Pijaństwo, nocne kluby i uliczna bijatyka. Tak bawili się w weekend polscy sędziowie piłkarscy! Impreza zakończyła się interwencją policji, a jedna osoba wylądowała w szpitalu. Nad wszystkim czuwali prezesi Michał Listkiewicz i Eugeniusz Kolator - pisze "Fakt".
Tak kończyli sezon ligowi sędziowie! W sobotę w Płocku podwładni prezesa Listkiewicza urządzili sobie halowy turniej piłkarski pod patronatem PZPN. Na zawody
zjechało ponad 150 arbitrów z całej Polski. Ale sport był tylko pretekstem do tego, żeby urządzić sobie tęgą popijawę. Futbolowi "sprawiedliwi" czekali z
niecierpliwością, aż program zawodów piłkarskich zostanie wyczerpany i będą mogli ruszyć w miasto.
Sędziowie wlewali w siebie wszystko, co miało procenty. Piwo, wódkę, znaleźli się także amatorzy spirytusu! Nic dziwnego, że po takiej mieszance panów z gwizdkami roznosiła energia. W sobotę przed północą część z nich opuściła hotel, w którym trwała libacja, i ruszyła szukać wrażeń gdzie indziej.
Wybór padł na jeden z nocnych klubów – Enklawa, prowadzony przez Ormianina Arega Gaspariana. Zabawa szła na całego, ale do czasu. Podchmielona grupa "obcych" nie spodobała się miejscowym uczestnikom dyskoteki. Od słowa do słowa doszło do szarpaniny, która w końcu przerodziła się w regularną bijatykę. Do jednej z ofiar trzeba było wezwać karetkę.
"Do awantury doszło między pierwszą a drugą w nocy. W jej wyniku jeden z mężczyzn został odwieziony do szpitala z obrażeniami głowy. Kiedy na miejsce podjechała załoga policyjna, było już po wszystkim. Nikt nic nie wie, nikt niczego nie widział. Poszkodowany także nie chciał złożyć zeznań" - opowiada "Faktowi" sierż. sztabowy Mariusz Gierula.
Sędziowie wlewali w siebie wszystko, co miało procenty. Piwo, wódkę, znaleźli się także amatorzy spirytusu! Nic dziwnego, że po takiej mieszance panów z gwizdkami roznosiła energia. W sobotę przed północą część z nich opuściła hotel, w którym trwała libacja, i ruszyła szukać wrażeń gdzie indziej.
Wybór padł na jeden z nocnych klubów – Enklawa, prowadzony przez Ormianina Arega Gaspariana. Zabawa szła na całego, ale do czasu. Podchmielona grupa "obcych" nie spodobała się miejscowym uczestnikom dyskoteki. Od słowa do słowa doszło do szarpaniny, która w końcu przerodziła się w regularną bijatykę. Do jednej z ofiar trzeba było wezwać karetkę.
"Do awantury doszło między pierwszą a drugą w nocy. W jej wyniku jeden z mężczyzn został odwieziony do szpitala z obrażeniami głowy. Kiedy na miejsce podjechała załoga policyjna, było już po wszystkim. Nikt nic nie wie, nikt niczego nie widział. Poszkodowany także nie chciał złożyć zeznań" - opowiada "Faktowi" sierż. sztabowy Mariusz Gierula.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|