Uczestnicy dzisiejszej debaty w "Europie", Andrzej Zybertowicz, Paweł Śpiewak i Rafał Matyja zastanawiają się nad sensem podjętego przez PiS ataku na Leszka Balcerowicza oraz nad tym, czy w dzisiejszych warunkach istnieje realna alternatywa dla polityki gospodarczej `a la Balcerowicz. Zdaniem Matyi ofensywa przeciw Balcerowiczowi to symboliczna rozprawa z całym okresem po 1989 roku. "W ataku na Balcerowicza chodzi o pokazanie symbolicznego dystansu wobec pewnej wizji systemu gospodarczego. Balcerowicz na różnych poziomach jest symbolem czegoś więcej niż reformy z 1990 czy 1991 roku. Używając terminologii Jadwigi Staniszkis, jest symbolem przemocy strukturalnej, symbolem wymuszania koherencji polskiego systemu finansowego, polskiej gospodarki z oczekiwaniami Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego itd.".
p
Przebudowując instytucje, PiS popełnia ważny błąd. Nie działa w sposób klinowy, koncentrując się na kilku kluczowych odcinkach, by tam budować przyczółki IV RP,
odnieść sukcesy i dopiero wówczas brać się za kolejne zadania. Zamiast tego, trochę na zasadzie pospolitego ruszenia, różni posłowie inicjują jednoczesne zmiany na zbyt wielu
poletkach.
Nie do końca. Teza o wojnie cywilizacji wpisuje się w PiS-owski dyskurs radykalnej przemiany; natomiast słowa Macierewicza to wyjście przed szereg. W przypadku ataku na Balcerowicza mamy
do czynienia z pewną głębszą racjonalnością PiS-u. W sytuacji, gdy środowiska SLD utraciły, na razie przynajmniej, zdolność mobilizacji społecznej, bodaj najsilniejszym przeciwnikiem PiS-u
stała się ta część elit, która bezkrytycznie broni dorobku III RP.
Pamiętajmy, że to, co robi komisja posła Zawiszy, nie zostało przez kierownictwo PiS-u powstrzymane. Gdyby to był błąd taktyczny, to by go powstrzymano skutecznie.
Komisja rzeczywiście jest wymierzona w "spersonalizowany" sposób w Balcerowicza jako pewien symbol. Jest ona konsekwencją symbolicznego wyboru dokonanego w zeszłorocznej
kampanii wyborczej. Prawu i Sprawiedliwości nie chodzi przecież o demontaż systemu finansów publicznych państwa, premier Kaczyński z dumą podkreśla siłę złotego i jego stabilność pod
rządami PiS-u. W ataku na Balcerowicza chodzi o pokazanie symbolicznego dystansu wobec pewnej wizji systemu gospodarczego. Komisja ma być takim gestem zdystansowania się, ocenionym z punktu
widzenia PiS-u jako w miarę tani, w miarę bezbolesny, niepowodujący histerii na rynku, niepowodujący jakichś bardzo poważnych konsekwencji. To jedna rzecz. Druga sprawa jest poważniejsza. Moim
zdaniem Balcerowicz na różnych poziomach jest symbolem czegoś więcej niż reformy z 1990 czy 1991 roku. Używając terminologii Jadwigi Staniszkis, jest symbolem przemocy strukturalnej wbudowanej
w system, symbolem wymuszania koherencji polskiego systemu finansowego, polskiej gospodarki z oczekiwaniami Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego itd. Tę koherencję osiągano
często z pominięciem interesów polskiego biznesu, tutejszych elit gospodarczych. Z drugiej strony dla zwykłego Kowalskiego Balcerowicz jest symbolem pewnej wizji liberalizmu, która jemu
osobiście nie dała szans. Ten Kowalski to nie tylko bezrobotny, ale również drobny przedsiębiorca, który dostał po uszach od aparatu skarbowego. Balcerowicz dla bardzo wielu ludzi - którzy
nie mieszkają w dużych miastach i nie pracują w zagranicznych firmach - nie jest bynajmniej symbolem kapitalizmu dla mas.
