"Dziś każdy z diamentów nosi na sobie specjalne oznaczenie, rodzaj mikroskopijnego tatuażu wykonanego laserem, po którym w przypadku kradzieży łatwo można go rozpoznać" - wyjaśnia Henry Jackson, detektyw z Florydy, dla którego pogoń za drogimi kamieniami to chleb powszedni. Według niego, jeżeli ktoś kradnie diamenty, wiedząc, że są one w ten sposób oznaczone, to albo ma umówionego wcześniej kupca, albo... jest skończonym idiotą.

Jackson wyjaśnia, że "wypranie" takich diamentów polega na pocięciu ich na mniejsze. Do tego jednak potrzebne są odpowiednie warunki, zaufany szlifierz i pewny odbiorca, który nie zadaje żadnych pytań. Tak będzie musiało być w przypadku okradzionej w Gdańsku firmy Benelux Diamonds. Belgijska firma zajmuje się bowiem "przycinaniem diamentów na miarę" i wszystkie są laserowo oznaczane.

Henry Jackson na co dzień jest śledczym w agencji Diamond Investigations i podróżuje po świecie tropem skradzionych diamentów. "Dość typowa sprawa" - mówi dziennikowi.pl o gdańskiej kradzieży. Kosztowności belgijskiej firmy - warte 4,5 mln zł - skradziono w przeddzień otwarcia 14. Międzynarodowych Targów Bursztynu, Biżuterii i Kamieni Jubilerskich Amberif.