Dziennik Gazeta Prawana logo

O "Gorszych światach" Cezarego Michalskiego

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

Jadwiga Staniszkis czyta najnowszą książkę Cezarego Michalskiego "Gorsze światy". Odnajduje w niej przede wszystkim ciekawy portret bohatera - samotnika skazanego na niezrozumienie ze strony innych i niemożność przekazania swoich idei. Odnajduje też obraz świata poddanego absolutnej manipulacji, w którym wszelki bunt jest iluzoryczny, bo został wcześniej zaprogramowany przez "system". Bohater Michalskiego wydaje się Staniszkis podobny do niej samej, zaś totalitarna rzeczywistość przedstawiona w "Gorszych światach" jest pod pewnymi względami podobna do dzisiejszej rzeczywistości globalnego kapitalizmu. Ten ostatni przyjmuje bowiem postać "sieci" oplatającej i wchłaniającej w siebie wszystko. A jednak - wbrew temu, co twierdzi Michalski - nawet w takim świecie możliwy jest prawdziwy bunt, możliwa jest też autentyczna troska o "wolność i godność".

p

Książka Michalskiego to opowieść z kluczem. Chodzi tam jednak nie tyle o konkretne osoby, ile o określone struktury myślenia (i typy inteligencji emocjonalnej), które pojawiły się i odegrały kluczową rolę w toku naszej - samoograniczającej się i manipulowanej - rewolucji.

Dla tych, którzy - jak ja - odnajdują się wśród antybohaterów Michalskiego, książka jest pociągająca ze względu na jej precyzję i odwagę rekonstrukcji. Innym, szczególnie młodym, może wydać się grafomańskim bełkotem.

Dla mnie jedno zdanie Michalskiego - gdy mówi on, że nie można złamać czegoś, co nie jest proste i o sile płynącej z braku punktu oparcia - wystarcza, by uznać jego książkę za wybitną. Odnajduję w niej bowiem pokrewieństwo z moim własnym opisem siebie (w powstającej obecnie książce "Ja: próba rekonstrukcji"), gdyż stała u mnie samej wydaje mi się tylko metoda stawania się i nie ma punktu oparcia w sensie esencjonalnym. Owa metoda wyznaczająca - jak myślę - moją tożsamość, istniejącą jedynie na metapoziomie, ma dwie warstwy. Z jednej strony jest to wewnętrzna zgoda na spontaniczną samoorganizację emocji i myśli (bez potrzeby zachowania i obrony stanu poprzedniego), przy pilnowaniu jedynie warunków brzegowych wyznaczanych przez kilka standardów (estetycznych? etycznych?), które uznaję za ważne. Choć i tu możliwa jest elastyczność ze względu na przyzwolenie, aby w pewnych sytuacjach owe standardy realizować w stopniu maksymalnym, a w innych - tylko na minimalnym, zadowalającym poziomie. Z drugiej strony kluczowym momentem owej metody (stanowiącej istotę "mnie") jest stawanie się poprzez poznawanie, ze skokową, nieliniową rekonstrukcją (multiplikowaniem) siebie, wraz ze zmianą sposobu problematyzowania świata. Ta maniera traktowania myślenia jako synonimu "stawania się" cechowała mnie od zawsze, ale zwerbalizowałam ją późno, po zetknięciu się z antropologią Azji traktującą epistemologię (naukę o myśleniu) jako ontologię (naukę o istnieniu). I było to olśnienie. Opisywane tam stopniowe dochodzenie do własnej "takości" poprzez odrzucenie kategorii "różnicy" i porównywania się z innymi (co już buduje wobec nich zależność), a potem - poprzez odrzucenie zobiektywizowanych kategorii (u mnie ułatwione przez emocjonalny autyzm) trafnie odwzorowywało mój własny proces dojrzewania. Proces, w którym uświadomienie sobie unikalności (a więc i ograniczeń) własnej konstrukcji rodziło potrzebę "innego" czy "innych" (społeczeństwa) i szacunku dla nich. Jego (ich) też unikalne punkty widzenia dopiero razem dawały bowiem szanse na zrozumienie świata. To rekonstruowanie społeczeństwa w głowie (jako mapy możliwych stanowisk dla wypracowania nowej wiedzy), bez potrzeby uczuciowego kontaktu ze społeczeństwem realnym, odpowiadało mojej inteligencji emocjonalnej (a właściwie jej uderzającemu brakowi).

