wszystkich innych wymiarach. Przypisywanie wszechogarniającej roli sprawczej "układowi" i interesom klasy rządzącej jest kolejną cechą łączącą wykład Kaczyńskiego z pismami marksistów. Wreszcie - upraszczającym postrzeganiem istoty podziału w Polsce. Teza jakoby Platforma reprezentowała inną niż partia Kaczyńskich klasę społeczną brzmi absurdalnie. Różnica pomiędzy oboma anty-postkomunistycznymi ugrupowaniami polega na tym, że PiS o wiele szerzej definiuje zakres polityki, włączając w nią na przykład IPN, który według mnie powinien badać wszystkie aspekty polskiej historii, a nie tylko służyć umacnianiu martyrologicznej legendy.

Czy rzeczywiście likwidacja klasy postkomunistów jest kluczem do rozwiązania polskich problemów? Jarosław Kaczyński używał tej diagnozy już w roku 1991, kiedy rzeczywiście wydawało się, że jest to bardzo poważny problem. To, że tę samą receptę przedstawia po 15 latach, jest nieco niepokojące, bo dowodzi małej reaktywności na zmiany zachodzące w świecie.

Analiza Kaczyńskiego nie bierze pod uwagę błędów popełnionych przez prawicę. To prawda, że w roku 1993 postkomuniści znaleźli się w podwójnie korzystnej sytuacji - jako beneficjenci zmian własnościowych i jako siła polityczna korzystająca ze społecznego niezadowolenia - ale winę za ich zwycięstwo ponosiła także prawica, która w skandaliczny sposób podzieliła się i nie potrafiła wykorzystać tego, że - w sumie - oddano na nią więcej głosów niż na postkomunistów. Kluczowe znaczenie miały tutaj chore ambicje prawicowych polityków, a nie wspomniane przez Kaczyńskiego manipulacje służb specjalnych. Wcześniej, w roku 1991, obaj bracia Kaczyńscy mieli bardzo silne narzędzia władzy - i również nie potrafili z nich skorzystać, bo pokłócili się z Lechem Wałęsą. Czy to też był skutek działania służb specjalnych? A kompromitowanie Wałęsy przez Lecha Kaczyńskiego w trakcie kampanii prezydenckiej w roku 1995, które doprowadziło do porażki tego pierwszego?

Rozumowanie Jarosława Kaczyńskiego, zgodne z kanonem marksistowskiej nauki, całkowicie pozbawia autonomii poszczególne sfery życia. Nawet jeżeli przyjmiemy założenie, że klasa rządząca, postkomuniści, miała olbrzymi wpływ na różnego rodzaju mechanizmy, to przegranej walki wyborczej nie można tłumaczyć jedynie manipulacjami służb. To samo odnosi się do klęski AWS w roku 2001, do której nie doszłoby gdyby sami solidarnościowi politycy nie skompromitowali solidarnościowego etosu.

Mimo krytycznego nastawienia do tego, co wydarzyło się w Polsce po roku 1989, nie zgadzam się z czarną wizją dzisiejszej rzeczywistości wynikającą z wykładu Kaczyńskiego. Rozwój gospodarczy kraju nie jest wynikiem działalności służb specjalnych. Nie wszystkie z trzech milionów prywatnych firm, które pojawiły się po przełomie, zostały założone przez byłych komunistów. Przy całej swojej biedzie Polska nigdy nie była tak zamożna jak dziś. Członkostwo w Unii Europejskiej z jednej, a działalność samorządów lokalnych z drugiej strony umożliwiły wielki napływ inwestycji zagranicznych i realny awans cywilizacyjny Polski. Samorządy są wielkim osiągnięciem Polski po przełomie 1989 roku. Oczywiście można powtarzać, że państwo jest chore, ale o tym akurat wielokrotnie mówiliśmy i rzecz wymagałaby bardziej dokładnej analizy.