Są różne powody, dla których - z punktu widzenia koncepcji politycznych i gospodarczych PiS-u - warto zabić Balcerowicza. Po pierwsze (była już o tym mowa) on jest
symbolem cywilizacyjnym przeciwstawiającym się wizji PiS-u. Kaczyński wielokrotnie krytykował indywidualizm tożsamy z liberalizmem, krytykował liberalizm jako system niesprawiedliwości
społecznej - ten wątek niesprawiedliwości jest niesłychanie eksploatowany retorycznie przez PiS, ale ma też znaczenie praktyczne: czy np. mamy rozdzielać fundusze strukturalne przychodzące z
Unii według kryterium tzw. sprawiedliwości społecznej, czy też jednak starać się inwestować w te miejsca, gdzie przyniesie to największy dochód. To jest dość istotne rozstrzygnięcie, co
do którego nie mamy jasności. Czyli można powiedzieć, że liberalizm jest tu symbolem pewnego obrazu świata w sensie kierunku przemian europejskich, na który PiS się nie zgadza. Ja nie chcę
oczywiście powiedzieć, że krytyka Balcerowicza jest tożsama z krytyką tego, co się nazywa permisywizmem kulturowym, ale te dwie rzeczy będą się gdzieś spotykały w tym sensie, że model
katolicyzmu lansowany przez PiS jest modelem antyliberalnym, autorytarnym, silnie "narodowym". Drugi wymiar to pamięć - problem strategii walki o nią, odpowiedź na pytanie, czym
było 15 ostatnich lat. Teksty pisane przez Kaczyńskiego redukują te lata niemal do jakiejś formy okupacji. Mamy wrogie klasy społeczne, które okupowały Polskę przez 15 lat. Jednym z
elementów jest tutaj oczywiście Balcerowicz, to znaczy symbolizowany przez niego mechanizm przemian, który wzmacnia przemoc państwa znajdującego się pod kontrolą elit postkomunistycznych. W
tym sensie jest to spór o to, co właściwie stało się przez te 15 lat - czy to jest sukces, czy klęska.
Jeszcze tylko jedna mała korekta w ramach walki o pamięć. Balcerowicz to jednak specyficzny typ liberalizmu, przeciwko któremu sami liberałowie się buntowali. Pamiętam to liberalne
odcinanie się KLD od Balcerowicza jeszcze w 1990 roku, krytykę braku świadomości tego, że ta, nazwijmy to dolna infrastruktura kapitalizmu uległa degradacji w czasach pierwszej reformy
Balcerowicza. On zaatakował cały sektor prywatny epoki PRL. Badylarze, rolnicy i rzemieślnicy stali się jego pierwszymi ofiarami. Część z nich jest dzisiaj po stronie Samoobrony. Ja nie jestem
zwolennikiem całkowitego obalania mitu Balcerowicza, ale na swój sposób był to jeden z antykapitalistycznych polityków, nie zrobił nic, żeby tę infrastrukturę kapitalizmu ochronić.
Ja bym zaryzykował tezę, że w gruncie rzeczy Balcerowicz nie jest tu istotną postacią. Wydaje się oczywiście łatwym symbolem zła, to do niego mają pretensje i ci mali
przedsiębiorcy, którzy zbankrutowali dlatego, że on utrzymywał sztywny kurs dolara, i lewica, tyle że z zupełnie innego powodu, i ci wreszcie, którzy twierdzą, że trzeba sprawiedliwości,
że ten model rynku służył w gruncie rzeczy korupcji. Z różnych stron można go atakować. Według mnie istotą problemu z perspektywy PiS-u jest koniec pewnego języka. 15 lat minęło,
Balcerowicz odejdzie i nie wywoła to żadnych dalszych konsekwencji. Pytanie brzmi: co po Balcerowiczu? Czy przyjdzie jakiś inny Balcerowicz? Zyta Gilowska to przecież jakiś rodzaj Balcerowicza,
to podobna mentalność, nastawienie rynkowe. W pewnym zatem sensie reguły się nie zmienią. Istotą sporu jest koncepcja państwa. Kaczyński bardzo twardo i sztywno trzyma się XIX-wiecznego
anachronicznego modelu państwa - autorytarnego, sprawnego, dominującego, wyposażonego w narzędzia kontroli. To jest model sprzeczny między innymi z Balcerowiczowską liberalną wizją świata.
Przez ostatnie parę miesięcy Kaczyński próbował wzmocnić aparat kontroli, ale mam wrażenie, że sam doszedł do granic możliwości takiego rozwiązania.
Nie mogę się zgodzić, że wizja państwa, którą reprezentuje Kaczyński, jest anachroniczna. Po pierwsze jest naturalne, że każdy polityk stojący na czele państwa dąży do
jednego celu: do zwiększenia tego, co się nazywa rzadkimi zasobami lub zasobami krytycznymi danego państwa. I jeżeli Kaczyński wie, że poza sferą jego oddziaływania jest olbrzymia część
gospodarki tego kraju, ogromna część polityki tego kraju, to nie ma nic złego w tym, że chce przywrócić państwu te zasoby, o ile robi to, szanując pewne reguły gry. Bo Polska - i tu się
zgadzam z Jadwigą Staniszkis - ma bardzo ograniczone możliwości oddziaływania na różne rzeczy. Pytanie tylko, czy Kaczyński będzie to robił na wzór Łukaszenki, o co wszyscy krytycy by go
najchętniej (i całkowicie niesłusznie) pomówili, czy będzie szukał innych ścieżek. Ale nie można powiedzieć, że to jest anachroniczne, bo to by oznaczało, że anachroniczne jest dążenie
do ustanowienia jakiejkolwiek odpowiedzialnej władzy.
W tym momencie jest nim na przykład zdolność używania polityki finansowej jako elementu polityki wzrostu gospodarczego. Nie możemy powiedzieć, że polityka finansowa prowadzona przez
bank centralny jest z natury rzeczy dobra, a polityka finansowa uwzględniająca interesy rządu jest z natury zła, bo to byłoby założenie bardzo ideologiczne. Rozumiem potrzebę kontroli rządu
nad większą sferą decyzji. Nawet jeśli komuś wydaje się to autorytarne, to powinien wziąć pod uwagę, że Polska jest krajem, w którym nowoczesne państwo nigdy nie zostało do końca
zbudowane. To tak, jakbyśmy mówili, że państwo po komunizmie wygląda podobnie jak państwa zachodnie, które przeszły przez absolutyzm, jakiego my nie mieliśmy, przez kapitalistyczne czy
mieszczańskie transformacje, które dzisiaj wchodzą w fazę twórczego rozkładu sieciowego. Kaczyński wie, że to państwo jest wydrążone i dalszy rozkład prowadziłby już do kompletnej
katastrofy. Sieciowanie postkomunistycznego molocha biurokratycznego - bo tak to wygląda - jest strasznie niebezpieczne.Jesteśmy na innej ścieżce rozwoju. Mówienie, że coś jest anachroniczne,
to dalece nieuprawniona złośliwość. Moje zastrzeżenie do polityki PiS-u dotyczy tego, że nie ma twórczej refleksji nad metodami, jakimi należy to zrobić. To znaczy, że to wszystko jest
"na rympał", używając gwary.No, ale jak się ma takie kadry, to jest jasne, że część polityki pójdzie "na rympał".
Pytanie, czy możemy jeszcze merytorycznie spierać się z Balcerowiczem, kiedy został użyty w roli politycznego kozła ofiarnego, ma dwie warstwy. Intelektualiści powiedzą, że krytykę
można prowadzić zawsze. Ale dynamika naszego dyskursu publicznego wypłukuje postawy środka. Balcerowicz, a także zresztą i Jacek Kuroń stali się "Żydami" transformacji.
Żydami, wobec których można być filo- albo antysemitą, ale których interesów nie można rozważać analitycznie; można być tylko po jednej lub po drugiej stronie. Balcerowicz-symbol wytwarza
taką właśnie próżnię w przestrzeni debaty publicznej. Ale powiedzmy parę słów o Jarosławie Kaczyńskim. Imputujemy PiS-owi i samemu Kaczyńskiemu głębsze rozumienie pewnych procesów, co
nie zawsze daje się stwierdzić na podstawie bezpośredniej rekonstrukcji ich działań. Ale rozproszone wypowiedzi obu braci wskazują, że mają oni głębszy kulturowo-cywilizacyjny zamysł
przebudowy, chociaż PiS nie ma dotąd swojego ideologa syntetyzatora, który by całościowo wizję taką rekonstruował i rozwijał, a także tłumaczył "ludowi". Jednym ze
źródeł potknięć związanych z grą przeciw Balcerowiczowi jest niezrozumienie tego, że jeśli chce się doprowadzić do głębokiego "przesterowania" państwa (i
społeczeństwa), to polityka powinna być równocześnie uprawiana na trzech komplementarnych poziomach. Po pierwsze potrzebni są ludzie wygrywający wybory, tacy niezbyt - dla intelektualistów -
rozgarnięci posłowie, którzy u siebie w regionach skutecznie zdobywają głosy. Po drugie potrzebni są ludzie, którzy potrafią rządzić - i tu jest pierwszy problem. Zdobywca głosów od razu
chce premii w postaci władzy, a za każdym ciągnie się ogon klientów, nieróżniący się od tych, które mają inne ugrupowania. Po trzecie, zwłaszcza przy takiej wizji przebudowy, która nie
jest wyłącznie technokratyczna, niezbędna jest jeszcze trzecia warstwa - profesjonalne zaplecze analityczne. To intelektualiści, eksperci, badacze, którzy nie potrafią lub nie lubią zdobywać
głosów ani nawet rządzić, ale tworzą zaplecze koncepcyjne, interpretacyjne, którzy monitorują zmiany, generują pomysły, tworzą strategie i scenariusze na różnych poziomach: i na
technokratycznym, i ideowym. Przez ostatni rok PiS nie wykonał żadnych systematycznych ruchów w tym kierunku, nie potrafił otworzyć się na świat inteligencji, nie tylko na tę jej część,
która myśli "platformiasto", ale nawet na swoich własnych zwolenników.
Chyba tak właśnie było. PiS chciał przecież początkowo stworzyć Komisję Prawdy i Sprawiedliwości, która miała badać korzenie transformacji; komisja bankowa nie była wymieniana
wśród priorytetów. Jednak gdy Balcerowicz się podłożył, okazało się, że jest motywem nośnym. Dlaczego? Otóż przez Balcerowicza i jego fundację CASE przemawia pewien duch dziejów. Choć
sami państwo Balcerowiczowie nie muszą zdawać sobie z tego sprawy. Balcerowicz jako technokrata był skuteczny, m.in. dzięki temu, że będąc niewrażliwym społecznie, w swoich programach
reform redukował złożoność, budował modele i jak walec próbował je wcielać w życie. To miało pewną efektywność, ale płytszą, niż się to liberałom wydaje. A jaki duch dziejów
przemawia przez faktyczne efekty działania państwa Balcerowiczów? W uproszczeniu, to duch kolonizowania Polski przez cywilizację konsumpcyjno-globalną. Jeśli przejrzymy wykaz zadań,
projektów, jakie fundacja CASE zrealizowała, to znajdziemy tam Kirgistan, Mołdawię, Azerbejdżan, Armenię, Gruzję, Tadżykistan etc. Kraje, w których nie mamy interesów. Sprawia to wrażenie,
że to jest think tank, który za zachodnie pieniądze wykonuje po stawkach polskich intelektualistów koncepcyjną robotę kolonizacyjną - niech walec globalizacji się toczy. Nie zakładam tu
złych intencji, raczej wąskość horyzontów, która metodologicznie sprzyja skuteczności działania. Czy Balcerowicz-autorytet nie jest częściowo artefaktem? Zastanówmy się, na czym polegają
jego sukcesy - poza kluczową pierwszą fazą, gdy zbudował jasny algorytm przełączenia z jednego systemu do drugiego. Podejrzewam, że jego bio- (nie hagio-) -grafowie powiedzą tak: dokonując
redukcji złożoności, uruchomił maszynerię rynkową, która nie miała wbudowanych mechanizmów ochrony przed patologiami. Przypomina mi się przygoda Balcerowicza z rządem AWS/UW. W maju 2000
roku ówczesny wicepremier powołał rządowy zespół do walki z korupcją, który miał przedstawić projekty zmian w prawie. Przy tej okazji "Gazeta Wyborcza" spytała Waldemara
Kuczyńskiego, doradcę premiera Buzka, b. ministra przekształceń własnościowych: "Czy nie obawia się Pan, że ta inicjatywa skończy się tak samo jak powołanie zespołu ds.
odbiurokratyzowania gospodarki, to znaczy nie przyniesie wielkich efektów. - Decyzja Leszka Balcerowicza, aby podjąć wysiłek w tym kierunku, była absolutnie słuszna. Inna sprawa, w którą
stronę zespół ten ewoluował. Obrósł w podzespoły i podkomisje, które zgłaszały kolejne propozycje. Niektóre z nich były trudne do realizacji, bo napotykały mur zastygłych grup interesu.
Myślę, że w przypadku zespołu w sprawie korupcji tak nie będzie". Okazało się, że międzynarodowy autorytet, minister finansów, wicepremier, sławny profesor ekonomii nie był w
stanie przełamać muru interesów powstałego w zespole, który on sam powołał.
Nie sądzę, żeby go stworzyli. Pamiętajmy, że on był od dawna atakowany. "Balcerowicz musi odejść" - to jest hasło, które pojawiło się wcześniej. To raczej PiS
wpisał się w istniejącą wcześniej retorykę. Nie chodzi w gruncie rzeczy o to, czy atakujemy Balcerowicza, ale co atakujemy pod postacią Balcerowicza. Mam poczucie - a profesor Zybertowicz
paradoksalnie to potwierdza - że atakujemy najbardziej skutecznego polityka w Polsce. Skutecznego w takim sensie, że jeżeli coś zostało osiągnięte mimo wszystko, to jest związane nie z osobą
Balcerowicza, ale z ideą, która za nią stoi czy też z duchem dziejów.
Ja nie twierdzę, że ten duch dziejów jest dobry, ale on jest jakiś. Ja uważam, że coś się skończyło w historii Polski, i to dla mnie nie ulega wątpliwości. Tu nie chodzi o PiS,
tylko o zmianę etapu historycznego.
Jeśli przyznajemy, że coś się skończyło, to może znaczyć, że na pewnym etapie Balcerowicz był w porządku - np. na etapie uruchomienia koła zamachowego procesu urynkowienia. Ale
potem skończył się jego okres, a tymczasem on dalej jest tu cały czas czczony.
Nie, to jest chamstwo po prostu i inaczej tego nie nazwę. To taki bunt prostactwa, które, nie wiadomo dlaczego, nagle uważa, że ma coś do powiedzenia. Ja bym powiedział, że
odnieśliśmy swego rodzaju sukces, co do którego wszyscy prawie się zgadzają, to znaczy zbudowaliśmy fundamenty gospodarcze Polski. To, że ludzie inwestują tu pieniądze, że się nie boją
inwestować, że w gruncie rzeczy Polska przeszła te kilkanaście lat bez większych kryzysów gospodarczych. Zaraz ktoś powie o tych 16, a jakiś czas temu nawet blisko 20 proc. bezrobocia, ale to
jest kraj, który ma pewien poziom rozwoju gospodarczego, wytwarza jakąś strukturę społeczną, która - pomijając interpretacje marksistowskie - jest jednak strukturą promodernizacyjną.
Stworzono w systemie finansów państwa elementy brzegowe, które są w całkiem niezłej kondycji. A wracając do mojej idei, wizja Kaczyńskiego nie dlatego jest anachroniczna, że nie ma problemu
korupcji czy problemu nieefektywnego zarządzania, ale dlatego, że problemem jest brak uznania dla roli poszczególnych aktorów życia publicznego w Polsce. Wizja Kaczyńskiego jest wizją, w
której jest tylko jeden taki aktor, czyli państwo i ewentualnie partie polityczne. W jego wizji świata nie ma czy prawie nie ma społeczeństwa obywatelskiego. Kaczyński jest nieufny wobec
podmiotów gospodarczych i wobec polityki europejskiej, wobec aktora w postaci Europy. Nie jest sprawą dyskusyjną, czy system ma być sterowny, czy nie (bo jest jasne, że ma być sterowny), ale
jakim obszarem ma sterować państwo. W związku z tym powiedziałbym, że atak na Balcerowicza kompromituje PiS. Kompromituje, ponieważ ludzie zaczynają współczuć Balcerowiczowi, że jest
ofiarą takiego chuligana politycznego.
Pamiętam słowa Balcerowicza w Sejmie, które też nie grzeszyły subtelnością...
On rozmawiał z tymi posłami PiS-u, którzy są bardzo wulgarni wobec niego, trochę z takiej wyższościowej pozycji profesora uniwersytetu, z taką brutalnością, którą profesor
uniwersytetu może posiadać wobec niewykształconych i aroganckich.
Jeżeli wizja Kaczyńskiego jest anachroniczna, to anachroniczny jest też Balcerowicz. Spójrzmy na jego nieufność do demokratycznych wyborów społeczeństwa obywatelskiego, na
kompletne odrzucenie przez niego kapitalizmu ludowego. W myśleniu Kaczyńskiego jest pewien błąd, ale nie sądzę, żeby on polegał na anachroniczności. Być może ze względu na wykształcenie
historyczne anachronizm jest dla mnie wątpliwym zarzutem, a w tym wypadku uważam, że istota sprawy nie tkwi w tym, że ta wizja jest staromodna. Bo gdyby to był jedyny problem, to pół biedy.
Czasami rzeczy staromodne stają się bardzo aktualne na kolejnym zakręcie historii. Zgadzam się natomiast co do problemu aktywnych aktorów i tego, że poziom zaufania do nich w modelu
Kaczyńskiego jest stosunkowo niewielki, ale w przypadku Balcerowicza jest podobnie. To znaczy ono jest lokowane po stronie pewnych graczy, a innym graczom, na przykład demokratycznie wybranemu
parlamentowi i rządowi, odmawia się zaufania. Proszę zauważyć, że w obronie Rady Polityki Pieniężnej wyraża się wotum nieufności nie wobec konkretnego Kowalskiego czy społeczeństwa
obywatelskiego, ale wobec całości społeczeństwa i wyborców - jakby to była niebezpieczna banda, z politykami jako głównymi awanturnikami tej rewolucji, która zniszczy nam wszystko. To jest
bardzo antyspołeczna i antydemokratyczna retoryka. To wcale nie znaczy, że usprawiedliwiam Kaczyńskiego. Po prostu w tym akurat punkcie wart Pac pałaca. To, co jest może nie tyle anachroniczne,
ale prymitywne w koncepcji Kaczyńskiego, to to, że nie bierze się pod uwagę, że partner, z którym zaczynamy kooperować, jest więcej wart niż partner, który jest naszym poddanym.
To jest bardzo dobrze powiedziane. Ja po swoim pobycie w parlamencie mogę powiedzieć jedną rzecz: cała moja nadzieja jest w sile państwa. Rozmiary głupoty, którą parlamentarzyści
są w stanie wytworzyć, są niewiarygodne. Stopień demagogii jest podobny. Im więcej zatem projektów rządowych jest nienaruszonych, tym lepiej. Parlament powinien kontrolować, ale nie może
prowadzić samodzielnej polityki.
Rzecz, która mnie interesuje bardziej niż retoryczny spektakl, to przyszłość pustego miejsca po Balcerowiczu. Pamiętam wybory w Stanach Zjednoczonych w 2004 roku, które wygrał Bush
- pytano różnych ludzi o komentarz, a wtedy Lepper powiedział, że bardzo szanuje naród amerykański, bo to jest jeden z niewielu narodów, który może rzeczywiście dokonać wyboru. No i
dziennikarz pytał co dalej, jakie są konsekwencje, a Lepper na to: najważniejsze, że oni w ogóle mieli wybór; u nas wszystko jedno, kto wygra, i tak będzie Balcerowicz. Czy zatem Polska w
punkcie, który dotyczy tej polityki, jaką uprawia Balcerowicz, miała i ma jakikolwiek wybór? Bo sądzę, że ma tu rację Staniszkis - chociaż teza o przemocy strukturalnej może być mocno
przesadzona - że wyboru nie było nawet w 1989 roku. Jestem skłonny zgodzić się z wnioskiem, że zanim przyszedł Balcerowicz, ten wybór został dokonany. Szukano człowieka do realizacji
projektu.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy wskazał system. A kto dokonał wyboru, że do tego systemu wchodzimy? W jakimś stopniu - paradoksalnie - robotnicy w Stoczni Gdańskiej, Gorbaczow
rozkładający ZSRR. To nie był duch dziejów, ale suma pewnych wyborów przesuwająca Polskę do świata zachodniego. Balcerowicza można oceniać jako dobrego polityka, wyłącznie jeśli uznamy
za cel nadrzędny naszej polityki sprawne wprowadzenie Polski do systemu światowego. Natomiast jeśli uznać za dobro działanie przede wszystkim na rzecz wspólnoty, którą się reprezentuje, to
można by mu wiele zarzucić. Mógł się np. zastanowić, jak budować system dostosowań i co chronić, a czego nie chronić przed tą "koniecznością historyczną". No i druga
rzecz wątpliwa - to, że w ramach tej transformacji zagubiono pewne zjawiska wewnętrzne, to znaczy te grupy przedsiębiorców z jakąś kulturą. Ci rzemieślnicy jakąś kulturę biznesu
reprezentowali, często większą niż nowi przedsiębiorcy. To była rzecz której Balcerowicz w ogóle nie dostrzegał.
Brak dziś głębokiej analizy alternatywnych strategii restrukturyzacji, sposobu regulowania gospodarki, nie ma wsparcia koncepcyjnego.
Gdybyśmy wiedzieli, na czym polega prawdziwa wartość Balcerowicza (a na pewno takowa istnieje), to wiedzielibyśmy też, co warto chronić. Ale ponieważ on sam nie jest dla siebie
dobrym rzecznikiem, a jego zwolennicy chcą zrobić z niego ikonę, nie wiemy, czy go chronić, czy nie. To, co jest dla mnie najbardziej bolesne z punktu widzenia konfliktu między PiS-em a
inteligencją i Platformą, czy politykami a elitami, to fakt, że nie tworzy się elita polityczna będąca fragmentem reprodukującej się elity rządzącej Polską, w obrębie której mogę
wybrać, czy chcę być biznesmenem, politykiem, intelektualistą, dziennikarzem itd., ale zawsze wiem, że należę do elity, która potrafi mimo wszystko wyrażać wzajemną empatię. Tego nie ma i
myślę, że pytanie o Balcerowicza jest też pytaniem o to, czy istnieje taka elita, która chce wpływać przynajmniej na gospodarcze losy Polski. Bo jeśli ona jest, to jest też ktoś na miejsce
Balcerowicza, kto wyjdzie poza wąskie ramy jego polityki. Ale moim zdaniem nie ma w tej chwili takiej elity w Polsce, nie ma grupy, która by wymuszała na Kaczyńskim powołanie takiego następcy
Balcerowicza, który chroni jej interesy.
Moja intuicja jest taka, że na pewnym etapie kluczem okaże się potencjał dalszego uczenia się braci Kaczyńskich, m.in. to, czy potrafią otworzyć się na te środowiska, ku którym
dotąd nie wyciągnęli ręki. Rozmawiając z bliskim współpracownikiem Kaczyńskich, mówiłem, że trzeba śmielej robić konkursy. Stawiać ostre kryteria, pilnować reguł i jak ktoś
przejdzie, to nieważne, czy pochodzi od czerwonych, zielonych czy "platformiastych". Odpowiedź była taka: najpierw musimy zbudować twarde państwo, a potem możemy sobie
pozwolić na konkursy. Ale czy możliwe jest wzmocnienie państwa bez szerokiego zastosowania procedur konkursowych? Konkursy - mądrze zorganizowane, na kilku wybranych odcinkach, niefiltrujące
ludzi według sieci klientelistycznych - mogłyby pełnić dwie funkcje. Po pierwsze, kompetentni ludzie zaczęliby docierać w pewne miejsca, a po drugie byłby to dobry komunikat dla młodego
pokolenia: nawet przychodząc spoza takich sieci, można robić ważne rzeczy dla państwa. I jeśli takiego ryzyka na wybranych odcinkach Kaczyńscy nie podejmą, to z kim chcą tworzyć IV
RP?
Ja powtórzę - najpierw muszą być elity, a potem dopiero pojawi się popyt na konkretnego człowieka. Nowe elity myślące państwowo - ja w ogóle nie wiem, czy powstanie coś takiego
ze względu na cały opisany wyżej "neokolonializm", znajdujący odbicie w zasadniczej orientacji części elit na uznanie płynące "z zewnątrz". Gdyby był
partner w postaci lepiej lub gorzej zorganizowanej elity Lech i Jarosław Kaczyńscy mogliby albo ustąpić, albo się z nim liczyć. Ja twierdzę, że musieliby ustąpić. Przykładem takiej
wymuszonej przez część elity reformy jest przypadek Michała Kuleszy i jego środowiska. Stosunkowo niewielka grupa ludzi przymusiła AWS do reformy samorządowej. Ale tego typu elita musiałaby
mieć chęć działania. Moim zdaniem elita brytyjska rozumie, że państwo jest w jakiś sposób ich, że dbając o państwo, dbamy o to, jak będziemy żyć my i przyszłe pokolenia. Moim zdaniem
polska elita nie ma takiego stosunku do państwa, ma stosunek doraźny, nie zdaje sobie sprawy, że będziemy się z pewnymi instytucjami, które dzisiaj budujemy, męczyć, będą się męczyć
nasze dzieci, a więc naprawmy je, zmuśmy polityków do tego czy tamtego.
Jestem niestety fundamentalnie przekonany, że trochę mają rację ci, którzy twierdzą, że w sferze ekonomicznej nie ma co wymyślać. To nie jest tak, że my w Polsce stworzymy własną
ekonomię albo własny system zarządzania ekonomią, tylko że są pewne już utrwalone - i dla tzw. emerging markets, i dla dojrzałych rynków - sposoby funkcjonowania. Są potrzebne pewne zasoby,
żeby rynek mógł dobrze funkcjonować. Takim zasobem jest na przykład system bankowy, kapitały społeczne, kapitały intelektualne, kapitały kulturowe itd. Jest nim też pewien rodzaj wiedzy,
która jest mniej lub bardziej techniczna - chodzi o to, żeby potrzebny był nie Balcerowicz, a jedynie instytucje, które działają na zasadzie zdrowego odruchu technicznego. Balcerowicz jako
dyktator, kreator jest mniej potrzebny, bardziej potrzebny jest po prostu system, który sprawia, że mamy do niego zaufanie.
p
, ur. 1967, historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Był członkiem redakcji pism "Nurt", "Polityka Polska" i "Debata", współzakładał Krajowy Komitet Konserwatywny. Wraz z Kazimierzem Michałem Ujazdowskim wydał książki: "Równi równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych w Polsce - szansa czy zagrożenie?" (1994). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 38 z 23 września br. zamieściliśmy jego tekst "Wojna z układem".
, ur. 1951, socjolog, historyk idei, publicysta. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Jest posłem z ramienia PO. Współzałożyciel takich pism jak "Res Publica Nowa" i "Przegląd Polityczny". W latach 80. związany z "Solidarnością", zajmował się wprowadzaniem do polskiego obiegu intelektualnego najważniejszych dzieł zachodniej myśli liberalnej i konserwatywnej. Wydał m.in. "Ideologie i obywatele" (1991), "W stronę wspólnego dobra" (1998), "Obietnice demokracji" (2004) oraz ostatnio "Pamięć po komunizmie" (2005). W poprzednim numerze "Europy" opublikowaliśmy jego tekst "Polska walka klas?".
, ur. 1954, socjolog, profesor UMK w Toruniu i WSHE w Łodzi. Bada zakulisowe wymiary życia społecznego. Wydał m.in. wraz z Marią Łoś książkę "Privatizing the Police-State: The Case of Poland" ("Prywatyzowanie państwa policyjnego: przypadek Polski"). W poprzednim numerze "Europy" ukazał się jego tekst "O rozbijaniu układu".