Guy Sorman przedstawia ciekawy obraz dzisiejszej Francji jako krajupodzielonego na dwie części, które nie odzwierciedlają bynajmniej tradycyjnego politycznego podziału na prawicę i lewicę. Jedna część to "Francja państwowa", tkwiąca w marazmie, obawiająca się globalizacji i zjednoczonej Europy. Druga część to "Francja oddolna", zmieniająca się dynamicznie dzięki indywidualnej przedsiębiorczości. Uwaga francuskich polityków startujących w wyborach prezydenckich skupia się wedle Sormana jedynie na Francji państwowej, co czyni ich polityczne programy żałośnie oderwanymi od rzeczywistości: "Kandydaci przejmują się globalizacją? Ale przecież jedna czwarta Francuzów pracuje na rzecz eksportu. Przeciętny Francuz eksportuje o 60 proc. więcej niż Amerykanin. Główne francuskie przedsiębiorstwa są tak zglobalizowane, że 80 proc. ich obrotu pochodzi spoza Francji".
p
Francja przepołowiona? Gdzie tak naprawdę przebiega granica? Między prawicą a lewicą? Ten podział nie jest już tak oczywisty. Przypatrzmy się programom wyborczym głównych kandydatów w wyborach prezydenckich: podobieństwa występują równie często, co sprzeczności. Jedno podobieństwo pojawia się najczęściej: miłość dla państwa. Tak na prawicy, jak i na lewicy wszyscy (choć w różnym stopniu) uważają, że to właśnie państwo powinno rozwiązać wszelkie problemy - proponują prawne rozwiązanie każdej kwestii.
Z dziwnym uporem wierzą, że ustawy rozwiążą kwestie gospodarcze i społeczne: od 25 lat każdy rząd tworzy nowe narzędzia prawne mające stymulować zatrudnianie ludzi młodych - nie doprowadziło to jednak do obniżenia poziomu bezrobocia wśród młodych. Jednak owe ustawy sprawiły jedynie, że powstała cała osobna administracja do zarządzania wszystkimi tymi niepotrzebnymi narzędziami. Regiony kopiują to, co zostało źle zrobione przez państwo: ®le-de-France proponuje przedsiębiorstwom 600 - tak, sześćset - narzędzi pomocy gospodarczej. Można się tylko domyślać, ilu urzędników zajmuje się wdrażaniem tych 600 niepotrzebnych metod. Ile przedsiębiorstw powstało dzięki nim w regionie ®le-de-France? Wzmiankowany region - jak wynika z raportu Państwowej Inspekcji Finansowej - nie zna odpowiedzi na to pytanie. Jednak wszystkim kandydatom w wyborach zależy na majestacie państwa, na utrzymaniu, a nawet wzmocnieniu władzy prezydenta, która już teraz jest gigantyczna - to coś na kształt quasi-monarchii z wyboru, niemającej odpowiednika w żadnej innej demokracji. Ségole`ne Royal chce zmienić konstytucję, ale "bez modyfikowania prerogatyw szefa państwa". Wszyscy kandydaci występują przeciw instytucjom ponadnarodowym, Centralnemu Bankowi Europejskiemu i euro, które - na szczęście dla Francuzów - redukują margines działania państwa. Kto stwierdził, że "euro musi działać na korzyść świata pracy i robotników"? Arlette Laguillier, Ségole`ne Royal? Nie, Nicolas Sarkozy. Nikt nie zabiera się za nienaruszalny status urzędników państwowych, za fortecę edukacji państwowej. Nikt się zbytnio nie zastanawia nad rolą, jaką w świecie odgrywa potężna armia francuska. Ani jeden spośród kandydatów nie chce się pozbyć pałaców będących siedzibami ministrów czy prefektów; ani jeden nie zamierza przenieść wysokich urzędników państwowych do biur, które byłyby po prostu funkcjonalne. Żaden kandydat - nawet ci, którzy niepokoją się deficytem budżetowym - nie proponuje znaczących ani precyzyjnych zmian w wydatkach państwa. Żaden nie zamierza likwidować tych gałęzi administracji, które przestały czemukolwiek służyć, ale nadal istnieją - jak na przykład Komisariat Planowania czy Delegatura ds. Zagospodarowania Przestrzeni. Żaden nie zauważył, że podprefekci nie mają już nic do roboty albo że ministerstwo finansów zachowało taką samą kadrę urzędniczą jak 20 lat temu, przed nastaniem ery informatycznej i przed nastaniem zjednoczonej Europy.
Prerogatywy państwa, jego absolutyzm pozostaną zapewne nienaruszone niezależnie od wyników wyborów prezydenckich. Nawet jeśli wygra Sarkozy. Bo ten najbardziej liberalny spośród kandydatów na stopniach pałacu prezydenckiego okazuje się niezbyt liberalny. Nawet jeśli kiedyś był liberalny, jego przemówienia podczas kampanii już takie nie są: to patriotyczne, poświęcone bezpieczeństwu społecznemu mowy; ich autorem jest niejaki Henri Guaino, skompromitowany polityk, który w 1995 roku był autorem przemówień Jacques'a Chiraca. Tego samego Chiraca, który niedawno oświadczył dziennikarzowi Pierre'owi Peanowi: "Liberalizm, tak jak komunizm, jest umysłowym wynaturzeniem i jest skazany na to, by zginąć". Chirac może odejść w spokoju: żaden kandydat nie powołuje się na liberalizm, wszyscy odczuwają ten sam brak zaufania do rynku, globalizacji i społeczeństwa obywatelskiego.
Czy poza mikrokosmosem polityki te postawy kandydatów w wyborach mają jakieś rzeczywiste znaczenie? Wszystko wygląda tak, jakby we Francji politycy i państwo znajdowały się w innej rzeczywistości niż społeczeństwo. Prawdziwe społeczeństwo francuskie (poza tymi, którzy administrują państwem i których państwo zatrudnia, a jest to mimo wszystko jedna czwarta Francuzów) zmienia się szybciej niż państwo. Z olbrzymią szybkością oddala się od dyskursu etatystycznego, od rozróżnień na lewicę i prawicę. Jeśli istnieją dwie Francje, to po jednej stronie stoi Francja przedsiębiorcza, a po drugiej Francja państwowa. Wybory wskażą osobę, która weźmie w posiadanie Francję państwową; Francja przedsiębiorcza jest gdzie indziej. To Francja, która przystosowała się do naszych czasów. Francja państwowa natomiast znieruchomiała, wykuta w marmurze Historii. Kandydaci przejmują się globalizacją? Ale przecież jedna czwarta Francuzów pracuje na rzecz eksportu - dzięki nim Francja znajduje się na drugim miejscu pod względem ilości eksportowanych towarów na głowę mieszkańca, zaraz po Niemczech. Przeciętny Francuz eksportuje o 60 proc. więcej niż Amerykanin. Główne francuskie przedsiębiorstwa tworzące CAC 40 (wskaźnik giełdowy opracowany na podstawie notowań 40 firm) są tak zglobalizowane, że 80 proc. ich obrotu pochodzi spoza Francji: wiele milionów Francuzów, zarówno tych aktywnych zawodowo, jak i emerytowanych, żyje dzięki transferowi zysków oraz wypłacie dywidend. W 2006 roku powstało 322 270 nowych przedsiębiorstw, często jednoosobowych. Świadczy to o tym, że większość francuskiego społeczeństwa jest przekonana, iż osobisty dobrobyt bierze się z przedsiębiorczości.
Odwrotną stroną medalu jest fakt, że liczba kandydatów do Ecole Nationale d'Administration - głównej kuźni państwowych kadr - ciągle spada: 30 lat temu było to trzydziestu kandydatów na jedno miejsce, dziś - pięciu. Trzydzieści lat temu na Sciences Po (Wydziale Nauk Politycznych) w Paryżu 100 proc. studentów ankietowanych na pierwszym roku studiów chciało pójść na ENA - dziś odsetek ten wynosi mniej niż 10 proc. A pozostali? Wolą "pracować w międzynarodowym przedsiębiorstwie". Sciences Po przez ponad wiek były przedsionkiem do władzy państwowej, obecnie przekształciły się w międzynarodową business school. Wyjedźmy z Francji, popodróżujmy trochę: z pewnością napotkamy "uchodźców fiskalnych" i coraz liczniejszych uchodźców ekonomicznych, młodych Francuzów, którzy zdecydowali się na prowadzenie przedsiębiorstw za granicą, bo we własnym kraju państwo ich od tego odstraszyło. Ilu ich jest? Co najmniej 2 miliony, z czego 500 tysięcy w Stanach Zjednoczonych. Większość pozostaje Francuzami, jednak granice społeczeństwa francuskiego nie są już tożsame z granicami terytorialnymi: społeczeństwo znajduje się tam, gdzie Francuzi, z dala od państwowej biurokracji. W samej Francji powstały strategie unikania biurokracji, jednak zaproponowało je społeczeństwo, a nie państwo. Popatrzmy na szkolnictwo wyższe: uniwersytety i tak zwane grandes écoles trwają przy programach, które nie odzwierciedlają prawdziwej ekonomii. Obok i poza tym szkolnictwem państwowym powstały szkoły, nazwane w niedawnym raporcie Akademii Nauk Etycznych i Politycznych "małymi grandes écoles". Te uczelnie prywatne, często prowadzone przez izby handlowe, są niezwykle popularne wśród studentów. Przygotowują do wszystkich nowych zawodów, które ENA ignoruje, bo są zbyt trywialne: handel, komunikacja, reklama, design, itd. "Małe grandes écoles" są płatne, często kosztowne, jednak studenci i ich rodziny bez wahania inwestują w studia, które zawsze dają pracę - w przeciwieństwie do darmowych uniwersytetów, które w najlepszym przypadku mogą dać zatrudnienie w urzędach państwowych. Jeśli mielibyśmy wybrać jakiś symbol ilustrujący zmiany francuskiego społeczeństwa z jednej strony i blokadę państwa z drugiej, to te prywatne uczelnie są dobrym przykładem.
Podkreślmy szczególną rolę młodych ludzi wywodzących się z imigracji, którzy wyróżniają się wśród Francuzów i dzięki którym we Francji dokonuje się postęp. Powszechnie znane są rozpaczliwe warunki ich życia i przemoc, która ich otacza. Wyjdźmy jednak poza te klisze i spektakularne obrazy, odwiedźmy północną Marsylię - to niemal całkowicie arabskie miasto. Dwa miliony Francuzów przybyłych z innych krajów uczyniły z niego ruchliwą, ale pozbawioną zamętu strefę przedsiębiorstw, rzemiosła, handlu, drobnego przemysłu. Państwo się do niej nie miesza, merostwo również: to niemal strefa wolnocłowa. Islam praktykowany jest tutaj pod egidą jednego z najbardziej tolerancyjnych duchownych, muftiego Marsylii, Soheiba Benszeicha. Dominujący tu ruch muzułmański, Stowarzyszenie Rodzin Muzułmańskich, jest liberalny w sprawach religii i ekonomii. Posłuchajmy raperów, tego głosu przedmieścia dogłębnie analizowanego przez socjologów i polityków - mają oni nadzieję, że znajdą w nim jakiś przekaz. Jednak - jak wyjaśnia Joy Sorman w eseju poświęconym zespołowi NTM - rap wytwarza hałas, a nie intelektualny przekaz; tym, co naprawdę znaczące, jest zachowanie raperów. Stają się oni szefami przedsiębiorstw, kiedy tylko nadarzy się taka okazja. "Bawić się, pozostając produktywnym", mówi raper JoeyStarr. "Marzenie o szczęśliwym kapitalizmie" - to również część hałasu przedmieść. Na drugim biegunie debat o ewentualnym utworzeniu ministerstwa ds. imigracji raper jest ilustracją spektakularnego rozziewu między państwem a tym, co Jean-Pierre Raffarin nazywał "Francją oddolną" i "Francją w ruchu".
Czy należy przewidywać, że obie te Francje się pogodzą? Można mieć taką nadzieję. Lewica i prawica są we Francji inne i mniej ekstremistyczne niż 25 lat temu. Wyjąwszy przedstawicieli folkloru galijsko-trockistowskiego, na lewicy już nikt nie domaga się upaństwowienia przedsiębiorstw, a na prawicy nikt na serio nie żąda wycofania się Francji z Unii Europejskiej. Marksistowska lewica, choć się do tego nie przyznaje, stała się socjaldemokratyczna; nacjonalistyczna prawica nie dostrzegła nawet, że stała się dość liberalna. Można z tego wnioskować, że na dłuższą metę klasa polityczna, urzędy państwowe i nomenklatura będą ewoluowały w stronę mniej interwencjonistycznego państwa. Jean Baudrillard pisał proroczo, że "Francja to Ameryka, tyle że z dubbingiem". Baudrillard chciał przez to powiedzieć, że nie ma stu różnych form nowoczesności, tylko jedna, zaś Stany Zjednoczone są jej awangardą, bez względu na to, co o tym sądzimy.
"Amerykańska" nowoczesność to kapitalizm plus państwo minimum. A kapitalizm we Francji? W ciągu 25 lat zyskał znaczną przestrzeń - to fakt, czy nam się to podoba, czy nie. Przykład? 25 lat temu nikt nie wyobrażał sobie, że można sprywatyzować zakłady Renault; dziś nikt sobie nie wyobraża, że można by je powtórnie znacjonalizować. Ale czy państwo minimum - albo, jeśli wolimy trafne sformułowanie socjologa Michela Croziera, "skromne państwo", pójdzie za tym? Tak, ponieważ Francja oddolna nie będzie się godziła w nieskończoność na konfiskowanie jej co roku 54 proc. zarobków - tymczasem w Stanach Zjednoczonych jest to 27 proc., a w Wielkiej Brytanii 43 proc. Co oznaczają tak wielkie różnice? Czy Brytyjczycy mają gorszą opiekę społeczną? Czyżby nie istniały u nich usługi państwowe? Prawdę mówiąc, ciężar, jakim państwo obarcza nasze społeczeństwa, nie odzwierciedla ani ilości, ani jakości usług, tylko sposób zarządzania nimi i wolność wyboru, jaką dysponują obywatele. Kiedy państwo się wycofuje, jakość życia wcale się nie pogarsza, a obywatele z większą swobodą mogą wybierać usługi albo sposób, w jaki będą leczeni. Łatwiej też znajdują zatrudnienie na aktywnym rynku pracy. Rozrośnięte państwo we Francji jest przeszkodą w rozwoju gospodarki, ale jeszcze bardziej utrudnia wolny wybór francuskich obywateli. Tej kwestii na razie wszyscy unikają, ale rzeczywistość szybko nas dogoni.
p
, ur. 1944, pisarz, publicysta. Wydał m.in.: "Amerykańską rewolucję konserwatywną" (wyd. pol. 1983), "Rozwiązanie liberalne" (wyd. pol. 1985), "Le progre`s et ses ennemis" (2001) i "Made in USA" (wyd. polskie 2005). Niedawno nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się jego książka "Rok Koguta". Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - w nrze 153 z 10 marca br. opublikowaliśmy jego tekst "Przełomu nie będzie. Wybory bez niespodzianek".