Jarosław Kaczyński sprawia wrażenie, jakby wierzył, że kiedy pokonamy mechanizmy korupcyjne, wymienimy służby specjalne i tak dalej, to wszystko stanie się czyste, jasne i dobre. Rzecz nie jest tak prosta. Zgadzam się, że trzeba wzmacniać instytucje państwa, wzmocnić wymiar sprawiedliwości i skazywać przestępców, ale za rzecz najważniejszą uważam umocnienie związków Polski z Zachodem - czemu Jarosław Kaczyński nie poświęca akurat wiele uwagi. Premier nie docenia siły społecznego dążenia do okcydentalizacji. Bankrutujące przedsiębiorstwa nie padają ofiarą spisku i giną nie dlatego, że są polskie, tylko dlatego że są źle prowadzone i mało efektywne. Gusta ludzi są tak silnie zorientowane na nowoczesność, że ci, którzy nie potrafią wyjść poza estetykę i zwyczaje PRL, skazani są na zagładę. To właśnie jest przyczyną frustracji działaczy "Samoobrony" - niezdolność dostosowania się do nowych realiów, a nie zamknięte przez postkomunistów drogi rozwoju.

Izolacjonistyczna polityka prowadzona przez obecny rząd nie jest w moim przekonaniu zgodna z polskim interesem narodowym - i nie ma to żadnego związku z istnieniem czy brakiem nomenklatury. Również wzmacnianie kapitału społecznego, kulturowego, intelektualnego - bez których trudno mówić o rozwoju - nie jest zdeterminowane przez strukturę klasową. Zależy za to od aktywności państwa w takich sferach jak edukacja, nauka i kultura - a tu akurat obecna ekipa z Romanem Giertychem nie ma specjalnych osiągnięć. Mówienie, że winę za całe zło ponosi ciągle istniejący "układ" stanowi próbę zrzucenia politycznej odpowiedzialności za własne błędy. Jest to postawa wyjątkowo naganna.

Zdecydowanie zgadzam się z opinią Rafała Matyi, że wprowadzenie pojęcia "układ", przekonania, że krajem rządzą anonimowe siły, prowadzi do oparcia reguł funkcjonowania państwa na podejrzliwości i trwale zniechęca obywateli do aktywności publicznej. Ton, który daje się znaleźć w wypowiedziach wielu działaczy PiS, jest tonem złości i moralnej wyższości, za którymi nie stoi żaden projekt polityczny, a jedynie sprawiedliwość ograniczona do zemsty.

Teza, że część demokratycznej opozycji zdecydowała się na daleko idący kompromis z komunistami, ponieważ obawiała się, że radykalne odrzucenie dawnego systemu doprowadzi do "dominacji sił tradycjonalistycznych związanych z Kościołem", jest kolejnym mitem premiera, w dodatku takim, w który zaczął wierzyć najwidoczniej dość niedawno. W roku 1991 opinie Jarosława Kaczyńskiego były inne. Bardzo wyraźnie mówił o tym, że rządy ZChN i ideologizacja religii doprowadzić mogą jedynie do dechrystianizacji Polski. Oczywiście, w Polsce toczy się od dawna zasadniczy spór między orientacją liberalno-okcydentalną a narodowo-katolicką, ale zamiast okopywać się w tych schematach - jak czyni to Jarosław Kaczyński - należy wspierać taki rodzaj katolicyzmu, który nie boi się ani patriotyzmu, ani liberalizmu.

Wykład Kaczyńskiego jest bardzo interesującym tekstem socjologa, analityka, badacza polityki. Czym innym jest jednak wygłaszanie takich opinii z pozycji obserwatora, a czym innym - polityka. Od urzędującego premiera wymagałbym nie ogólnej teorii życia publicznego, ale konkretnych propozycji, projektu Polski, który wykraczałby poza hasła walki z postkomuną.

p

, ur. 1951, socjolog, historyk idei, publicysta. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Jest posłem z ramienia PO. Współzałożyciel takich pism jak "Res Publica Nowa" i "Przegląd Polityczny". W latach 80. związany z "Solidarnością". Wydał m.in. "Ideologie i obywatele" (1991), "W stronę wspólnego dobra" (1998), "Obietnice demokracji" (2004) oraz ostatnio "Pamięć po komunizmie" (2005). W "Europie" nr 35 z 2 września br. opublikowaliśmy jego tekst "Zwijanie demokracji".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj