Dziennik Gazeta Prawana logo

Zachód gardzi resztą świata

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

W rozmowie z "Europą" Kwame Anthony Appiah, jeden z najwybitniejszych dziś amerykańskich intelektualistów, twierdzi, że tylko postawa kosmopolityczna umożliwia nam zrozumienie "inności", a w dalszej perspektywie wypracowanie sensownego ładu międzynarodowego. Do istoty kosmopolityzmu należy ciekawość świata oraz zdolność do dialogu. Potencjalnymi kosmopolitami są wszyscy ludzie, nie tylko członkowie elit - postawa kosmopolityczna nie zależy bowiem wedle Appiaha od formalnego wykształcenia. "Kluczowe znaczenie ma kwestia charakteru i temperamentu. Oczywiście, świat byłby o wiele lepszy, gdyby wszyscy byli w większym stopniu przygotowani na międzykulturowe spotkania dzięki wykształceniu. Nie znaczy to jednak, że ludzie, którym go brakuje, na takich spotkaniach nie mogą zyskać".

p

Dlatego że bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie, nasze działania mają wpływ na życie innych ludzi. Jest nas za dużo, byśmy mogli żyć w izolacji. W trakcie godzinnego spaceru przez centrum współczesnego miasta zobaczy pan pewnie więcej ludzi, niż nasi trudniący się zbieractwem i łowiectwem przodkowie widzieli w trakcie całego życia. Armia Aleksandra Wielkiego, która podbiła większość znanego ówczesnym Grekom świata, liczyła 30 tysięcy żołnierzy. W Nowym Jorku można by osiedlić 270 takich armii. Kosmopolityzm jest odpowiedzią na zjawiska, których nie jesteśmy w stanie kontrolować.

Kluczowe znaczenie ma kwestia charakteru i temperamentu. Spójrzmy na polityków. George Bush bez wątpienia nie jest kosmopolitą. Nie uważa, by Amerykanie mogli się czegoś nauczyć od reszty świata. Barack Obama - ze względu na życiorys i różnice temperamentu - jest o wiele bardziej ciekaw świata. Drugim czynnikiem określającym gotowość przyjęcia kosmopolitycznej postawy jest pozycja, jaką zajmuje się w świecie. Jeśli żyje się w centrum - którego najbardziej oczywistym przykładem są dziś Stany Zjednoczone - łatwo można od kosmopolityzmu uciec. Mieszkańcy peryferii są nań zaś skazani, przynajmniej w tym znaczeniu, że muszą interesować się tym, co dzieje się w centrum. Wiem to z własnego doświadczenia. Wychowałem się w miejscu, które pod względem wpływu na to, co dzieje się w świecie, było bardzo peryferyjne. Amerykanie mogli przez długi czas trwać w przekonaniu, że to, co dzieje się poza Stanami Zjednoczonymi, nie ma wpływu na ich życie. To zaczęło się zmieniać dopiero w ostatnich latach, kiedy stało się jasne - w trakcie wojny w Iraku - że sama siła pozbawiona zrozumienia nie wystarczy, by kontrolować sytuację.

Oczywiście. Choć na pewno nic złego z tego zainteresowania nie wynika. Wielu ludzi uważa, że ich życie staje się bogatsze dzięki temu, iż dowiadują się czegoś o innych kulturach. Ciekawość świata nie zależy ani od pozycji klasowej, ani od wykształcenia - to kwestia konstytucji psychicznej. Mój dobry przyjaciel z sąsiedztwa żyje dziś w Wielkiej Brytanii i ma brytyjskie obywatelstwo. Spośród wielu jego braci jeden ma obywatelstwo hiszpańskie i mieszka w Niemczech, a drugi ożenił się z Japonką i jako jeden z pierwszych Afrykanów dostał japońskie obywatelstwo. Żaden z nich nie był szczególnie dobrze wykształcony. To m.in. dlatego twierdzę, że temperament odgrywa tu najważniejszą rolę. Nie oznacza to, że etyczne nakazy kosmopolityzmu mają charakter woluntarystyczny. Stwierdzenie, że każdy człowiek jest ważny, nie może być odrzucane dlatego, że nie pasuje do czyjegoś temperamentu.