Owa tożsamość istniejąca przede wszystkim na poziomie metody, formy, stylu - a nie trwałej i bronionej treści, z fundamentem elastycznych (choć posiadających wyraźnie określone minimum wytrzymałości) warunków brzegowych, przypomina konstrukcję stosowaną w Japonii czy na Tajwanie jako podstawę wieżowców na terenach narażonych na trzęsienia. Są to olbrzymie, niezależne od siebie kule, obracające się wraz z ruchem podłoża: pokrewieństwo z metaforą Michalskiego o trwaniu dzięki brakowi stałego punktu oparcia jest tu wyraźne. Taką konstrukcję można zniszczyć tylko w sytuacji naprężeń i odkształceń przekraczających zdolność akomodacji. Zdolność, dodajmy, zwielokrotnioną ze względu na niezależność poszczególnych kul (wymiarów osobowości).

Owa postawa (typ emocjonalno-intelektualny) dająca poczucie bezpieczeństwa, bo lokująca poza polem rutynowych presji "systemu" (za mało bystrego, by ingerować w formę i zadowalającego się jedynie ingerowaniem w treść), jest atrakcyjna także z innego powodu. Pozwala bowiem traktować siebie jako model dominującego obecnie w zglobalizowanym świecie układu sieciowego. Układu istniejącego bez jednoznacznej hierarchii, tworzącego się wciąż na nowo w procesie produkowania wiedzy, układającego się do podłoża w toku spontanicznej samoorganizacji, nieprzywiązującego się do niczego i niepamiętającego się z przeszłości. Co więcej, zrekonstruowanie metod własnej samokontroli pozwala, w błysku zrozumienia, pojąć, jak działa władza w sieci. Gdzie idee i wartości, autonomiczna dynamika formy i zmienność treści (układanej w odrębne całości przy stosowaniu odmiennych pojęć) wchodzą ze sobą w skomplikowane interakcje, w których celem jest sam ruch. I przeskakiwanie siebie, choć już bez jasnej wiedzy, co właściwie ustanawia poprzeczkę.

Równocześnie jednak - i o tym mówi właśnie książka Michalskiego - ów konstrukt (osoba) ma wyraźny defekt - sama wiem o tym najlepiej. Jeżeli bowiem, jak Cezary Michalski, jest się na przykład pisarzem i marzy się nie tyle o sukcesie, ile o możliwości komunikowania się z ludźmi, to mając taką jak wyżej konstrukcję siebie, trudno ów cel osiągnąć. Publiczność wyczuwa bowiem ów wewnętrzny brak punktu oparcia, wieczny ruch, który bierze za labilność, wielowymiarowość i luźną, wielocentrową konstrukcję, którą utożsamia z brakiem wewnętrznej energii, i zaczyna mieć wątpliwości. Odrzuca przekaz pisarza.

Michalski wydaje się cierpieć z tego powodu. Niesłusznie: nie można mieć przecież wszystkiego! Być kauczukową, niezniszczalną piłką i być słuchanym. Michalski nie rozumie tego i zazdrośnie poszukuje źródeł zdolności komunikowania się w "snobizmie" czy "salonie". Nietrafnie - władza w relacjach z innymi (w tym władza autorytatywnej komunikacji) bierze się przede wszystkim ze stosunku do samego siebie, z uznania, iż wiemy coś, co jest ważne także dla innych. Osoby (jak ja, jak antybohater Michalskiego, jak wreszcie on sam), które istnieją na poziomie stałej metody, a nie - stałej treści, mają do przekazania coś, co ulega (może ulec) zniszczeniu przez samo zafiksowanie nazwaniem. A na pewno - przez nazwanie pretendujące - jak to bywa u "autorytetów" - do statusu mitu.

Tak więc "próżnia", na którą skarży się bohater Michalskiego (on sam?), ze słowami kluczami typu "wykluczenie", "nieistnienie" to efekt niezrozumienia naturalnych, nieprzekraczalnych granic osoby funkcjonującej bez punktu oparcia. To efekt wyboru, a nie nieudacznictwa! Co więcej - moim zdaniem można z tej sytuacji czerpać energię. Cechą tej konstrukcji jest bowiem, iż to, co możliwe, traktuje się jako rzeczywiste (i rodzące poczucie winy). "System" wyczuwa ową słabość i próbuje zaatakować poprzez znalezienie skazy (możliwego) i przedstawienie jej jako realnej rysy. Wstyd bycia na liście Wildsteina jako na przykład kandydat na informatora (choć się nim nie stało) płynie z takiego właśnie traktowania możliwego jako realnego. To wyczucie wirtualnego siebie wyzwala chęć obrony - staje się rodzajem sumienia ex ante - i źródłem energii do walki z etykietką. To lepsza postawa niż ta demonstrowana przez bohatera w książce Michalskiego, który ma poczucie siły płynącej z braku punktu oparcia (owa "ułomna niezłomność"), a równocześnie żali się, że jest samotny, gardząc tymi, którzy go akceptują (bo to znaczy, że są naiwni).

Bohater Michalskiego (sam Michalski?) potrzebuje bowiem konkretnych "innych" (a nie - jak ja - "innych" abstrakcyjnych, innych jako znaki postaw i myśli), tęskni do "środowiska". Nie rozumie, że władza, w tym bycie komunikacyjnym autorytetem, to rodzaj uzurpacji. Uzurpacji niemożliwej przy konstrukcji osoby, która jest stała (i konsekwentna) tylko na poziomie metody.

Samotność w tej sytuacji jest nieuchronna. I rację ma Michalski, pokazując klęskę i unaoczniając bezbrzeżny smutek wszelkich prób ucieczki w prywatność, z traktowaniem bliskich jako substytutu czegoś niedopowiedzianego i niejasnego, nawet dla samego siebie. Tu zresztą pojawia się w książce Michalskiego greps ze śmiercią syna. Ja ze swoim magicznym myśleniem, w którym to, co nazwane, już na poły istnieje, nigdy bym się na taką figurę w czymś, co wygląda na autobiografię, nie zdecydowała. Jest to moment stylistycznie zbyt dosłowny w swoim dramatyzmie, zacierający delikatniej zarysowany tragizm płynący ze sposobu własnego istnienia, wykluczającego osiągnięcie tego, na czym bohaterowi zależy. Ja nie mam tego problemu, bo rozpoznałam granice własnej konstrukcji i pogodziłam się z nimi.

Druga warstwa omawianej tu książki to opis samoograniczającej się rewolucji i systemu przez tę rewolucję ukształtowanego. "City" (miasto) pogrążające się nie w ogniu, ale w milczeniu całkowitej obojętności: coś takiego uderzyło mnie w Gdańsku

31 sierpnia tego roku, gdy szłam z dworca do stoczni odebrać z rąk prezydenta swoje odznaczenie. W systemie opisywanym przez Michalskiego ów obojętny lud tworzy podstawę piramidy. Na jej czubku są "nadzorcy" i ich protagoniści, nosiciele idei, przywódcy opozycji (którzy w książce okazują się zresztą agentami). Są oni potrzebni dla podtrzymania iluzji ruchu w sferze polityki będącej już pustym rytuałem. Owi ideologowie mają bowiem naśladowców (czy - jak pisze Michalski - "zakładników"), prześladowanych przez system i walczących ze sobą tak długo, jak długo ich liderzy w transmitowanych publicznie spektaklach pozostają sobie wierni (a raczej - odgrywają wierność). Owa "sztuczna negatywność" (pisałam o tym przed laty, opisując regulację przez kryzysy w komunizmie), a nawet sam czubek piramidy to też zresztą pozór. Za wszystkim bowiem kryją się konglomeraty finansowo-medialne, obstawiające strony i wypłacające dywidendy za udany spektakl.

Nic nie dzieje się tu naprawdę i stąd metafora "pluszowego krzyża". Zaufanie pojawia się tylko wtedy, gdy dostrzegamy, że "inny" jest tak samo uwikłany jak my. Braterstwo istnieje tylko w małości, bo brak wiary w wielkość. I dominuje przekonanie, że krew ofiar wcale nie była taka czysta.

Ten opis nie jest jednak prawdziwy. Nie tylko dlatego, że wielopoziomowe, zmanipulowane rytuały buntu wymknęły się spod kontroli. Imperium sowieckie upadło naprawdę! Także dlatego, że większość ludzi działała, jakby to było naprawdę. Ich ryzyko było prawdziwe i prawdziwy był moment odkrywania przestrzeni własnej wolności wraz z impulsem, aby powiedzieć "nie". Prawdziwa była też wiedza o sobie, jaką wtedy zdobyliśmy, czasem - gorzka. Łamiąca charaktery konstatacja, iż był to "bunt z przyzwoleniem", była wiedzą dla wtajemniczonych. Mimo wysokiej ceny wkroczyliśmy w przestrzeń, w której dawne metody kontroli odwołujące się do ludzkiej małości wciąż występują, ale nie dają już realnej władzy. I pojawiły się obszary wyłączone, zależne głównie od nas samych.

A poza tym także wtedy było inaczej. Czuliśmy się niewinni, nie wiedzieliśmy, jak nas widzą operatorzy systemu (ów nieszczęsny OZI czy "kandydat na..."). Byliśmy najszczęśliwsi w momencie przełomu, gdy było już dość wolności, aby móc oddychać, a nie na tyle - by musieć nieść brzemię odpowiedzialności. A potem, gdy dostrzegliśmy, że nasza wiedza nie wystarcza, by podołać wcieleniu solidarnościowej utopii, pozostała ciekawość, co też powstanie. Mnie to wystarcza, by czuć się szczęśliwą!

I wreszcie dorosła już nowa generacja polityków prawicy, którym jeszcze nikt nie powiedział "sprawdzam". Mają coś, co jest mi bliskie: wyczucie formy. Na razie jest to brutalne manipulowanie procedurą w komisjach sejmowych, wykorzystujące zdobyte w grach komputerowych wyczucie tempa i wyniesione z tych gier wyczucie możliwego jako rzeczywistego. Ale pod tym pokładem gry jest także w tym pokoleniu spór o warunki brzegowe polityki. O trudną relację między wolnością i godnością!

p

, ur. 1942, socjolog, pracuje m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, w Instytucie Studiów Politycznych PAN oraz w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. Zajmuje się m.in. socjologią organizacji, socjologią polityki i kultury. W marcu 1968 roku została uwięziona za udział w protestach studenckich i usunięta z uniwersytetu. W trakcie wydarzeń Sierpnia '80 doradzała Międzyzakładowemu Komitetowi Strajkowemu w Stoczni Gdańskiej. Jej najważniejsze prace to: "Samoograniczająca się rewolucja" (1985), "Ontologia socjalizmu" (1988), "Postkomunizm" (2002), "Władza globalizacji" (2003) oraz ostatnia "O władzy i bezsilności" (2006). W "Europie" nr 36 z 9 września br. opublikowaliśmy jej tekst "O społeczeństwie bez państwa i polityki".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj