Luc Ferry, z którym w dzisiejszej "Europie" rozmawia Maciej Nowicki, to jeden z najciekawszych współczesnych filozofów europejskich. Będąc kiedyś fanem rewolty '68 roku, umiał z tego doświadczenia wyrosnąć. Wydoroślał i stał się jednym z najciekawszych krytyków "Pensée '68".
Ale wyrośnięcie z ducha 1968 roku nie znaczy wcale dla Ferry'ego cofnięcia się do jakiegoś reakcyjnego (czyli nieposiadającego żadnej własnej substancji poza polemicznym uporem skierowanym przeciwko nowoczesności) konserwatyzmu czy fundamentalizmu religijnego. Przeciwnie, dopiero po zerwaniu z lewackim radykalizmem Ferry stał się dojrzałym, pozbawionym złudzeń europejskim liberałem. Krytykuje dekonstrukcję moralnych i cywilizacyjnych norm właśnie jako zagrożenie dla wolności jednostki, dla godności człowieka, dla humanistycznych wartości wyśmiewanych dzisiaj zgodnie przez lewicowych i prawicowych piewców "posthumanizmu" i "śmierci człowieka".
Właśnie w polemice z nimi Ferry sformułował swoją diagnozę współczesnego Zachodu, swoje ostrzeżenie. Jego zdaniem zagraża nam dzisiaj ugrzęźnięcie pomiędzy dwiema absurdalnymi skrajnościami: czystą konsumpcją i nowym fundamentalizmem.
Nowy fundamentalizm religijny - zarówno u amerykańskich "newborn Christians", jak i europejskich przebudzonych neokatolików - jest dla Ferry'ego jedną z form istnienia bez Boga. Dlaczego? Przecież ciągle się na niego powołuje. Jednak Bóg przyjmuje tutaj kształty arcyludzkie - obdarza swoich wyznawców bogactwem i powodzeniem, karze grzeszników i konkurentów w wymiarze doczesnym, daje proste i jednoznaczne wskazówki na temat stanowienia prawa.
Ale zagrożeniem dla liberalnej wolności i autonomii jednostki pozostają także - zdaniem Ferry'ego - moraliści z pokolenia '68. Nawet jeśli ich rewolta obróciła się już dawno w groteskę, nie potrafią się wyzbyć poczucia moralnej wyższości. Nigdy nie wyleczyli się z moralizowania, szantażowania konkurentów, tropienia faszyzmu i rodzimej reakcji. A wystarczy ich podrapać, żeby spod lakieru moralizatorstwa wylazł cynizm i żądza władzy.
Żeby przyznać rację Ferry'emu, nie trzeba być Francuzem. Wystarczy posłuchać naszych miejscowych fundamentalistów. A także liderów pokolenia '68 znad Wisły.