Wielu ludzi bez formalnego wykształcenia ogląda w Afryce meksykańskie telenowele. Zgodzę się, że nie wszystko, co widzą, potrafią zrozumieć. Mimo to dowiadują się w ten sposób, jak wygląda życie w innym miejscu na świecie. To ważne, bo pierwsze spotkanie z "innym" z reguły - wiemy to z relacji podróżników - wywołuje przerażenie, a nie sympatię. Oczywiście świat byłby o wiele lepszy, gdyby wszyscy byli w większym stopniu przygotowani na międzykulturowe spotkania dzięki wykształceniu. Nie znaczy to jednak, że ludzie, którym go brakuje, na takich spotkaniach nie mogą zyskać. I jeszcze jedno: bez względu na to, jak dobrze jest się wykształconym, jak wiele ma się czasu, nie sposób jest wiedzieć wszystkiego o wszystkim. Zdobycie sensownej wiedzy o jednym z wielu społeczeństw, jakie istnieją na świecie, jest sporym wyzwaniem. Trzeba wybierać. Kosmopolityzm jest pewnym nastawieniem i procesem, a nie kompletnym zasobem wiedzy.

Dość często tak jest. W Ghanie, skąd pochodzę, nie ma zbyt wielu zajęć dla ambitnych ludzi, więc sporo osób decyduje się na emigrację. To oczywiste, że interesują się głównie tymi miejscami, dokąd chcieliby wyjechać.

Wątpię. Jeżeli mamy się trzymać przykładu Ghany, to sądzę, że kraj skorzystał na emigracji. Ludzie przysyłali pieniądze, a ostatnio zaczęli wracać, przywożąc ze sobą wiedzę i doświadczenia, które zdobyli za granicą. Moja książka o kosmopolityzmie była adresowana przede wszystkim do Amerykanów i powinna być poza USA czytana ze świadomością, że chwali cnotę, której Amerykanie nie przejawiają bardzo często. Nie jestem pewien, do jakiego stopnia na przykład Polacy muszą być do tej cnoty przekonywani.

Amerykańskie uniwersytety są bardzo międzynarodowe i dotyczy to wszystkich dziedzin, od humanistyki po inżynierię. Ponad połowa doktorantów to cudzoziemcy. Pytanie, co z tego wynika dla debaty publicznej. Pewien związek istnieje, bo w debacie tej używa się języka stworzonego przez kręgi akademickie, głównie jednak przeważa demokratyczny opór przed byciem pouczanym. Amerykańska publiczność nie jest skłonna wierzyć w pewne rzeczy tylko dlatego, że profesjonaliści zgadzają się, iż są one zgodne z prawdą. Stąd popularność kreacjonizmu - ludzie chcą podkreślić swoje prawo do samodzielności sądów.

Często przytacza się anegdotę o misjonarzu, który w jakimś odległym miejscu zaobserwował, że ludzie dają pić swoim dzieciom wodę prosto z rzeki. Dzieci dostawały biegunki i wiele z nich umierało. Misjonarz zaczął wyjaśniać, że woda, mimo iż wydaje się czysta, zawiera malutkie niewidzialne żyjątka, które sprawiają, że dzieci chorują. Na szczęście, jeśli ją zagotować, żyjątka giną. Miesiąc później misjonarz wrócił do wioski i zobaczył, że nic się nie zmieniło. Tym razem zagotował trochę wody i pokazał tubylcom: "Widzicie te bąbelki? To uciekają z wody złe duchy, które sprawiają, że wasze dzieci chorują". Ludzie uwierzyli, że gotowanie wody ma sens, dzieci przestały umierać. Czy misjonarz uwierzył w duchy? Nie, on tylko odwołał się do języka, który był zrozumiały dla ludzi, do których mówił. Taka postawa niesie ze sobą ryzyko, zawiera pewien element manipulacji, który jest moralnie wątpliwy. Pełna naukowa czy intelektualna przejrzystość nie zawsze jest jednak możliwa, a pewne sprawy - na przykład życie dzieci - mogą być od niej ważniejsze. W każdym razie uważam, że powinniśmy podejmować uczciwą i poważną dyskusję z tymi ludźmi w naszych społeczeństwach, którzy szczerze wierzą w takie rzeczy jak "inteligentny projekt". Warto dowiedzieć się, dlaczego w to wierzą i warto im wytłumaczyć, dlaczego my nie wierzymy. Możemy na tym tylko skorzystać - również dlatego, że darwinizm praktycznie utracił cechy teorii naukowej i przerodził się w rodzaj wiary. Większość liberalnych intelektualistów ma dziś wielkie trudności z sensownym wyjaśnieniem, dlaczego teoria ewolucji jest lepsza od teorii "inteligentnego projektu". Nawet wielu biologów nie jest w stanie tego zrobić. Wymiana poglądów bardzo pomogłaby im sprecyzować swoje argumenty. Powinna to być jednak rozmowa, a nie frontalny atak mający dowieść, że strona przeciwna to idioci.

Tak. Jestem do niego bardzo przywiązany. Rozmowa nie ma żadnego określonego celu. Jej istotą jest wymiana myśli, odczuć, obserwacji. Nie można powiedzieć o rozmowie, że nie miała sensu, skoro w jej wyniku nikt nie zmienił poglądów. Jednocześnie, jeśli rozmowa staje się zwyczajem, to w momencie, gdy pojawią się problemy, których rozwiązanie wymaga wspólnego podjęcia jasnych decyzji, łatwiej można sobie z nimi poradzić. Doświadczenie zwykłej rozmowy jest konieczne dla prowadzenia konkluzywnych dyskusji.

Podejrzewam, że istnieje związek między tym rodzajem odpowiedzi, które mają głęboko antykosmopolityczną naturę, a chęcią podkreślenia własnego znaczenia. Pogarda, z jaką ludzie w centrum - centrum świata, centrum nowoczesności - odnoszą się do tych grup społecznych, tylko wzmacnia ich dogmatyzm. Ten, kto myśli, że islam jest silnym i szanowanym ośrodkiem cywilizacji, nie stanie się islamskim fundamentalistą. Oczywiście, pogarda bywa odwzajemniana. Zachodnia swoboda seksualna, pozycja kobiet w społeczeństwie i to, że nie tępimy homoseksualistów powodują, iż świat muzułmański odnosi się do nas z pogardą. Nas to jednak nic nie obchodzi. A ich najwyraźniej obchodzi to, co my myślimy. I to właśnie ta asymetria wzmacnia napięcia.

Powinniśmy się zastanowić nad tym, czy w surowej ocenie naszej moralności nie kryje się ziarno prawdy, choć oczywiście nie powinniśmy przejmować się tym, że w oczach Al-Kaidy jesteśmy niemoralni. Przede wszystkim jednak powinniśmy wyzbyć się pogardy. Nie jesteśmy do niej uprawnieni - mówię o większości Amerykanów - bo po prostu nie wiemy wystarczająco dużo o ludziach, do których ją adresujemy.

Podam przykład, który odnosi się zarówno do zachodnich obyczajów, jak i do zachodniej arogancji wobec innych. Obrzezane dziewczęta z Kenii - które uprawiały seks przed obrzezaniem, więc są w stanie porównać doznania - zapewniają, że przejście przez ten rytuał było dla nich krokiem w dorosłość i że poddałyby się mu ponownie. Dochodzi do tego argument, który jako krytykę zachodnich społeczeństw jednym głosem mogliby wypowiedzieć irańscy ajatollahowie i kalifornijskie feministki: "Żyjecie w dziwacznym społeczeństwie, traktującym kobiece ciało w taki sposób, że operacje powiększania piersi uważane są za coś dobrego". Cóż na to odpowiedzieć? Ani obrzezanie, ani powiększanie piersi nie jest konieczne z medycznego punktu widzenia, więc jakie mamy prawo potępiać jedno, skoro godzimy się na drugie? To zabrzmi banalnie, ale okazuje się, że dzięki rozmowie można nie tylko poznać cudze argumenty, lecz także dowiedzieć się czegoś o sobie samych...

Tyle tylko, że jedną z podstaw pozytywizmu było przekonanie, że nie można udzielić żadnych odpowiedzi na pytania normatywne. To właśnie stanowi sedno mojej krytyki. Według pozytywistów cenienie czegoś jest równoznaczne z pragnieniem, żeby wszyscy tego czegoś chcieli. Skoro tak, to wartości mają niejako z natury imperialistyczny charakter. To wyklucza tolerancję, bo niby dlaczego mielibyśmy szanować coś, na poparcie czego nie istnieją żadne racjonalne argumenty? Dlatego pozytywiści mogli preferować określony model społeczeństwa, również w skali globalnej.

Nie sądzę, by w przewidywalnej przyszłości doszło do powstania takiej kultury. Każde centrum cywilizacji ma coraz większy dostęp do osiągnięć innych centrów. Synteza nie jest potrzebna - wystarczy zgoda w kwestiach podstawowej moralności.

Owszem. I dlatego powinniśmy prowadzić rozmowę na różne tematy, nie oczekując przy tym, że zakończą się one jakąkolwiek konkluzją. Pamiętajmy także, że kontrowersje wokół tego, co słuszne i moralne, mają miejsce także wewnątrz społeczeństw. W Stanach Zjednoczonych - i, z tego co wiem, także w Polsce - taką kontrowersyjną kwestią jest aborcja. Z wyjątkiem szaleńców, którzy w USA zamordowali paru ginekologów, debata na jej temat nie była brutalna. Prawo i polityka stworzyły wystarczające mechanizmy wymiany poglądów. Na marginesie - proszę zauważyć, że dyskusja o aborcji nie jest sporem między grupami ludzi wyznających zupełnie różne wartości. Brakuje zgody jedynie co do tego, jakie jest ich znaczenie. Obie strony respektują świętość życia ludzkiego, nie zgadzają się co do tego, kiedy się zaczyna.

To oczywista konsekwencja włączania innych we własny krąg moralny, uznania, że wszyscy ludzie są - w przeciwieństwie do zwierząt - zdolni do dokonywania moralnych wyborów. To bardzo kantowskie podejście - jeśli uznajemy jakąś ideę za dobrą i moralną, to powinniśmy chcieć, by stała się powszechnie obowiązującym nakazem. I zaczynamy się martwić, że nie wszyscy jej przestrzegają.

Nie zgadzam się. To, czy doprowadzi to do konfliktu, zależy od wcześniejszego przebiegu rozmowy. Zachód nauczył się czegoś w okresie wojen religijnych: zrozumiał, że siła nie jest skutecznym narzędziem moralnej perswazji. Czego dotyczą dwie najpoważniejsze współczesne kontrowersje moralne? Płci - relacji między mężczyznami a kobietami, czego pobocznym aspektem jest stosunek do homoseksualistów - oraz demokracji, której retoryka nie jest już przez nikogo kwestionowana. Nawet członkowie dynastii panującej w Arabii Saudyjskiej nie powiedzą dziś o sobie, że są jej przeciwnikami. Obie kwestie są przy tym powiązane, bo jednym z przejawów braku demokracji jest ograniczanie praw kobiet. Można oczywiście wskazać konkretne przypadki regresu, generalnie jednak w ostatnich dekadach osiągnęliśmy wielki postęp. Kobiety były premierami we wszystkich czterech państwach Południowej Azji, tradycyjnie bardzo patriarchalnych - w Indiach, Pakistanie, Bangladeszu i Sri Lance. I nie nadano im tytułu "honorowego mężczyzny", co spotkało Elżbietę I. Im więcej się o nich mówi, tym mniej emocji wywołują te kwestie. Tu nie chodzi o przymus ani o perswazję, lecz o bardzo subtelne oddziaływanie rozmowy. Oddziaływanie rozmowy nie polega na zgodzie, lecz na zrozumieniu. Widać tu pewną analogię do rozwoju liberalizmu w zachodniej Europie. W momencie, gdy w obydwu obozach zapanowała zgoda co do tego, że przeciwnego obozu - katolików lub protestantów - nie da się zniszczyć, zaczęto rozmawiać i jakoś ułożono sobie wspólne życie. Powinniśmy powtórzyć ten proces w skali globalnej.

p

, ur. 1954, filozof, kulturoznawca, pisarz, obecnie wykładowca Uniwersytetu Princeton. Urodził się w Londynie, wychowywał w Ghanie, studia odbył w Cambridge. Jako filozof zajmował się semantyką i teorią znaczenia, od lat jednak interesują go przede wszystkim kwestie rasizmu i koegzystencji kultur. Oprócz Princeton wykładał na wielu prestiżowych uczelniach (Yale, Harvard, Cornell). Opublikował m.in. "For Truth in Semantics" (1986), "Color Conscious. The Morality of Race" (wraz z A. Gutmann, 1996), "The Ethics of Identity" (2004) oraz ostatnio "Cosmopolitanism. Ethics in a World of Strangers" (2006).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj